Piękne oko liczności przyrody

michael-clark-up-on-kebler-pass-near-crested-butte-colorado

Złota polska jesień przyniosła ciepłe wieczory i krwistoczerwone jabłka. Oraz list. Nietypowy. Przyniósł go pod koniec października gołąb. Raczej dziki niż pocztowy.
„Nie. to nie gołąb” – pomyślał jak zwykle dokładny Sylwester Bukiet i otworzył podręczny atlas ptaków. „No tak. To sierpówka. Inwazyjny gatunek. Czy może imigracyjny?” – zastanawiał się czytając opis zwierzęcia „Z Turcji. Niech zostanie po prostu – sierpówka”.
No więc sierpówka przyniosła list. Nietypowy. Bo napisany na brzozowej korze. W zasadzie nawet nie napisany. Dla niewprawnego oka był to tylko kawałek kory. Ale Sylwester miał bardzo wprawne oczy. Nieomal natychmiast dostrzegły systematyczność wzoru czarnych plamek na białym tle. Alfabet Morse’a detektyw miał w małym palcu. Przesuwał nim po brzozowym rulonie odczytując wiadomość i zapisując ją jednocześnie drugą ręką w swoim wysłużonym notesie. Sprawa była poważna. Należało reagować natychmiast. Dziesięć minut później Bukiet mknął w kierunku Puszczy Kampinoskiej.

Współrzędne były pierwszorzędne. Detektyw dotarł bez trudu, chociaż ostatnie trzysta metrów przebiegł truchtem. Lata pieszych wędrówek i złota oznaka PTTK dobrze wpływały na kondycję, bo Sylwester nawet nie złapał zadyszki dopadając przewróconego na małej polance roweru. Niedaleko, w słonecznym paśmie październikowego słońca na pożółkłej trawie leżało ciało. Bukiet rozejrzał się i zaczął podchodzić ostrożnie, aby nie zatrzeć żadnych śladów. Na wszelki wypadek odpiął kaburę swojej wiernej finki. W odległości dwóch metrów od ciała zatrzymał się i dmuchnął w policyjny gwizdek.

Ciało poruszyło się gwałtownie otwierając oczy i wyciągając z uszu słuchawki. Bukiet odetchnął. Leżący osobnik nie był uzbrojony, jeśli nie liczyć odtwarzacza mp3 i staromodnego futerału na aparat fotograficzny, z którego jednak wystawał kawałek bagietki z oliwkami i liść jarmużu.

„Nie robię nic złego. Tylko tak tu przyjeżdżam co wieczór oderwać się od miejskiego zgiełku Płońska i słuchając muzyki zabijam czas” – Tłumaczył się brodaty młodzieniec z wąskich płóciennych spodniach. „Zabijasz czas! Chłopcze!” – u Bukieta zmysł edukacyjno-oratorski wziął górę nad kryminalno-prawnym – „Zastanów się co robisz! To przez takich jak ty mamy coraz mniej czasu na wszystko. To przez takich jak ty wszyscy ciągle gdzieś się śpieszą! Miejski zgiełk, od którego uciekasz to skutek zabijania czasu, którego jest coraz mniej! A liczba ludności wzrasta!”. Sylwester wyliczał przewinienia podniosłym głosem wpatrując się groźnie w zdezorientowanego młodzieńca. „Przepraszam, nie wiedziałem… to się nie powtórzy…” – kajał się elegancki rzezimieszek. „Proszę mi jeszcze powiedzieć, skąd pan wiedział? Przecież słucham muzyki cicho i do tego w słuchawkach…”

Bukiet uśmiechnął się z politowaniem. „To ściany mają uszy chłopcze. Lasy mają oczy” oznajmił mrugając do otaczających polankę brzóz.

 

(Podglądające brzozy uchwycił Michael Clark)

Pro-pan Bhutan

tumblr_ok301quqnm1qd8br9o1_1280

Jak podaje BBS (Bhutan Broadcasting Service), król Jigme Khesar Namgyel Wangchuck odznaczył wczoraj siedmiu inspektorów policji kryminalnej Bhutanu za zlikwidowanie sieci przemytników propanu. Odkąd w 1971 roku Bhutan przystąpił do ONZ jego podstawowym postulatem była zmiana nazewnictwa handlowych mieszanek gazów technicznych, a konkretnie LPG z popularnej „propan butan” na „butan propan” co, jak argumentował ambasador Bhutanu przy ONZ, byłoby zgodne z kluczem alfabetycznym, a poza tym zbieżność nazw nie sugerowałaby drugorzędnej roli tego azjatyckiego królestwa, wciąż borykającego się z pokolonialną traumą. Niestety, mimo rzeczowej argumentacji zgłaszane rezolucje były rokrocznie odrzucane, co w końcu zniechęciło Bhutańczyków przekonanych o międzynarodowym spisku koncernów paliwowych z należącym do byłego protektora Bhutanu – Wielkiej Brytanii – British Petroleum na czele. Wydany pod koniec lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku zakaz stosowania propanu i jego mieszanek w obrębie królestwa został przyjęty przez poddanych jako ostateczne symboliczne zrzucenie jarzma brytyjskiego i jest respektowane do dziś. Niestety nepalska mniejszość jest przyzwyczajona do stosowania skroplonego gazu w przenośnych kuchenkach rozpowszechnionych dzięki wyprawom himalaistów (zwłaszcza nieudanym, gdy na wiosnę wystarczy pozbierać resztki sprzętu, które spłynęły z wyższych partii gór), a to oznacza popyt na przemyt.

Pod koniec stycznia bieżącego roku policji Bhutanu udało się przechwycić największy do tej pory transport propanu w granice królestwa, a przy okazji rozbić cały międzynarodowy gang przemytników, w którym występuje także wątek polski. Ładunki LPG, czyli propanu-butanu przewożone przez hinduskich i nepalskich najemników pochodziły z gazoportu w Świnoujściu. Zwykle gaz był konfekcjonowany w prowincji Assam, a następnie w puszkach od herbaty rozprowadzany na czarnym rynku himalajskiego państewka. Wszystko się zmieniło, gdy dwóch pracowników gazoportu, Bruno Głaz i Sławomir Przecier, postanowili przyłączyć się do procederu po poznaniu docelowego przeznaczenia gazu od jednego z hinduskich marynarzy. Zasugerowali oni, że w Polsce LPG jest popularnym paliwem do silników spalinowych, wobec czego oni chętnie sprzedadzą poloneza Caro należącego do Brunona G. i volkswagena Golfa, własność teściowej Sławomira P. na potrzeby szajki, gdyż oba te pojazdy miały instalację LPG ze zbiornikami imitującymi koła zapasowe. Pomysł spodobał się po drugiej stronie świata i już pół roku później wpłynęło zamówienie na kolejne cztery polonezy i sześć golfów. Bruno i Sławomir czuli, że odkryli żyłę złota. Niestety, polonezy były już dość trudno dostępne, więc nie mogąc zebrać więcej niż trzy sztuki, panowie postanowili wtajemniczyć teścia Sławomira P. Teść prowadził usługi spawalnicze i znał wiele warsztatów samochodowych, dla których często wykonywał drobne prace palnikiem acetylenowym. Na marginesie warto dodać, że acetylen, jako niepoprawny politycznie ze względu na niewłaściwe miejsce w spisie alfabetycznym, jest również indeksowanym gazem w Bhutanie. Jego lokalną oficjalną nazwą jest cetylen.

Teść Sławomira P. polegał na własnym doświadczeniu. Jego zakład znajdował się vis a vis posterunku policji, na tyłach plebanii. Dlatego też ogłosił zniechęconym wspólnikom, że „wszakże pod latarnią najciemniej”, wobec czego należy przygotować jeden zbiornik, wystarczająco duży, aby pomieścił na raz półroczny transport, a następnie wwieźć go legalnie do Bhutanu. Jak zapowiedział, tak zrobił. Zamaskowany zbiornik prezentowany jako „kula szczęścia” (w żargonie szajki zwany „statkiem – wazą” – z ang. vase vessel), miał być podarkiem polskiej delegacji przemysłu spawalniczego (w osobach Brunona G. i Sławomira P.) dla ludu Bhutanu. Symbolika miała nawiązywać do ziaren prosa i kukurydzy w barwach Unii Europejskiej symbolizujących rozgwieżdżone niebo nad Himalajami. Plan przebiegał pomyślnie, aż do czasu, gdy Sławomir P. pomylił przedstawiciela rządu z jednym z członków szajki („Nepalczycy są wszyscy do siebie podobni”, tłumaczył później przed sądem), chwaląc się przygotowaną wcześniej koszulką, na której w sanskrycie miało być napisane „gaz do Bhutanu”, ale przez nieznajomość pisma tybetańskiego, grafik przygotował napis „Bhutan do gazu”, co wzbudziło nieufność policjanta pracującego incognito. Szybki kontakt mejlowy z poznanym na wymianie studenckiej polskim detektywem – Sylwestrem Bukietem pozwolił inspektorowi Jigme’owi Ngedupowi na stwierdzenie, że delegacja może była polska, ale na pewno nie oficjalna. Informacje od polskiego detektywa o miejscu zatrudnienia członków delegacji pozwoliły natomiast połączyć szybko wszystkie elementy układanki i tydzień później cała szajka została aresztowana dzięki udanej współpracy bhutańskich i indyjskich organów ścigania.

Chciałem bardzo podziękować za wzorową współpracę Sylwestrowi Bukietowi oraz wyrazić żal, że obywatele poważanego przez nas kraju, ojczyzny tak znamienitych postaci – będących literackimi bohaterami narodowymi Bhutanu – jak Bruno Jasieński czy Sławomir Mrożek, wejdą na drogę przestępstwa narażając na szwank nasz indeks szczęśliwości. Tym bardziej jest nam przykro, że dokonali tego imiennicy sławnych w całym Bhutanie polskich obywateli – autora tomiku „But w bhutanierce” i autora życiowych dramatów wydanych u nas w zbiorze „BhuTango” – wypowiadał się na łamach „Głosu Ciechanowa” Jigme Ngedup.

 

(zdjęcie statku-wazy w fazie budowy wykonał Laurent Gaudart)

Krzyżyk na drogę

ray-k-metzker-philadelphia-1963

Ostry dźwięk dzwonka oderwał Sylwestra Bukieta od lektury kroniki kryminalnej „Głosu Ciechanowa”. Dzwonek dzwonił wściekle, ale stary fiat punto nie zamierzał wcale zjeżdżać z torowiska. Kierowca jedynie zamknął okno i starał się udawać, że skręca w lewo na zwykłej drodze powiatowej. Przekleństwa motorniczego było za to słychać nawet na końcu wagonu. Bukiet uśmiechnął się pod nosem. Wizyty w stolicy od zawsze kojarzyły mu się z problemami komunikacyjnymi. Korki, kolizje, awarie trakcji, przebite opony, a nawet płonące silniki autobusów – to wszystko regularnie przydarzało się detektywowi odkąd sięgał pamięcią. Tym razem obyło się jednak bez drogowej katastrofy. Fiat w końcu dokończył manewr żegnany ostatnimi dźwiękami dzwonka, soczystymi przekleństwami motorniczego i drwinami pasażerów nie szczędzących kąśliwych uwag na temat kierowców pojazdów z bliską Bukietowi rejestracją zaczynającą się literami WCI.

Tramwaj ruszył, a Bukiet pogrążył się we wspomnieniach. Najdłużej jechał tramwajem w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy odwiedził wujka w USA. To tam w sumie zaczęła się jego przygoda z kryminalistyką i to tam właśnie rozwiązał swoją pierwszą sprawę, chociaż nie miał jeszcze licencji detektywa. Miał za to siedemnaście lat i żelazne postanowienie spotkania porucznika Kojaka. Miał dla niego słynne pasiaste okrągłe lizaki. Wprawdzie tylko dwa, bo jednego dał wujkowi, a siedem pozostałych zjadł sam, ale liczył się gest. Podczas swojego dwutygodniowego pobytu codziennie wsiadał do innego środka komunikacji korzystając z dobrodziejstw wujkowego biletu okresowego i ruszał na poszukiwanie kryminalnej przygody, w której główną rolę odgrywałby charakterystyczny łysy przedstawiciel władzy. Oraz on sam oczywiście. Pewnie inaczej by planował swoją – jak się później okazało – jedyną wizytę za oceanem, gdyby zdawał sobie sprawę, że arenę jego poszukiwań od świata dzielnego porucznika dzieli prawie sto mil stanowej autostrady. Ósmego dnia pobytu zapomniał jednak całkowicie o nowojorskiej mafii, policji i zakazie reklamy papierosów wspierającym cukier na patyku. Tego dnia wujek przeczytał mu informację z codziennej gazety o martwym robotniku znalezionym na pętli w tramwaju linii 23. Była to szósta ofiara na tej trasie. Sylwester dopił swoją colę i po kwadransie niecierpliwie przestępował z nogi na nogę na najbliższym przystanku tramwajowym.

Na rogu Dziesiątej Alei i Bigler Street zaczynał się teren szkolny z dużym stadionem do futbolu amerykańskiego. Przystrzyżona murawa, trawniki i okalające kompleks drzewa dawały wrażenie oazy wśród ceglano-asfaltowej pustyni niskiej zabudowy południowej Filadelfii. Tutaj kończyła swoją trasę najdłuższa w historii świata linia tramwajowa licząca od pętli do pętli blisko 45 kilometrów. Bukiet wyszedł ociężałym krokiem z budynku kontrolera ruchu i padł znużony na trawę. Głęboko wciągnął powietrze do płuc i przymknął oczy, jeszcze raz przeżywając ostatnie godziny spędzone w tramwaju. Nie da się ukryć, że szczęście mu dopisało. Rano specjalnie wsiadł w stronę przeciwną, aby móc rozpocząć kurs od jednej pętli do drugiej. Początkowo nic się nie działo. Pasażerów o tej porze było niewielu. kolejne przystanki mijały w letnim sennym otępieniu i nawet przyszło mu do głowy, żeby jednak wyskoczyć na chwilę do wujka po kolejną colę, gdy jego uwagę przykuł wsiadający środkowymi drzwiami starszy człowiek. Płaszcz, damskie pantofle i kapelusz sugerowały emerytkę jadącą na popołudniowe nabożeństwo do jednego z pobliskich kościołów. Jednak gdy tramwaj ruszył, emerytka wyjęła z pod pachy wysłużoną hotelową biblię i zaczęła donośnym, acz monotonnym głosem nawracać podróżnych. „Toż to jakiś kaznodzieja” Pomyślał Sylwester tylko chwilę* dziwiąc się damskiej odzieży na wiekowym staruszku. Kolejni pasażerowie to wsiadali, to wysiadali, jednak kaznodzieja zdawał się tego nie zauważać. A może tylko nie przywiązywał do tego wagi? Po kolejnych dziesięciu kilometrach widać było, że jedynie młody Bukiet i ciemnoskóra kobieta w średnim wieku jadą dalej, wiec kaznodzieja zaczął się zwracać głownie do nich. Bukiet nie znał praktycznie angielskiego, więc nic nie rozumiał. Natomiast kobieta wyraźnie zaczęła blednąć, a głowa jej opadała miękko stukając afro fryzurą o szybę. Polska szarmanckość wzięła górę nad nieznajomością języka i Sylwester w trosce o dobre samopoczucie starszej od siebie kobiety wstał gwałtownie i mówiąc głośno po polsku „Czy pani dobrze się czuje?!” szarpnął okno nad głową pokrytą czarnymi sprężynkami wpuszczając do środka hałas ulicy, dźwięk klaksonów i ożywczy powiew spalin zmieszanych z zapachem gorącego asfaltu. To wytrąciło z równowagi kaznodzieję, który straciwszy wątek potruchtał do wyjścia. Ocalona dama w opałach odetchnęła z ulgą. „You saved my life. I was dying of boredom” – uśmiechnęła się do młodzieńca. Słowa „saved my life” i „dying” Bukiet rozumiał. Przecież u wujka wieczorami ciągle oglądali kryminały. Młody mózg szybko połączył fakty. Wyskoczył na najbliższym przystanku zanim jeszcze staruszek zdołał podejść do drzwi. Nie miał żadnego planu, ale los mu sprzyjał. Na przejściu dla pieszych zaczepił faceta z aparatem i pokazał mu na migi, żeby ten zrobił zdjęcie staruszka. Z początku fotograf nic nie rozumiał, ale przyglądając się stojącemu tramwajowi i sąsiedniemu pojazdowi widocznie doznał natchnienia, bo natychmiast migawka zaczęła trzaskać jak szalona. Bukiet w duszy modlił się, żeby choć na jednym ujęciu widać było starego kaznodzieję. wziął od fotografa wizytówkę i wskoczył ponownie do tramwaju. Na pętli skorzystał z telefonu służbowego dzięki uprzejmości motorniczego, który widział w lusterku jego brawurowy ratunek pasażerki. Po drugiej stronie linii wujek cierpliwie wysłuchiwał siostrzeńca, a potem tłumaczył jego słowa kierownikowi zmiany. Trzy kwadranse później tłumaczył ponownie to samo sierżantowi policji. A potem jeszcze raz inspektorowi kryminalnemu.

Następnego dnia lokalna gazeta dumnie informowała o aresztowaniu „tramwajowego truciciela umysłów”. Bukiet był bardzo dumny. Bezbłędnie wytypował kaznodzieję. Nikt przed nim nie przypuszczał, że staruszek może zanudzić współpasażerów na śmierć.

*chwila – tu: dwa przystanki

(tramwaj w drodze uchwycił Ray K. Metzker, w cyklu Philadelphia, 1963, a zaintrygowało nas tutaj)