Zabić drozda

THE NORTHERN BLACK-CAPPED GUMCHEWER Design by Brock Davis.jpg

„Wandalizm!” „Zdziczenie!” „Ptasi holocaust!” „Sprzedam opla”. Kolejne numery „Głosu Ciechanowa” wspinały się na coraz wyższe stopnie oburzenia. Wszystko za sprawą martwych ptaków. Zaczęła się wiosna i zaczęły się romantyczne spacery przerywane jednak brutalnym widokiem martwych sikor, drozdów i szpaków. Co więcej ornitologiczne zwłoki ewidentnie nosiły znamiona morderstwa. Ich dzioby były zaklejone substancją jednoznacznie zidentyfikowaną przez wezwanego z Przasnysza weterynarza-patologa, Józefa Wągra, jako „guma do żucia, balonowa”. Warto dodać, że Regionalny Menedżer Sprzedaży firmy Wrigley, Janusz Bąkała, na tę wieść odetchnął z ulgą i używał tego faktu jako argumentu przy podpisywaniu kolejnych umów z kioskami Ruchu.

Sylwester Bukiet zamknął gazetę, wyjął z biurka butelkę „Oddechu Łosia” i nalał sobie porządną porcję do szklanki po herbacie z dzikiej róży, zbieranej własnoręcznie ze starannie wyselekcjonowanych krzewów na tyłach basenów MOSiRu. Staranna selekcja polegała wprawdzie na wyborze krzaków najlepiej ukrytych przed spojrzeniami przechodniów, ale nie zmieniało to faktu, że detektyw był bardzo dumny ze swoich herbacianych mieszanek. Teraz jednak kontemplował barwę ulubionej nalewki i ze zdziwieniem zauważył, że nazwa „herbata” dużo bardziej pasowała do jej barwy, niż do koloru ziołowego naparu, który sączył jeszcze przed godziną z tego samego szkła, osadzonego w gustownym metalowym koszyczku, będącym spadkiem po siostrze stryjenki sąsiada z pierwszego piętra. Potrzebował chwili do namysłu. Rozważania o odcieniach ulubionych napojów znakomicie oczyszczało umysł. Tak prawdę mówiąc, to sam „Oddech Łosia” również znakomicie pełnił tę rolę. Tym razem jednak Bukiet pociągnął zaledwie jeden łyk, gdy jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu sugerującym natchnienie. Chwycił notes, torbę z ulubionym aparatem –  Nikonem F, oraz paczkę sezamków i wybiegł.

Cztery godziny i wypstrykane trzy klisze później detektyw wbiegł do mieszkania i skierował się od razu do łazienki. Kolejne długie minuty wypełniały ciche przekleństwa i zapach wywoływacza. Wreszcie zmęczony Sylwester opadł na kanapę chwytając po drodze z biurka szklankę z niedopitą nalewką. Wyciągnął notes. Pora na podsumowania. W parku Dąbrowskiego wytypował trzech nastolatków żujących intensywnie gumy balonowe. W parku Konopnickiej – kolejnych dwóch. Jego uwagę przyciągnął zwłaszcza jeden, na oko czternastoletni wyrostek. Nie dość, że żuł gumę głośno mlaskając i równie głośno rozdmuchując robione z niej balony, to jeszcze często zmieniał gumę, starą wypluwając w kierunku krzaków – potencjalnych miejsc przebywania małych ptaków. Bukiet zatarł ręce z zadowolenia. Rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. Wystarczy poczekać na dowody – zdjęcia, które aktualnie schły nad bukietową wanną. Nie ma pośpiechu. Rano zebrane zdjęcia zaniesie na komisariat i tam już poprowadzą resztę czynności policjanci z wydziału dla nieletnich.

Ranek był pochmurny. Słońce wyszło zza szarych kłębowisk dopiero przed południem. I zastało Sylwestra Bukieta rozwieszającego po całym mieszkaniu kolejne powiększenia zdjęć parkowej alejki oraz rozłożystej lipy. Nie było wątpliwości. Trzy zdjęcia przedstawiały nastolatków, ale w tle było wyraźnie widać kolejne fazy zbierania wyplutych gum przez wronę siwą. Kolejne dwa przedstawiały tę samą wronę siedzącą na konarze lipy na przeciwko drozda. Na końcu wroniego dzioba formował się… balon. Ostatnie powiększenie przedstawiało ogon spadającego ptaka, znikający za czymś przypominającym wielki snop siana, a będącym powiększoną czupryną jednego z poprzednich podejrzanych. Krótki spacer pod lipę nie pozostawiał wątpliwości – w trawie leżało ciało drozda z dziobem zaklejonym gumą balonową. Sylwester spojrzał w górę. Z grubej gałęzi spoglądała na niego wrona. Triumfalnym wzrokiem.

 

(zdjęcia Bukieta niestety zostały zarchiwizowane w lokalnym komisariacie, ale kluczowy dowód odtworzył Davis Brock w swej pracy THE NORTHERN BLACK-CAPPED GUMCHEWER)

Aba żur

Rays – Disposable Paper Cup Lamp by Chengyuan Wei, Guanyun Wang, Ye Tao, Jianxing Cai, Chao Chen & Xuanxing Yang.jpg

Na podwórku przy śmietniku stoi lampa. Żadna wielce atrakcyjna. Ot, lampa, jakich kiedyś było wiele. Stołowa. Jedna noga toczona na tokarce w różne kule, torusy czy inne wzory przypominające szachowe piony. Lakierowana na ciemny brąz z wysokim połyskiem. Pamiętam taką z dzieciństwa. Ta – wystawiona na śmietnik – ma taki sam abażur. Oczywiście ten, który pamiętam z rodzinnego domu już dawno został zmieniony. Kilka razy. Ten jest oryginalny. Spłowiałe płótno marszczone w harmonijkę na drucianym ściętym stożku o prawie pionowych ścianach – kiedyś żółte, teraz praktycznie w kolorze ecru, ozdobione u góry i u dołu odpadającym koronkowym ornamentem w kolorze starego złota, teraz odbarwionego w wielu miejscach.

Abażur. Wszędzie, gdzie bywałem w dzieciństwie były lampy z abażurami. Małymi i dużymi. Stołowe, nocne, podłogowe. Abażury były najróżniejsze. Te papierowe czy witrażowe były tematem rozmów towarzyskich dorosłych i powodem do włączania piątego biegu galopującej wyobraźni. Papierowe kojarzyły się z Japonią. Albo z Ameryką. Mogły rozpraszać światło w salach szkoleń samurajów czy wojowników ninja. W Ameryce kojarzyły się z nowoczesnymi wnętrzami, do których zaraz wparują Aniołki Charliego. Witrażowe za to – też spotykane sporadycznie w latach 80. – migotały baśniowym światłem, w którym rodzą się wróżki, a elfy prostują swe skrzydła. Najwięcej jednak było tych prostych, z metką Predomu czy innej spółdzielni pracy. Materiałowych. Nasz żółty abażur przepuszczał światło 60 watowej żarówki w sposób, który ogrzewał każdy nieprzyjazny wieczór. Pod abażurem, jak na słonecznej wyspie grzały się szybkie samochody ze stajni Matchboxa lub Majorette. Na co dzień przykrywał lampę stojącą na szafce tej samej wysokości, co sąsiednie biurko, oświetlając przy okazji moje prace domowe. To w sumie nawet nie była szafka, tylko szafkowa, rozkładana maszyna do szycia. Miała okleinę w kolorze lakieru lampki, więc pasują do siebie.
Któregoś wieczoru, podczas zaćmienia księżyca, oglądałem z zapartym tchem czarne niebo, a potem ojciec zdjął abażur i na żarówce – Słońcu oraz jabłku – Ziemi i agreście – Księżycu pokazał mi dlaczego znika srebrny krążek z wieczornego nieba, a zaraz potem, znane do tej pory tylko ze starego atlasu geograficznego ustawienia „Ziemi” – jabłka – pochylonego z ogonkiem jako osią – w stosunku do słońca gdy jest dzień, gdy jest noc oraz czemu zimą jest mniej słońca niż latem.

Jednak lampa bez abażuru, choćby zamieniona opowieścią astronomiczną w Słońce, jest moim zdaniem uszkodzona. Brak jej okrycia, faktury. Bardzo lubię wyciągać światłem faktury. Dlatego też lubiłem ten marszczony abażur. Wciskałem w jego fałdki kolorowe bibuły. Rozsuwałem i zsuwałem materiał. Uwielbiałem ściany pokryte piaskowym tynkiem maszynowym. Wieczorami miękkie światło rozproszone abażurem ożywiało na ścianie miniaturowe cienie wyimaginowanych okrętów, postaci, wzgórz czy miast.

Siedzę na krawężniku i opowiadam tę historię starej lampie. Słucha uważnie, kiwając powoli starym abażurem. Historie lamp są do siebie tak bardzo podobne. Pamiętają wszystkie przeczytane w ich blasku książki. Wyłączane tylko po to, żeby ich światło nie odbijało się w wypukłym ekranie małego telewizora. Przez to czarno-białe filmy są dla nich tylko tłem sobotniej wieczornej drzemki. Zaczynam słuchać opowieści pordzewiałych drutów i naddartego materiału. Lampa pochyla się ku mnie i szumi swoją historię o słonecznej wyspie na szafce, gdzie grzeją się w jej świetle pluszowe niedźwiadki. O zeszytach w trzy linie zapełnianych koślawym pismem. O zaćmieniu księżyca, podczas którego znika abażur, a oswobodzona żarówka przegląda się w pomarańczy…

(zdjęcie pochodzi z materiałów towarzyszących projektowi Rays – Disposable Paper Cup Lamp autorstwa zespołu Chengyuan Wei, Guanyun Wang, Ye Tao, Jianxing Cai, Chao Chen & Xuanxing Yang)

Piękne oko liczności przyrody

michael-clark-up-on-kebler-pass-near-crested-butte-colorado

Złota polska jesień przyniosła ciepłe wieczory i krwistoczerwone jabłka. Oraz list. Nietypowy. Przyniósł go pod koniec października gołąb. Raczej dziki niż pocztowy.
„Nie. to nie gołąb” – pomyślał jak zwykle dokładny Sylwester Bukiet i otworzył podręczny atlas ptaków. „No tak. To sierpówka. Inwazyjny gatunek. Czy może imigracyjny?” – zastanawiał się czytając opis zwierzęcia „Z Turcji. Niech zostanie po prostu – sierpówka”.
No więc sierpówka przyniosła list. Nietypowy. Bo napisany na brzozowej korze. W zasadzie nawet nie napisany. Dla niewprawnego oka był to tylko kawałek kory. Ale Sylwester miał bardzo wprawne oczy. Nieomal natychmiast dostrzegły systematyczność wzoru czarnych plamek na białym tle. Alfabet Morse’a detektyw miał w małym palcu. Przesuwał nim po brzozowym rulonie odczytując wiadomość i zapisując ją jednocześnie drugą ręką w swoim wysłużonym notesie. Sprawa była poważna. Należało reagować natychmiast. Dziesięć minut później Bukiet mknął w kierunku Puszczy Kampinoskiej.

Współrzędne były pierwszorzędne. Detektyw dotarł bez trudu, chociaż ostatnie trzysta metrów przebiegł truchtem. Lata pieszych wędrówek i złota oznaka PTTK dobrze wpływały na kondycję, bo Sylwester nawet nie złapał zadyszki dopadając przewróconego na małej polance roweru. Niedaleko, w słonecznym paśmie październikowego słońca na pożółkłej trawie leżało ciało. Bukiet rozejrzał się i zaczął podchodzić ostrożnie, aby nie zatrzeć żadnych śladów. Na wszelki wypadek odpiął kaburę swojej wiernej finki. W odległości dwóch metrów od ciała zatrzymał się i dmuchnął w policyjny gwizdek.

Ciało poruszyło się gwałtownie otwierając oczy i wyciągając z uszu słuchawki. Bukiet odetchnął. Leżący osobnik nie był uzbrojony, jeśli nie liczyć odtwarzacza mp3 i staromodnego futerału na aparat fotograficzny, z którego jednak wystawał kawałek bagietki z oliwkami i liść jarmużu.

„Nie robię nic złego. Tylko tak tu przyjeżdżam co wieczór oderwać się od miejskiego zgiełku Płońska i słuchając muzyki zabijam czas” – Tłumaczył się brodaty młodzieniec z wąskich płóciennych spodniach. „Zabijasz czas! Chłopcze!” – u Bukieta zmysł edukacyjno-oratorski wziął górę nad kryminalno-prawnym – „Zastanów się co robisz! To przez takich jak ty mamy coraz mniej czasu na wszystko. To przez takich jak ty wszyscy ciągle gdzieś się śpieszą! Miejski zgiełk, od którego uciekasz to skutek zabijania czasu, którego jest coraz mniej! A liczba ludności wzrasta!”. Sylwester wyliczał przewinienia podniosłym głosem wpatrując się groźnie w zdezorientowanego młodzieńca. „Przepraszam, nie wiedziałem… to się nie powtórzy…” – kajał się elegancki rzezimieszek. „Proszę mi jeszcze powiedzieć, skąd pan wiedział? Przecież słucham muzyki cicho i do tego w słuchawkach…”

Bukiet uśmiechnął się z politowaniem. „To ściany mają uszy chłopcze. Lasy mają oczy” oznajmił mrugając do otaczających polankę brzóz.

 

(Podglądające brzozy uchwycił Michael Clark)

Pro-pan Bhutan

tumblr_ok301quqnm1qd8br9o1_1280

Jak podaje BBS (Bhutan Broadcasting Service), król Jigme Khesar Namgyel Wangchuck odznaczył wczoraj siedmiu inspektorów policji kryminalnej Bhutanu za zlikwidowanie sieci przemytników propanu. Odkąd w 1971 roku Bhutan przystąpił do ONZ jego podstawowym postulatem była zmiana nazewnictwa handlowych mieszanek gazów technicznych, a konkretnie LPG z popularnej „propan butan” na „butan propan” co, jak argumentował ambasador Bhutanu przy ONZ, byłoby zgodne z kluczem alfabetycznym, a poza tym zbieżność nazw nie sugerowałaby drugorzędnej roli tego azjatyckiego królestwa, wciąż borykającego się z pokolonialną traumą. Niestety, mimo rzeczowej argumentacji zgłaszane rezolucje były rokrocznie odrzucane, co w końcu zniechęciło Bhutańczyków przekonanych o międzynarodowym spisku koncernów paliwowych z należącym do byłego protektora Bhutanu – Wielkiej Brytanii – British Petroleum na czele. Wydany pod koniec lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku zakaz stosowania propanu i jego mieszanek w obrębie królestwa został przyjęty przez poddanych jako ostateczne symboliczne zrzucenie jarzma brytyjskiego i jest respektowane do dziś. Niestety nepalska mniejszość jest przyzwyczajona do stosowania skroplonego gazu w przenośnych kuchenkach rozpowszechnionych dzięki wyprawom himalaistów (zwłaszcza nieudanym, gdy na wiosnę wystarczy pozbierać resztki sprzętu, które spłynęły z wyższych partii gór), a to oznacza popyt na przemyt.

Pod koniec stycznia bieżącego roku policji Bhutanu udało się przechwycić największy do tej pory transport propanu w granice królestwa, a przy okazji rozbić cały międzynarodowy gang przemytników, w którym występuje także wątek polski. Ładunki LPG, czyli propanu-butanu przewożone przez hinduskich i nepalskich najemników pochodziły z gazoportu w Świnoujściu. Zwykle gaz był konfekcjonowany w prowincji Assam, a następnie w puszkach od herbaty rozprowadzany na czarnym rynku himalajskiego państewka. Wszystko się zmieniło, gdy dwóch pracowników gazoportu, Bruno Głaz i Sławomir Przecier, postanowili przyłączyć się do procederu po poznaniu docelowego przeznaczenia gazu od jednego z hinduskich marynarzy. Zasugerowali oni, że w Polsce LPG jest popularnym paliwem do silników spalinowych, wobec czego oni chętnie sprzedadzą poloneza Caro należącego do Brunona G. i volkswagena Golfa, własność teściowej Sławomira P. na potrzeby szajki, gdyż oba te pojazdy miały instalację LPG ze zbiornikami imitującymi koła zapasowe. Pomysł spodobał się po drugiej stronie świata i już pół roku później wpłynęło zamówienie na kolejne cztery polonezy i sześć golfów. Bruno i Sławomir czuli, że odkryli żyłę złota. Niestety, polonezy były już dość trudno dostępne, więc nie mogąc zebrać więcej niż trzy sztuki, panowie postanowili wtajemniczyć teścia Sławomira P. Teść prowadził usługi spawalnicze i znał wiele warsztatów samochodowych, dla których często wykonywał drobne prace palnikiem acetylenowym. Na marginesie warto dodać, że acetylen, jako niepoprawny politycznie ze względu na niewłaściwe miejsce w spisie alfabetycznym, jest również indeksowanym gazem w Bhutanie. Jego lokalną oficjalną nazwą jest cetylen.

Teść Sławomira P. polegał na własnym doświadczeniu. Jego zakład znajdował się vis a vis posterunku policji, na tyłach plebanii. Dlatego też ogłosił zniechęconym wspólnikom, że „wszakże pod latarnią najciemniej”, wobec czego należy przygotować jeden zbiornik, wystarczająco duży, aby pomieścił na raz półroczny transport, a następnie wwieźć go legalnie do Bhutanu. Jak zapowiedział, tak zrobił. Zamaskowany zbiornik prezentowany jako „kula szczęścia” (w żargonie szajki zwany „statkiem – wazą” – z ang. vase vessel), miał być podarkiem polskiej delegacji przemysłu spawalniczego (w osobach Brunona G. i Sławomira P.) dla ludu Bhutanu. Symbolika miała nawiązywać do ziaren prosa i kukurydzy w barwach Unii Europejskiej symbolizujących rozgwieżdżone niebo nad Himalajami. Plan przebiegał pomyślnie, aż do czasu, gdy Sławomir P. pomylił przedstawiciela rządu z jednym z członków szajki („Nepalczycy są wszyscy do siebie podobni”, tłumaczył później przed sądem), chwaląc się przygotowaną wcześniej koszulką, na której w sanskrycie miało być napisane „gaz do Bhutanu”, ale przez nieznajomość pisma tybetańskiego, grafik przygotował napis „Bhutan do gazu”, co wzbudziło nieufność policjanta pracującego incognito. Szybki kontakt mejlowy z poznanym na wymianie studenckiej polskim detektywem – Sylwestrem Bukietem pozwolił inspektorowi Jigme’owi Ngedupowi na stwierdzenie, że delegacja może była polska, ale na pewno nie oficjalna. Informacje od polskiego detektywa o miejscu zatrudnienia członków delegacji pozwoliły natomiast połączyć szybko wszystkie elementy układanki i tydzień później cała szajka została aresztowana dzięki udanej współpracy bhutańskich i indyjskich organów ścigania.

Chciałem bardzo podziękować za wzorową współpracę Sylwestrowi Bukietowi oraz wyrazić żal, że obywatele poważanego przez nas kraju, ojczyzny tak znamienitych postaci – będących literackimi bohaterami narodowymi Bhutanu – jak Bruno Jasieński czy Sławomir Mrożek, wejdą na drogę przestępstwa narażając na szwank nasz indeks szczęśliwości. Tym bardziej jest nam przykro, że dokonali tego imiennicy sławnych w całym Bhutanie polskich obywateli – autora tomiku „But w bhutanierce” i autora życiowych dramatów wydanych u nas w zbiorze „BhuTango” – wypowiadał się na łamach „Głosu Ciechanowa” Jigme Ngedup.

 

(zdjęcie statku-wazy w fazie budowy wykonał Laurent Gaudart)

Krzyżyk na drogę

ray-k-metzker-philadelphia-1963

Ostry dźwięk dzwonka oderwał Sylwestra Bukieta od lektury kroniki kryminalnej „Głosu Ciechanowa”. Dzwonek dzwonił wściekle, ale stary fiat punto nie zamierzał wcale zjeżdżać z torowiska. Kierowca jedynie zamknął okno i starał się udawać, że skręca w lewo na zwykłej drodze powiatowej. Przekleństwa motorniczego było za to słychać nawet na końcu wagonu. Bukiet uśmiechnął się pod nosem. Wizyty w stolicy od zawsze kojarzyły mu się z problemami komunikacyjnymi. Korki, kolizje, awarie trakcji, przebite opony, a nawet płonące silniki autobusów – to wszystko regularnie przydarzało się detektywowi odkąd sięgał pamięcią. Tym razem obyło się jednak bez drogowej katastrofy. Fiat w końcu dokończył manewr żegnany ostatnimi dźwiękami dzwonka, soczystymi przekleństwami motorniczego i drwinami pasażerów nie szczędzących kąśliwych uwag na temat kierowców pojazdów z bliską Bukietowi rejestracją zaczynającą się literami WCI.

Tramwaj ruszył, a Bukiet pogrążył się we wspomnieniach. Najdłużej jechał tramwajem w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy odwiedził wujka w USA. To tam w sumie zaczęła się jego przygoda z kryminalistyką i to tam właśnie rozwiązał swoją pierwszą sprawę, chociaż nie miał jeszcze licencji detektywa. Miał za to siedemnaście lat i żelazne postanowienie spotkania porucznika Kojaka. Miał dla niego słynne pasiaste okrągłe lizaki. Wprawdzie tylko dwa, bo jednego dał wujkowi, a siedem pozostałych zjadł sam, ale liczył się gest. Podczas swojego dwutygodniowego pobytu codziennie wsiadał do innego środka komunikacji korzystając z dobrodziejstw wujkowego biletu okresowego i ruszał na poszukiwanie kryminalnej przygody, w której główną rolę odgrywałby charakterystyczny łysy przedstawiciel władzy. Oraz on sam oczywiście. Pewnie inaczej by planował swoją – jak się później okazało – jedyną wizytę za oceanem, gdyby zdawał sobie sprawę, że arenę jego poszukiwań od świata dzielnego porucznika dzieli prawie sto mil stanowej autostrady. Ósmego dnia pobytu zapomniał jednak całkowicie o nowojorskiej mafii, policji i zakazie reklamy papierosów wspierającym cukier na patyku. Tego dnia wujek przeczytał mu informację z codziennej gazety o martwym robotniku znalezionym na pętli w tramwaju linii 23. Była to szósta ofiara na tej trasie. Sylwester dopił swoją colę i po kwadransie niecierpliwie przestępował z nogi na nogę na najbliższym przystanku tramwajowym.

Na rogu Dziesiątej Alei i Bigler Street zaczynał się teren szkolny z dużym stadionem do futbolu amerykańskiego. Przystrzyżona murawa, trawniki i okalające kompleks drzewa dawały wrażenie oazy wśród ceglano-asfaltowej pustyni niskiej zabudowy południowej Filadelfii. Tutaj kończyła swoją trasę najdłuższa w historii świata linia tramwajowa licząca od pętli do pętli blisko 45 kilometrów. Bukiet wyszedł ociężałym krokiem z budynku kontrolera ruchu i padł znużony na trawę. Głęboko wciągnął powietrze do płuc i przymknął oczy, jeszcze raz przeżywając ostatnie godziny spędzone w tramwaju. Nie da się ukryć, że szczęście mu dopisało. Rano specjalnie wsiadł w stronę przeciwną, aby móc rozpocząć kurs od jednej pętli do drugiej. Początkowo nic się nie działo. Pasażerów o tej porze było niewielu. kolejne przystanki mijały w letnim sennym otępieniu i nawet przyszło mu do głowy, żeby jednak wyskoczyć na chwilę do wujka po kolejną colę, gdy jego uwagę przykuł wsiadający środkowymi drzwiami starszy człowiek. Płaszcz, damskie pantofle i kapelusz sugerowały emerytkę jadącą na popołudniowe nabożeństwo do jednego z pobliskich kościołów. Jednak gdy tramwaj ruszył, emerytka wyjęła z pod pachy wysłużoną hotelową biblię i zaczęła donośnym, acz monotonnym głosem nawracać podróżnych. „Toż to jakiś kaznodzieja” Pomyślał Sylwester tylko chwilę* dziwiąc się damskiej odzieży na wiekowym staruszku. Kolejni pasażerowie to wsiadali, to wysiadali, jednak kaznodzieja zdawał się tego nie zauważać. A może tylko nie przywiązywał do tego wagi? Po kolejnych dziesięciu kilometrach widać było, że jedynie młody Bukiet i ciemnoskóra kobieta w średnim wieku jadą dalej, wiec kaznodzieja zaczął się zwracać głownie do nich. Bukiet nie znał praktycznie angielskiego, więc nic nie rozumiał. Natomiast kobieta wyraźnie zaczęła blednąć, a głowa jej opadała miękko stukając afro fryzurą o szybę. Polska szarmanckość wzięła górę nad nieznajomością języka i Sylwester w trosce o dobre samopoczucie starszej od siebie kobiety wstał gwałtownie i mówiąc głośno po polsku „Czy pani dobrze się czuje?!” szarpnął okno nad głową pokrytą czarnymi sprężynkami wpuszczając do środka hałas ulicy, dźwięk klaksonów i ożywczy powiew spalin zmieszanych z zapachem gorącego asfaltu. To wytrąciło z równowagi kaznodzieję, który straciwszy wątek potruchtał do wyjścia. Ocalona dama w opałach odetchnęła z ulgą. „You saved my life. I was dying of boredom” – uśmiechnęła się do młodzieńca. Słowa „saved my life” i „dying” Bukiet rozumiał. Przecież u wujka wieczorami ciągle oglądali kryminały. Młody mózg szybko połączył fakty. Wyskoczył na najbliższym przystanku zanim jeszcze staruszek zdołał podejść do drzwi. Nie miał żadnego planu, ale los mu sprzyjał. Na przejściu dla pieszych zaczepił faceta z aparatem i pokazał mu na migi, żeby ten zrobił zdjęcie staruszka. Z początku fotograf nic nie rozumiał, ale przyglądając się stojącemu tramwajowi i sąsiedniemu pojazdowi widocznie doznał natchnienia, bo natychmiast migawka zaczęła trzaskać jak szalona. Bukiet w duszy modlił się, żeby choć na jednym ujęciu widać było starego kaznodzieję. wziął od fotografa wizytówkę i wskoczył ponownie do tramwaju. Na pętli skorzystał z telefonu służbowego dzięki uprzejmości motorniczego, który widział w lusterku jego brawurowy ratunek pasażerki. Po drugiej stronie linii wujek cierpliwie wysłuchiwał siostrzeńca, a potem tłumaczył jego słowa kierownikowi zmiany. Trzy kwadranse później tłumaczył ponownie to samo sierżantowi policji. A potem jeszcze raz inspektorowi kryminalnemu.

Następnego dnia lokalna gazeta dumnie informowała o aresztowaniu „tramwajowego truciciela umysłów”. Bukiet był bardzo dumny. Bezbłędnie wytypował kaznodzieję. Nikt przed nim nie przypuszczał, że staruszek może zanudzić współpasażerów na śmierć.

*chwila – tu: dwa przystanki

(tramwaj w drodze uchwycił Ray K. Metzker, w cyklu Philadelphia, 1963, a zaintrygowało nas tutaj)

Stary statek i morze

new-brighton-uk-storm-clouds-gather-above-perch-rock-lighthouse-photograph-phil-noble_reuters

Była ciemna, bezksiężycowa noc. Latarnik sprawdził wszystkie obwody. Przeczytał po raz kolejny prognozę pogody, według której miało być spokojnie przynajmniej do rana. Włączył lampy i zszedł na dół, aby zdrzemnąć się godzinę. Daleko w morze ruszył miarowy, rytmiczny snop światła. Latarnia morska rozpoczęła swą codzienną monotonną pracę.
Nie narzekała na swój los. Burze bywały tutaj wprawdzie gwałtowne, ale nawet wtedy wściekłe fale rzadko opluwały granitowy cypel na tyle wysoko, by zostawić ślad na czerwonej cegle w białe pasy. Tym, co wprawiało latarnię w melancholijny nastrój było poczucie całkowitej samotności. Domyślała się istnienia innych latarni, bo latarnik często rozmawiał z kolegami po fachu przez radio. Wiedziała też, że są to latarnie portowe, a to znaczyło, że w ich otoczeniu, a przynajmniej w zasięgu snopu światła, były inne budynki. Tymczasem na granitowym cyplu nie było nic. Droga wiodąca do niego była długa i ginęła hen, za pasem jałowych skał i wzgórz pokrytych rachitycznymi kolczastymi krzewami. Dalej porośnięte wiecznie zielonym parawanem góry odcinały widok na jakiekolwiek formy cywilizacji. Z pozostałych trzech stron cypel opływały zimne fale Atlantyku. Nawet zwierzęta omijały ten niegościnny kawałek Ziemi, nie licząc małego stada mew zakładającego gniazda co roku w tych samych załomach skał w cieniu latarni.

Lata mijały i latarnia z czasem zaczęła sobie wyobrażać, że jest całkiem sama, a jej promienie to sygnały rozpaczy wysyłane w przestrzeń z nadzieją na odnalezienie innej cywilizacji. Misja godna NASA, ale na pewno z mniejszą szansą powodzenia niż sygnały radiowe przeczesujące kolejne galaktyki. Myśl, że pełni na tym zapomnianym cyplu rolę strażnika tylko dlatego, że trochę ponad sto lat wcześniej rozbił się nieopodal jacht młodego księcia z możnego rodu, który miał pretendować do tronu w rodzinnym kraju daleko stąd, wydawała jej się tak absurdalna, że każdy inny powód był bardziej realny. Wsłuchana w szum fal i skupiona na własnym rytmie obracających się lamp, latarnia nie zwróciła w ogóle uwagi, że światło wraca do niej w regularnych odstępach. To znaczy zauważyła. Gdzieś tam, podświadomie. To się już zdarzało. Już wywoływało przyspieszone bicie elektrycznego serca przekładni obracającej lustra. Za każdym razem okazywało się jednak, że ocean potrafi płatać niewybredne figle, a wysokie fale całkiem dobrze odbijają skupione świało. Po kilku minutach przez otępiałe monotonią warstwy szkła i miedzi zaczęły przedzierać się intrygujące impulsy. Rytm. Rytm świetlnych impulsów. To był całkiem inny rytm. A przecież powinien być ten sam! Skoro nie jest, to skąd w takim razie te odległe błyski? Cóż to za iskra hen, na oceanie naigrawa się z samotnej latarni? Czyżby nowa sztuczka bezwzględnego Atlantyku? Na pewno nie był to statek. Pamiętała jeszcze te nieliczne przypadki, gdy przepływające w zasięgu radia zagubione jednostki wymieniały się suchymi komunikatami z latarnikiem. Ale to było dawno, przed epoką wszechobecnego sygnału GPS. Nie przestając wysyłać swojej jednostajnej wiadomości, latarnia skupiła źrenicę okna dachowego włazu w ciemności, w której pojawiała się odległa jasna plamka tak długo wyczekiwanej cywilizacji.

* * *

Latarniowiec „Jutrzenka” był pełen energii i chęci do pracy. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Jeszcze miesiąc temu rdzewiał przy molo małego rybackiego miasteczka, stanowiąc rzadko odwiedzaną atrakcję turystyczną. Kiedyś dumnie nadstawiał swe burty na uderzenia sztormów u wejścia do lokalnego portu. Swym ostrym światłem nieustraszenie kierował zabłąkane kutry rybackie i statki handlowe ku bezpiecznej przystani miasteczka. Potem jednak przysadzisty statek stracił całą swoją dumę i zapał, gdy w porcie pojawiła się radiolatarnia na stalowej konstrukcji przypominającej małą kuzynkę wieży Eiffla. Stopniowo starzał się i dziczał plując olejem z coraz rzadziej uruchamianych tłoków i jęcząc mechanizmem obrotowego lustra. Czerwoną farbę powoli zastępowała równie czerwona rdza, a szyby latarni matowiały coraz bardziej z każdym rokiem. Zarząd portu coraz częściej wspominał mimochodem, że utrzymanie tego typu gości jest dużym obciążeniem dla tak małej przystani, a ceny złomu ostatnio poszły w górę. „Jutrzence” było jednak wszystko jedno. Miał dość rodzinnych wycieczek, podczas których znudzone potomstwo weekendowych wielbicieli techniki morskiej próbowało odkręcić sobie na pamiątkę drobne elementy wyposażenia, albo przynajmniej wydrapać swoje inicjały jak najbliżej nadbudówki. Pogodził się z myślą o reinkarnacji w postaci puszek konserwowych szprotów i makreli, może nawet pochodzących od rybaków z jego rodzinnej miejscowości. Więc gdy trzy miesiące temu podpłynął holownik, stary latarniowiec jedynie zgrzytnął cicho o nadbrzeże i nie oglądając się na pomost, przy którym stał ostatnie lata, dał się pociągnąć wzdłuż wybrzeża. Po wielogodzinnej podróży ze zdziwieniem zauważył, że wyłaniają się przed nim doki stoczni remontowej. Cztery kolejne tygodnie wydały się mu powrotem do dzieciństwa, gdy nabierał kształtów w małej stoczni na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz czuł się młodo i świeżo. Błyszczał nowymi szybami i świeżym lakierem, dumny z nowoczesnego sprzętu na swoim pokładzie. Nie mógł się już doczekać swojego nowego miejsca pracy.

* * *

Dwa miesiące później „Jutrzenka” przeklinał pogodę na północnym Atlantyku.  Szalejący od dwóch tygodni sztorm sprawiał, że budowa nowej platformy wiertniczej przedłużała się, a jej zakończenie przed zimowym załamaniem pogody było pod znakiem zapytania. Latarniowcowi nie uśmiechało się spędzać kolejnych miesięcy w tym nieprzyjaznym miejscu, z dala nie tylko od szlaków morskich, ale w ogóle od wszelkich znaków życia. No, może nie do końca wszelkich. W pogodne noce, gdy morze było spokojniejsze, daleko na wschodzie można było dostrzec miarowe światło latarni morskiej. Światło latarni. Stary weteran sygnalizacji był wzruszony. Nigdy nie dane mu było pracować w zasięgu innej latarni. Takiej prawdziwej, omiatającej widnokrąg długim promieniem z soczewki Fresnela. Latarniowiec był wzruszony. Tłoki jego wysokoprężnego serca o mocy 650 KM przyśpieszały lekko za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiał się błysk odległej koleżanki. Za każdym razem, gdy zwierciadło kierowało się ku odległemu lądowi, „Jutrzenka” starał się dostarczyć jak najwięcej mocy do tkwiącej na jego maszcie żarówki i słać wiadomość skupioną w długim promieniu. Miała wyrażać tęsknotę i radość z odległego towarzystwa. Minęło kilka dni, zanim zorientował się, że pulsujące światło na horyzoncie, to odpowiedź na jego świetlne telegramy.

* * *

W połowie listopada latarnia nie mogła opanować ekscytacji. Zwierciadło kręciło się jak szalone bez względu na zegarowy mechanizm sterujący wysłużonym silnikiem. Z prowadzonych przez niemal miesiąc rozmów wiedziała, że budowa platformy zostanie przełożona o kilka miesięcy, a latarniowiec czas zimowych sztormów ma przeczekać w najbliższym porcie. A droga do najbliższego portu przebiegała zaledwie pół mili od jej skalnego cypla. Wreszcie się zobaczą! Nie szkodzi, że szaleje sztorm, a prognozy zapowiadają najwyższe fale niewidziane w tym regionie od kilkudziesięciu lat. Światło morskiego przyjaciela było coraz wyraźniejsze, a to oznaczało, że nie zamierza zmieniać kursu. Wreszcie zapadła noc, a ciężkie chmury zetknęły się ze szczytami spienionych fal. Ulewny deszcz ograniczał widoczność ze szczytu latarni do pół metra i zagłuszał nawet trzask sygnalizacyjnych żaluzji. Latarnia zapadła w letarg. Fale coraz wścieklej uderzały o cypel i jej podstawę. Jedno uderzenie było szczególnie mocne i na tyle inne, że wyrwało na chwilę wiekową budowlę ze snu. Nadal jednak nic nie było widać, więc latarnia zapadła ponownie w półsen do rana.

Przejaśniło się dopiero około południa. Wtedy już było jasne co było powodem nocnej pobudki. Gdy tylko uniosła zmęczone nocną nawałnicą żaluzje, latarnia nie posiadała się z radości. Tuż obok, oparty burtą o jej podmurówkę leżał jej pływający przyjaciel. Ciągle obracające się zwierciadło słało w jej kierunku alfabetem Morse’a najmilszą wiadomość, jaką kiedykolwiek widziała:

„No cześć”

 

(Zdjęcie burzowych chmur nad latarnią Perch Rock w New Brighton wykonał fotograf agencji Reuters Phil Noble)

Karty na stół

image25

Ostatnie zmarznięte liście popełniały zbiorowe samobójstwa na mokrych szybach czwartego piętra przedwojennej kamienicy. Sylwester Bukiet odłożył słuchawkę telefonu i spojrzał na kolejny liść spływający wolno po szybie biurowego okna, aby chwilę później zniknąć za krawędzią parapetu.
„Zupełnie jak te stoły” pomyślał Bukiet i z ociąganiem sięgnął po wysłużony notes aby zapisać w nim zasłyszane przed chwilą informacje.
Rozmówca dzwonił z komisariatu policji w Ciechanowie. Bukiet nie dosłyszał stanowiska, a nazwisko zignorował. Pomagał policji rozwiązywać nierozwiązywalne sprawy od ponad trzydziestu lat. Dawno przestał zwracać uwagę na takie drobiazgi, jak tożsamość dyżurnych stróżów prawa. Nie wnosiły one nigdy niczego nowego do sprawy. A ta zapowiadała się intrygująco. Od Pułtuska po Żuromin, przez Mławę, Nasielsk, Płońsk i Działdowo – ginęły stoły z wiejskich klubów kultury, remizowych sal weselnych i zakładowych stołówek. Co ciekawe, ginęły wyłącznie stoły o czterech prostych nogach – typowe dla stołówek z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia wytwory Bydgoskich Fabryk Mebli. Zapisując ostatnią uwagę Sylwester Bukiet zamknął notes, i wzdychając ciężko wstał, aby zaparzyć sobie imbryk mocnej herbaty. Zapowiadał się długi wieczór. Doświadczony detektyw nie zaśnie, dopóki nie wymyśli choćby jednej hipotezy. A Bukiet po raz pierwszy w życiu nie miał pojęcia od czego zacząć. Z ociąganiem przeszedł do kuchni. Postawił stary, wysłużony czajnik na kuchence gazowej i zaczął rozglądać się za zapałkami. Zauważył je na kuchennym stole obok talerza z przygotowanym na kolację świeżym tatarem siekanym własnoręcznie przez lokalnego wirtuoza tasaka, mistrza rzeźnickiego, Mikołaja Drąga. Sprawnym ruchem zapalił zapałkę i podpalił gaz pod czajnikiem. Wpatrując się w płomień usiadł przy stole i zaczął od niechcenia skubać soczyste wołowe mięso. Był zbyt zaabsorbowany sprawą, aby wyjąć z szuflady widelec czy łyżkę. szybko się więc zorientował, że część tatara wylądowała na podłodze. Schylił się, by je sprzątnąć i… zamarł. Zgięty w pół na kuchennym taborecie wpatrywał się w proste drewniane nogi kuchennego stołu. Cztery nogi. Prostego stołu sprzed czterdziestu lat. Kupionego kiedyś za grosze z wyprzedaży stołówki domu wczasowego funduszu wczasów pracowniczych. W głowie Sylwestra z wolna zapaliło się światełko idei. A chwilę później, gdy gwizdek czajnika informował pół kamienicy o dobrze wykonanej pracy, idea paliła się jak pochodnia.

Tydzień później Sylwester Bukiet mknął podekscytowany siódemką w kierunku Nowego Dworu Mazowieckiego. Przynęta chwyciła. Szybka analiza dotychczasowych kradzieży wskazywała, że stołówki Glinojecka będą kolejnym miejscem ataku. Podstawienie kuchennego stołu z systemem GPS w jednej z nóg było fraszką. Niestety, policji nie udało się schwytać sprawców na gorącym uczynku, chociaż brakowało naprawdę niewiele. Korek w okolicy ronda w Glinojecku zablokował pościg, ale udało się zrobić zdjęcie sprawcy który w bardzo nietypowy sposób uciekał w górę Wisły. Detektyw długo wpatrywał się w przesłane MMSem zdjęcie. Był pod wrażeniem. Nigdy by nie wpadł, że do stołu można przymocować silnik motorówki. Teraz pędził w kierunku wiślanego brzegu, aby przyjrzeć się pozostawionym śladom i przeszukać ponownie starego poloneza trucka, którym poruszał się złodziej stołów. Nie ufał policyjnym śledczym tym bardziej, że nie traktowali sprawy bardzo poważnie. Cały czas w głowie miał postać w koszuli w kratę i wędkarskim kapelusiku. Kilka ostatnich dni listopada okazało się bardzo słonecznych. Dzisiaj był wprawdzie dwudziesty, ale pogoda przypominała raczej drugą połowę października. Kiedyś każdy październik spędzał na wycieczkach z plecakiem z lokalnym oddziałem PTTK. NA to wspomnienie Bukiet z całych sił wcisnął hamulec i zawrócił w stronę Ciechanowa.

Krótka wizyta w biurze PTTK i przejrzenie zdjęć z kilku kronik nie pozostawiało wątpliwości. Osobą na zdjęciu z policyjnego pościgu, oddalającą się na jego własnym kuchennym stole był nie kto inny, jak Antracyt Pieniążek – były przewodnik PTTK i dawny aktywny kaowiec z ramienia rady kultury województwa ciechanowskiego. Na pewno znał wszystkie wiejskie kluby i przyzakładowe stołówki, w których bywał z odczytami i slajdami z działalności PTTK. Antracyt zasłynął na początku lat dziewięćdziesiątych próbą przekonania Ministerstwa Środowiska o konieczności zakupu piasku z Libii w celu przywrócenia pierwotnego kształtu pustyni Błędowskiej. Po przegranej próbie założenia partii „Piaski i Skałki” wśród byłych członków Polskiej Partii Przyjaciół Piwa wycofał się z życia publicznego i zaszył na farmie królików na Dolnym Śląsku. Ustalenie adresu zajęło policji dziesięć minut. Następnego dnia Bukiet pędził pociągiem do Wrocławia, gdzie właśnie wieziono niczego niespodziewającego się Antracyta P. wraz ze stołem noszącym ślady długotrwałego moczenia.

Pod koniec dnia, gdy za byłym przewodnikiem zamknęły się kraty aresztu, Sylwester Bukiet tryumfował. Stając oko w oko z byłym członkiem pieszych wycieczek Antracyt załamał się i wyznał wszystko. Otóż od lat niepokoiło go utworzenie w Górach Stołowych Parku Narodowego. Ostatnia wizyta w tym rejonie tylko potwierdziła jego obawy – piaskowce z górnej kredy tworzące typowe płaskowyże zarastały na potęgę gubiąc stołowy charakter. Tylko przywrócenie masowego ruchu turystycznego mogło utrzymać w mniemaniu Pieniążka nazwę Góry Stołowe w społecznej świadomości. Turyści jednak muszą sami być w stanie od razu zorientować się, że znajdują się właśnie w tym unikalnym w skali Europy miejscu. To wystarczyło. Helikopter GOPRu potwierdził odnalezienie wszystkich zaginionych stołów na terenie Parku Narodowego.

 

(zdjęcie pochodzi ze zbiorów producenta silników Mercury opublikowanych na stronie magazynu Nautica Y Yates. Prawdopodobnie rok 1962. Autor zdjęcia – nieznany)

Kawa na ławę

1173129_375051325973512_345187626_n

Po świętach ciężko wrócić do zawodowej formy. Zwłaszcza, że już za kilka dni kolejna okazja do świętowania, przerw w diecie i toastów z rzeszą dawno, niedawno lub w ogóle nigdy wcześniej niewidzianych znajomych. W powrocie do formy zdecydowanie bardzo pomaga filiżanka czarnej kawy. Statystyki wskazują, że jej spożycie stale rośnie. A to sprawia, że światowi liderzy produkcji i dystrybucji tej popularnej używki ciągle szukają nowych sposobów na zwiększenie sprzedaży. Choćby przez nowe rodzaje automatów – maszyn vendingowych, których projekty co pewien czas wychodzą na światło dzienne.

Najciekawsze projekty przyszłych biurowych automatów z kawą zaprezentowała ostatnio Lavazza. Jej seria dystrybutorów kawy Espresso Blue wzbogaciła się – na razie na papierze – o nowe wysokowydajne urządzenia zaprojektowane przez młodych grafików. Jednym z takich projektów jest „Fuel” meksykańskiego artysty Alberto Arniego.

W nowej koncepcji wymagaliśmy uwzględnienia statystyk sprzedaży kawy na wynos w kawiarniach sieciowych i na stacjach benzynowych. Na życzenie naszej firmy dwie niezależne agencje przeprowadziły również internetowe ankiety mające na celu zbadanie nawyków pracowników biurowych. Ponad 47% ankietowanych przyznało się do używania do porannej kawy kubków XXL, co pokrywa się ze wspomnianymi statystykami z dystrybucji kawy na wynos” – Wspomina kierownik działu R&D koncernu Lavazza.

Statystyki ze stacji benzynowych i wskazane w nich ilości kawy pochłaniane w jednorazowych kubkach wielkości średniej porcji obiadowej, natchnęły mnie do stworzenia dystrybutora kawy wzorowanego na dystrybutorze paliwa” – dodaje Alberto Arni

Kierownictwo koncernu chwali odważny projekt jako rewolucyjny. Dział technologiczny nawiązał już współpracę z hodowcami gęsi w celu określenia wydajności pompy. Poza niewątpliwym wzrostem ilości sprzedawanej w ten sposób kawy koncern zwraca także uwagę na ekologiczne i społeczne aspekty jego wdrożenia. Nowy automat likwiduje problem odpadów, gdyż nie wymaga stosowania jednorazowych kubeczków. Poza tym wpływa pozytywnie na stopę bezrobocia generując dodatkowe miejsca pracy w postaci personelu obsługi. Nie mniej istotną cechą dystrybutora jest również wzrost zadowolenia klientów, gdyż każdy może dokładnie określić jaka ilość kawy go zadowala, choćby na podstawie pojemności żołądka.

Nadal pozostaje również możliwość „zatankowania” kawy na wynos do dowolnego pojemnika. Może być to również kubek XXL.

 

(Grafika prezentuje jeden ze wstępnych szkiców nowego dystrybutora autorstwa Alberto Arniego)

Puste miejsce przy stole

kolekcjoner talerzy

– Szanowni Państwo, święta wprawdzie już się kończą, ale my pozostajemy w klimacie pozytywnych wiadomości. Dzisiaj w naszej galerii ludzi pozytywnie zakręconych witamy pana Staszka, posiadacza jedynej w swoim rodzaju kolekcji 813 nakryć stołowych, z których żaden egzemplarz się nie powtarza… Panie Staszku, czy to prawda?

– Niezupełnie. Jakiś czas temu trafiły mi się trzy razy te same talerze z IKEI. Od tej pory nie odwiedzam nowych, ogrodzonych osiedli. Przez to na przykład od kilku lat nie byłem na warszawskiej Białołęce.

– Jakie były początki pańskiej kolekcji?

– To był chyba rok 1967… W zakładowej stołówce z inicjatywy kadrowej, pani Heli, była mała nieformalna pracownicza Wigilia. Byłem już w płaszczu, więc wychyliłem życzenia przygotowane w kubkach do kompotu, a kawałek makowca schowałem do kieszeni. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. Po pracy poszliśmy do sąsiada na świątecznego strzemiennego. Już za bramą zakładu sąsiad zorientował się, że w sumie nie ma czym nas poczęstować, więc najpierw udaliśmy się do pobliskiego baru mlecznego na śledzika, którego zastąpiły pierogi ruskie. Wie pani, bar mleczny śledzi nie podawał. Nawet w śmietanie. Tak więc wstąpiliśmy na śledzika i wzięliśmy ruskie na wynos. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. W ten sposób do mojej przyszłej kolekcji obok klasycznego wzoru z logiem FSO pojawił się gustowny talerz z Lubiany z zielonym rantem i charakterystycznym znakiem przedstawiającym żółte sztućce na zielonym talerzu. U sąsiada po szóstym strzemiennym wziąłem na wynos kiszone ogóreczki. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. Od tej pory co roku, w Wigilię odwiedzałem z początku sąsiadów, potem bliższych i dalszych znajomych. Za każdym razem wychodziłem w jakimś towarzystwie i szliśmy dalej. Zwykle około północy zarówno towarzystwo, jak i odwiedzane mieszkania widziałem po raz pierwszy w życiu. Jednak nikt nigdy nie miał nic przeciw temu, abym wziął coś na wynos. Jak się potem okazywało – razem z talerzykiem. Najczęściej obiadowym.

– To naprawdę fascynująca historia. Życzę więc wytrwałości w kontynuowaniu tego niewątpliwie unikalnego hobby. A czego pan by sobie życzył, panie Staszku?

– Przede wszystkim, aby w narodzie nie umarła tradycja pozostawiania nakrycia dla zbłąkanego wędrowca. Wiem o czym mówię, gdyż wielokrotnie zdarzało mi się nad ranem w pierwszy dzień świąt zorientować, że nie wiem, gdzie jestem. Warto też pamiętać o tym, aby tego wędrowca do domu wpuścić, gdy już nakrycie puste mamy i słychać pukanie do drzwi. Ze swojej strony chciałbym też dodać apel, aby w ten konkretny, świąteczny dzień sięgnąć w głąb szafki i dla tego wędrowca postawić – nawet zdekompletowaną – ale jednak oryginalną zastawę po babci, prababci, lub cioci, byłej kierowniczce domu wczasowego koła gospodyń wiejskich czy chociażby stołówki przy lokalnym GSie.

(Wywiad inspirowany zeszłorocznym żartem spod pióra niezawodnego WILQ)

Bardzo długa baśń na zimowe wieczory

nature-boats

Na skraju województwa, z dala od wielkich, a także całkiem małych miast, leżała spokojna wioska. Niewielka. Taka, którą czasami wszyscy mijamy za oknem samochodu. Ale tylko wtedy, gdy jadąc na wakacje zboczymy  z głównej drogi, żeby ominąć gigantyczny korek. Takie wioski wynurzają się powoli zza drzew. Albo zza pagórków. Czasem wyrastają wśród pól, z domkami wyglądającymi jak rozsypane starodawne figury od dawno zapomnianej gry. Mamy wrażenie, że są w takim miejscu od zawsze. Wszystkie wydają nam się podobne, a jednak każda ma swoją historię. Albo nawet kilka. Niekiedy historie dzieją się właśnie wtedy, gdy w tumanie kurzu przejeżdżamy senną wiejską drogą szukając niecierpliwie znaków wskazujących kierunek do najbliższego miasta. To właśnie wtedy wydarzyła się ta historia.

Na skraju niewielkiej, spokojnej wioski stała stara chałupa. Tuż za nią, nie zważając na spróchniały i częściowo przewrócony płot, zaczynały się pola grochu i fasoli. Pola rozlewały się szeroko po łagodnym stoku wzniesienia, na którym stała wieś. Armia wymierzonych w niebo tyczek była podzielona na regimenty rozdzielone za każdym razem miedzą wyznaczającą granice kolejnych poletek. Rozpędzone zastępy pnączy zatrzymały się dopiero na skraju wielkiego jeziora rozciągającego się u stóp wzniesienia. Na najdalej od wioski położonym poletku piął się dumnie po tyczkach groch. Na skraju pola grochu, na ostatniej, najwyższej tyczce, dorodne strąki pięły się nad wyraz dumnie. W najwyższym punkcie najwyższej tyczki pęczniał z dumy wyjątkowo dorodny strąk. Pęczniał tak całe lato, aż przestał się dopinać w swoim pożółkłym surducie. Szczególnie mocno rozpychało się górne ziarenko, które teraz ciekawie wyglądało na świat przez szparę między łupinami. Pozostałe ziarna rozmawiały tylko o tym, jak mocno praży sierpniowe słońce. I czy strach na wróble dobrze wypełnia swoje obowiązki. I czy cień widziany rano to była wrona? Czy chmura? Ale to nie były interesujące tematy dla górnego ziarenka z najwyższego strąka najwyższej tyczki. To konkretne ziarenko myślało o zupełnie innych rzeczach. I patrzyło w całkiem innym kierunku niż pozostałe ziarenka. Ostatnią tyczkę dzielił od wielkiego jeziora jedynie bardzo wąski pas nigdy nie koszonej trawy. To właśnie to jezioro tak fascynowało młody groch.

Gdy nadszedł czas zbiorów, wszystkie ziarna były bardzo podekscytowane. Kończył się okres ich dzieciństwa. Miały ruszyć w świat, a tam czekała na nie wielka kariera! Padały nazwy wielkich koncernów spożywczych, ktoś wymieniał czołowych producentów paszy. Ziarenka robiły szybki przegląd swoich strąków z niepokojem wyszukując najdrobniejszych śladów rdzawych plamek, które mogłyby zdyskwalifikować zbiory i pogrzebać ich marzenia. Jedynie młode górne ziarenko, zamiast o skupie, traktorach czy puszkach, myślało tylko o wielkiej podróży przez nieprzebyty dotąd przez żadną strączkową roślinę akwen. Tak różny od wielu mniejszych zbiorników, o których od zawsze krążyły po polu różne opowieści. Od zawsze, czyli mniej więcej od kwietnia. Historie przynosiły siadające tu chrząszcze, nabierające siły przed wyczerpującym lotem nad jeziorem. Grzejąc swe chitynowe pancerze w promieniach wschodzącego słońca wymieniały mrukliwie plotki z tak odległych kierunków, jak łąka pod lasem, czy podwórko za oborą. Opowieści te docierały dorastających strąków i tylko pobudzały wyobraźnię małego groszku. Dzięki nim wiedział jakie pułapki czekają ziarenko w przerdzewiałym zbiorniku paliwa starego traktora na tyłach ostatniej chałupy. Wiele razy także analizował niesamowitą historię bohaterskich ziarenek fasoli, które, porwane przez wichurę wraz ze swoim suchym strąkiem, wylądowały w wielkiej kadzi (która okazała się być tak naprawdę starą wanną) lekko kleistej breji codziennie nocą wynoszonej z piwnicy drugiej od końca chałupy. Dziwnym trafem wszystkie owady trafiające w pobliże kadzi leciały dalej lotem mocno zygzakowatym. Bardziej trzymające w napięciu mogły być tylko opowieści o rozbitkach na środku stawu pod lasem. Stawu, na którego powierzchni unosiła się gruba plama połyskująca wszystkimi kolorami tęczy. Plama w której grzęzły małe owady. I nasiona. Mimo wielu historii, których bohaterami były nasiona grochu lub fasoli, żadne ziarenko nie mogło się do tej pory pochwalić przebyciem jeziora. Prawdziwe jezioro, to nie to samo co dużo mniejsze zbiorniki pełne podejrzanych cieczy. Na jeziorze czekały gonione wiatrem wysokie na kilka strąków fale. W jeziorze czekały łakome ryby. Czekał także drugi brzeg. Był jednak tak daleko, że wydawał się złudzeniem. Złudzeniem i obietnicą. Obietnicą zupełnie innego świata. Dlatego właśnie młody groszek postanowił zostać pionierem roślinnego żeglarstwa.

Zbliżał się koniec lata. Na pola ruszyły całe rodziny rolników, aby zebrać wyjątkowo dorodne zbiory. We wszystkich strąkach podniecenie sięgnęło zenitu. Walające się gdzieniegdzie stare puszki po fasolce po bretońsku, groszku w zalewie czy torebki z zapachem zupy grochowej w proszku działały na wyobraźnię. Inne ziarenka prześcigały się w licytacjach czyje zdjęcie ozdobi kolejną partię zupy w proszku lub czyja rodzina wystąpi na etykiecie fasolki po meksykańsku. Ale nie młody groszek z ostatniego strączka. On starał się mocno wtłoczyć w łupiny strąka rozpychając je dodatkowo, żeby wyschły jak najszybciej. Żeby wyschły, zanim on wyschnie. I żeby wyschły wokół niego. I stały się twarde. Jak zbroja.

Słońce prażyło zaglądając do wnętrza ostatniego strąka na najwyższej tyczce na końcu pola. Łupiny rozstąpiły się, zżółkły i stwardniały. Młody chłopak zrywający ostatnie owoce grochu, jedynie potrząsnął tyczką wyłapując lekko podsuszone ziarna. Nie był zainteresowany wyschniętym strąkiem. Nie zwrócił też uwagi, że na samej górze pozostało jedno ziarno. Lekko pomarszczone, nie wiadomo bardziej od słońca, czy z wysiłku, próbując utrzymać się w coraz bardziej oddalających się od siebie łupinach. W końcu pole opustoszało. Rolnicy odeszli, a wraz z nimi – worki pełne ziaren i kosze pełne strąków. Nadchodzący wieczór przyniósł silny wiatr hulający między pustymi tyczkami. Silny na tyle, aby zerwać samotny suchy strąk z ostatniej tyczki. Na to właśnie liczył młody groszek. Chwilę się tylko wahał, której łupiny ma się trzymać. Wiatr oderwał je od siebie, by po kilku minutach szalonego tańca kilka metrów nad ziemią i wodą, położyć je delikatnie na tafli jeziora dobre dwadzieścia metrów od brzegu. Teraz nie było już odwrotu. Łupina z odważnym ziarenkiem kołysała się na wywołanych wiatrem falach, z minuty na minutę coraz bardziej oddalając się od oznaczonego tyczkami krańca znanego mu wzniesienia.

Wiatr ucichł tak samo nagle, jak się pojawił. Zawstydzone widokiem nagich tyczek słońce powoli znikało za horyzontem, z każdą minutą czerwieniejąc coraz bardziej. Nie zapomniało jednak, aby sprawdzić ostatnimi ciepłymi promieniami, czy wszystkie stworzenia szykują się na przybycie nocy. Długa smuga w odcieniu miedzi odprowadzała samotną grochową karawelę dryfującą ku nieznanym lądom. Jej samotny kapitan, następca Kolumba, z przyjemnością grzał swój okrągły brzuszek. Słoneczne ciepło przypominało mu dopiero co opuszczony dom i dodawało otuchy przed daleką podróżą. Małego podróżnika zaczęła powoli ogarniać senność, gdy jego łódka zachwiała się, a nad okrągłym brzuszkiem rozciągnął się podłużny cień. Groszek natychmiast oprzytomniał. Na drugim końcu połówki strąka siedziała przepiękna ważka. Jej lotniczy skafander w kolorze lazurowego, bezchmurnego nieba odcinał się jasną kreską na tle ciemnej wody jeziora. Wielkie oczy patrzyły ciekawie na dzielnego żeglarza.

– Dobry wieczór – Zagadnął groszek po chwili potrzebnej, aby oswoić się z nieproszonym gościem.
– Bardzo dobry – odpowiedziała ważka i natychmiast spytała – Co robisz tak daleko od brzegu? Jesteś przecież ziarnem.
– Jestem groszkiem – oburzył się groszek, ale dodał nie bez dumy w głosie – Zamierzam przepłynąć jezioro!
– Musisz być bardzo odważny. Nigdy nie widziałam, żeby jakieś ziarno chciało przepłynąć jezioro. Gdzie konkretnie płyniesz?
– No… na drugi brzeg… Zawsze o tym marzyłem… – Pytanie ważki trochę zbiło z tropu właściciela żółtej łodzi.
Ważka uśmiechnęła się, a przynajmniej tak się groszkowi wydawało.
– Musisz wiedzieć mały Groszku, że nasze jezioro jest właściwie okrągłe. Jak ty. Nie znajdziesz tutaj drugiego brzegu. Są tylko różne miejsca na brzegu tego samego jeziora. Czemu w ogóle marzysz o drugim brzegu? Czy gdybyś toczył się w zawodach ziaren też marzyłbyś o drugim miejscu?
– No… nie… Chciałbym być pierwszy… Ale wiesz, to nie to samo! – Groszek czuł się trochę zdezorientowany.
– Może nie to samo. A może jednak tak – powiedziała w zamyśleniu ważka – Gdy będziesz myślał o celu twojej podróży jako czymś ”drugim”, to poddasz się, gdy tylko napotkasz jakieś trudności. A gdy się poddasz, to zawrócisz. Zawrócisz na brzeg, który nazywasz w myślach pierwszym. Musisz uwierzyć, że jest tylko jeden brzeg. I to jest ten, do którego aktualnie starasz się dopłynąć.
– Chyba rozumiem. Dziękuję – wyszeptał zamyślony groch.
– Słońce już prawie zaszło. Muszę wracać na swój brzeg. Byłam bardzo ciekawa co tak daleko od brzegu robi otwarty strąk. Cieszę się, że cię poznałam, ziarno zwane Groszkiem.
– Też się cieszę. Do widzenia! – krzyknął groszek za oddalającą się bezgłośnie, ważką, która w locie wyglądała jak helikopter do oprysków, który wiosną zawitał nad wzgórzem.

„Ziarno zwane Groszkiem”. Brzęczało w zielonej główce.

„O rany! Ona myślała, że mam tak na imię…” – Myślał intensywnie groszek. Po chwili stwierdził, że on też myśląc o ważce myśli o tej konkretnej, którą poznał. I nie ważne, że są inne ważki. Wśród groszków i fasolek od tej pory będzie znana tylko ta jedna. Gdy oczywiście groszek zakończy swą podróż i o niej opowie innym. Gdzie i komu – tego jeszcze nie wiedział, ale miał nadzieję, że na pewno jakaś okazją się przytrafi. „Zaraz” – myślał dalej – „Ważka też zna tylko mnie. Inaczej wiedziałaby, ze jestem groszkiem. Dla niej jestem Groszkiem. W sumie, czemu nie? Hurra! Mam imię!”.

Gdy księżyc rozpoczął ciekawską wycieczkę po jeziorze, nie spotkał już łódeczki z groszkiem. Zamiast tego na sennych falach podrygiwała dumnie strąkowa fregata niosąca kapitana Groszka. We śnie kapitan uśmiechał się. I nigdy już nie pomyślał o sobie jako o zwykłym ziarenku grochu. Był Groszkiem. Tym Groszkiem.

Minęła noc. Monotonne skrzypienie obudziło okrągłego żeglarza z wywołanego rytmicznym kołysaniem snu o podbojach dalekich krain. Takich, jak na przykład oddalona od pola grochu o dobre pół kilometra łąka, na której pasły się cztery łaciate krowy. Albo zaczynający się za polem fasoli młody, świerkowy zagajnik. Teraz jednak krainy te rozmyły się w nieznośnym dźwięku. Irytujące skrzypienie nie ustawało. Sny rozpierzchły się na dobre. Groszek rozejrzał się. Łódź stała w cieniu czegoś ogromnego. Cień to zanurzał się, to wynurzał powoli. Tuż przy jego małej łupinie. Dopiero gdy usłyszał głosy ludzi, pod których krokami ogromny cień zakołysał się i zaskrzypiał głośniej, zrozumiał, że jego statek oparł się o burtę drewnianej łodzi. Nie zdążył się nad tym głębiej zastanowić, bo łódka odbiła od brzegu pociągając za sobą przyklejone do burty grochowe czółenko. Słońce dopiero wschodziło i widać było wyraźnie kładące się w oddali na wodzie długie cienie tyczek grochowych. Groszek zmartwił się. W nocy fale zniosły go w bok, ku trzcinom. Nie przepłynął więc jeszcze nawet połowy jeziora. Jednak już godzinę później wystawiał swój okrągły brzuszek na wiatr zadowolony, że łódka wędkarzy coraz bardziej zbliża się do środka tego małego oceanu. Niestety. Jego radość nie trwała długo. Wędkarze przestali wiosłować, zarzucili wędki i zasiedli w łódce ani myśląc o tym, aby dostać się na drugi brzeg.

– Nie. Nie na drugi. Na przeciwległy – poprawił się szeptem Groszek.

Nastała cisza. Jedynie co pewien czas łódka drgnęła mocniej, gdy któryś z wędkarzy zdrętwiał i zmieniał pozycję. Nierówne kołysanie spowodowało, że łupinka zaczęła powoli odrywać się od drewnianej burty. Jeszcze kilka wahnięć łodzi i  grochowy okręt uwolnił się na dobre, a odległość od wędkarzy zwiększyła się do dwóch metrów. Przez kilka minut nic się nie działo.  Potem jednak przy strąkowej burcie pojawiło się kilka drobnych pęcherzyków powietrza. Groszek wychylił się zaintrygowany. Coraz większe bąbelki tak go zaciekawiły, że przechylił niebezpiecznie całą łódkę. Całkiem spory bąbel powietrza uderzył w strączek dokładnie za wychylającym się ziarenkiem. Strąk przechylił się mocno na jedną burtę i Groszek wylądował w wodzie. Zanim zdążył sobie zdać sprawę ze zgubnych skutków swojej ciekawości, spod wody wystrzeliła paszcza i połknęła małego śmiałka. Ryba nie dała się nabrać na chlebowe kulki zaciśnięte na wędkarskich haczykach. Wybrała coś, co jej zdaniem przypominało owada. Srodze się jednak zawiodła. Rozczarowana zdobyczą ruszyła czym prędzej ku odległym gąszczom tataraku na wymarzonym przez grochowe ziarenko brzegu. Zanim jednak zniknęła w plątaninie korzeni trzcin i wodorostów, nagłe szarpnięcie wyrwało ją z wody. Siatka w metalowej ramie uniosła ją nad płycizną w kierunku miniaturowej piaszczystej plaży. Dwóch młodych chłopaków było bardzo zadowolonych ze swojego łupu. Długie minuty cierpliwego oczekiwania z podbierakiem ojca zostały nagrodzone trzepoczącą się zdobyczą. Szamocząca się, wyciągnięta nagle z wody ryba, otworzyła szeroko pysk i wypluła swą nieudaną zdobycz, która okazała się pasażerem na gapę. Lecąc ku ziemi Groszek widział, jak jego nietypowy środek transportu ląduje w plastikowym wiadrze z wodą z jeziora. Sam zaś znalazł się po chwili na lekko wilgotnym piasku, wśród wysychających wodorostów i rybich łusek. Prawie godzinne leżakowanie w rybim pyszczku w zasadzie nie zaszkodziło na wpół wyschniętemu ziarenku. Minęło jednak kilka minut nim Groszek otrząsnął się z pierwszego szoku po wystrzeleniu z rybiego pyska. Gdy przyzwyczaił się znów do prażącego słońca, zaczął rozglądać się ciekawie. Młody groszek był na brzegu bez swojego okrętu. Zaczął uważnie badać okolicę. No więc jest tutaj ławka. Prawie nad samą wodą. Za nią ścieżka prowadząca do niedalekiej drogi, przy której stała stara furgonetka, a za drogą rozciągały się bliżej nieokreślone pola i łąki. Nad polami górowały ogromne wiatraki elektrowni wiatrowej. Wiatraki! Przy dobrej pogodzie widać je było z grochowej tyczki! Były bardzo daleko, po drugiej (nie, po przeciwnej) stronie jeziora! Czyli jednak się udało! Tak! Mały Groszek pokonał jezioro od brzegu rodzinnego leżący po drugiej stronie brzeg marzeń. Udało mu się, choć nie do końca w sposób, który sobie zaplanował. To jednak chyba nie miało znaczenia. Przecież liczyło się, że tu dotarł, prawda?

Jednak co teraz? Toczyć się dalej? Zostać tu, na brzegu? A może wrócić? Nie zdążył się zastanowić, gdy na przybrzeżną łachę wilgotnego piasku wpadł mały kundel. Prychając ze szczęścia zaczął tarzać się pośród łusek i wodorostów, a potem pobiegł ile sił w nogach za oddalającą się powoli furgonetką. Groszek podskakiwał rytmicznie, przyklejony do brudnego futra zwierzaka. Cieszył go ten niespodziewany zwrot akcji. Do tej pory samo dotarcie na drugą (przeciwległą!) stronę największego znanego mu zbiornika wodnego było nierealnym marzeniem. Nigdy nie zastanawiał się, co będzie robił, gdy tam dotrze. Groszek przez całą podróż najbardziej cieszył się… samą podróżą. Dlatego teraz, gdy przydarzyła się okazja, z radością kontynuował są wyprawę. Byle dalej. W głąb pól. Gdzie droga poniesie. Ku wiosce. Ku leśnym ostępom. Wszystko jedno. Podskakiwanie wkrótce ustało, ale Groszek nie był w stanie nic zobaczyć przez gęste, splątane psie kudły. Czuł się zmęczony. Woda z jeziora i wilgoć z psiej sierści sprawiły, że znowu powoli napęczniał. Zdawało mu się, że jego podróż trwała całe życie, a nie tylko jedną dobę. Myślał o sobie jak o starym wilku morskim. Weteranie morskich szlaków. Syty wrażeniami myślał o godnej bohatera emeryturze.

Dopiero pod wieczór, gdy pośród pisków, śmiechów i szczekania woda z hydroforu zanurzonego w przydomowej studni i kierowana wprawną ręką wyrostka trzymającego końcówkę ogrodowego węża, wymyła dokładnie wszystkie pozostałości przybrzeżnej przygody z sierści wielorasowego szczeniaka. Resztki wodorostów i nieliczne rybie łuski zostały spłukane z podwórka w stronę płotu. Zmyty na skraj przydomowego ogródka pod płotem Groszek odetchnął głęboko/ Był bardzo zadowolony, że znów jest czysty i błyszczący. To, co zobaczył przed sobą również bardzo mu się podobało. Zgrabny budynek z czerwonej cegły, drewniany płot, ogródek pełen ziół z górującymi nad nimi malwami i zamknięty z przeciwnej strony krzakami czarnej porzeczki… Groszek poczuł się szczęśliwy. Szczęśliwy i spełniony. Przywołał myśli o emeryturze bohatera i stwierdził, że tutaj właśnie chciałby zostać na zawsze. Zanurzył się więc wygodnie w maleńkiej kałuży. To, co powoli nabrzmiewało w pękatym brzuszku Groszka, to był młody pęd. Groszek uśmiechnął się i wcisnął głębiej w pulchną, wilgotną ziemię. Powoli zapuścił korzenie. Zanim całkowicie zniknął pod czarnymi grudkami, z przyjemnością wsłuchiwał się w odgłosy życia ogrodu. Nad nim przelatywały trzmiele i majowe chrząszcze. Pszczoły prześcigały się w pracowitości z drepczącymi w dole mrówkami. Wielobarwne chrząszcze podążały w różne strony w sobie tylko znanych sprawach. Biedronki kłóciły się z mrówkami o mszyce. Dżdżownice pracowicie spulchniały glebę wokół młodych korzeni. Koniki polne chroniły się w cieniu malw wymieniając nowinki ze świerszczami muzykującymi pod krzakiem porzeczki. Zdawało mu się nawet, że słyszy przelatującą ważkę, gdy przypomniał sobie, że latają one bezgłośnie. Wszystkie te stworzenia patrzyły z podziwem na kiełkujące ziarenko grochu. Każdy owad był ciekawy skąd się tu wzięło. Groszek nie dawał się dwa razy prosić. Groszek opowiadał. O najwyższej tyczce. O okręcie z łupiny. O ważce, która nadała mu imię. O łodzi wędkarzy. O rybie. O młodych rybakach. O wiatrakach. I o szczeniaku oczywiście też. Opowiadał bardzo chętnie. Wiele razy. Każdemu, kto chciał słuchać. Czasem dodawał szczegóły. Innym razem trochę ubarwiał całą historię. Jednego był pewien. Wiedział, że dotrze ona do jego rodzinnego pola i kolejne pokolenia grochu będą go podziwiać. Być może znajdą się śmiałkowie, którzy zechcą wyruszyć jego śladem. Być może nawet dotrą dalej niż on. Ale to on był pierwszy. Pokazał wszystkim, że nawet gdy jest się małym, okrągłym ziarenkiem, można zostać wilkiem morskim. Trzeba tylko marzyć i mocno chcieć te marzenia zrealizować. On chciał. I udało mu się. I jego następcom też się uda. Wierzył w to mocno, chociaż ogród przykrył śnieg, a pozbawione liści krzaki porzeczki zapomniały już jak wyglądają odwiedzające je latem pszczoły. Wszystko zapadło w głęboki sen. Groszek, będący teraz ukrytym pod ziemią pędem, z ochotą dołączył do zimowego letargu.

A już następnej wiosny pachnące kwiaty wspinały się ku słońcu po sztachetach drewnianego płotu. Na samym szczycie pęczniał maleńki strączek, który rósł z dnia na dzień. W tym strączku, w jego górnej części, znowu rozpychało się ciekawe świata ziarenko. Nie widziało wprawdzie jeziora. Ani żadnej rzeki, czy chociażby stawu. Widziało za to ptaki. Bociany majestatycznie unoszące się nad łąką po drugiej stronie płotu. Szybkie, zwinne jaskółki. Ciekawskie wróble. Wrzaskliwą srokę. I nagle zapragnęło wznieść się wysoko i odlecieć w nieznane. Wierzyło, że mu się uda. Przecież wystarczy bardzo chcieć, a marzenia się spełniają.

Na skraju województwa, z dala od wielkich, a także całkiem małych miast, leży spokojna wioska. Niewielka. Taka, którą czasami wszyscy mijamy za oknem samochodu. Ale tylko wtedy, gdy jadąc na wakacje zboczymy  z głównej drogi, żeby ominąć gigantyczny korek. Takie wioski wynurzają się powoli zza drzew. Albo zza pagórków. Wystarczy jednak zatrzymać samochód na skraju pola i wysiąść. Usiąść wygodnie w przydrożnym rowie i obserwować. Jeśli będziecie mieć oczy szeroko otwarte i dopisze wam szczęście, zobaczycie bardzo nietypowy widok. Nisko nad polami, tańcząc z wieczornym wiatrem, minie was suchy grochowy strąk. A w nim małe zielonkawe ziarenko, które postanowiło polecieć w nieznane.

 

(Zdjęcie strąkowych łódek wykonała Penny Whitehouse)