Pławikonik

Kissing-seahorses-at-the-Montery-Bay-Aquarium

Trzeci Maharadża księstwa Sagandogara (zajmującego w VII w. p.n.e. wschodnią część Półwyspu Indyjskiego), czcigodny Sandokan Sachib Noshi Dlugikijnashiji, słynął z umiłowania do gier strategicznych, którą to pasję odziedziczył po ojcu. Rodzic Sandokana, Sadystar Sahib Napalbhijan jest przez część historyków indyjskich wspominany jako twórca gier strategicznych, z których wyewoluowały późniejsze szachy. Do legendy przeszło jego niezwykłe okrucieństwo. Gdy po zwycięskiej bitwie pod Kalibangan przerażeni mieszkańcy opuścili miasto, Sadystar nakazał zebrać w opustoszałych domostwach wszystkie zabawki przedstawiające postacie i zwierzęta, a następnie wydał im powtórną bitwę ścierając na proch terakotowe słonie i biorąc do niewoli prawie tysiąc drewnianych lalek. Sandokan od dziecka ustawiał małe drewniane armie, które toczyły bitwy nawet podczas posiłków, wśród zastawy stołowej. Dla niego doświadczeni wodzowie służący pod rozkazami starego Sadystara opracowywali reguły walki figurek, a także dowodzili figurkami w innych kolorach jako rywale młodego księcia. Sahib junior, podobnie jak jego ojciec słynął z licznych podbojów. Jednak swój wojenny zapał skierował nie w głąb lądu, a ku oceanom. Podobizny jego srogiego oblicza można odnaleźć daleko od rodzimych portów, na trawiastych plażach Rapa Nui.

Jego okrętem flagowym była wojenna dżonka chińska wygrana z Chang Shih w zdobywające coraz większą popularność szachy. Chang Shih była praprzodkinią osiemnastowiecznej królowej chińskich piratów, Ching Shih. To po niej Ching odziedziczyła zew morza. Będąc porywczą kobietą, Chang po przegranej dała upust swej złości roztrzaskując misterne terakotowe figury szachowe o zdobną marmurową posadzkę. Czuły na piękno chaosu Sandokan na długo zachował w pamięci obraz rozpadających się figurek. Po powrocie kazał wykonać kilkaset kompletów szklanych szachów, aby przy kolejnych okazjach móc delektować się widokiem rozpryskiwanych po podłogach armii zrzucanych ze stołów przez jego porywczych przeciwników.

Wkrótce tradycją się stało, że Sandokan pewny swego strategicznego talentu i znajomości szachów, przed rozpoczęciem ataku stawał na dziobie flagowego okrętu ubrany w czarny płaszcz z dużym kapturem, z twarzą zasłoniętą białą maską przypominającą czaszkę z dużym nosem i wystającymi kośćmi policzkowymi pomalowanymi w czerwone okręgi. Używając tuby krzyczał, że chciałby „zagrać w grę”. Wodzom napadanych flot gwarantował, że jeśli z nim wygrają, odejdzie obdarowując zwycięzcę skrzynią kosztowności, która była zawsze wystawiona zachęcająco na głównym pokładzie.

Tymczasem po drugiej stronie oceanu, w świecie, który miał pozostać nieodkryty jeszcze przez tysiąc lat, na ziemiach dzisiejszego Chile, Pillan, wódz Araukanów, rządził państwem składającym się na lądzie z małych leśnych wiosek. Wioski leżące na wybrzeżu oceanu słynęły jednak ze znakomitych żeglarzy. Tak więc niepozorny, długi i wąski kraj posiadał silną, sprawną flotę trzcinowych, lekkich katamaranów i długich czółen z bocznymi pływakami. Spotkanie obu morskich potęg było tylko kwestią czasu.

W siedemdziesiąte urodziny Sandokana wiatr sprzyjał wędrówce na wschód, przez nad wyraz spokojny bezbrzeżny ocean. potężna armia żeglowała już drugi miesiąc, gdy wreszcie z wysuniętego na czoło armady okrętu zaczęto dawać znaki o zauważonym na linii horyzontu lądzie. W oddali, zanurzone w chmurach majaczyły się widmowe szczyty gór, tymczasem dużo niżej położony brzeg zdawał się zbliżać znacznie szybciej niż wynikało to z prędkości indyjskich okrętów. Wkrótce stało się jasne, że zbliżająca się szybko linia brzegowa jest niczym innym, tylko obcą flotą niemalże dorównującą wielkością niezwyciężonej hinduskiej armadzie. Araukanie nie próżnowali i gdy tylko wypatrzyli zmianę na horyzoncie od strony oceanu, natychmiast wyruszyli jej naprzeciw domyślając się, że nie jest to zwykła chmura. Spotkanie obu armii miało miejsce zapewne około piętnastego października 643 roku p.n.e. Było to w przeddzień niezwykłej pełni księżyca, który zawieszony nisko nad horyzontem wydawał się być kilkukrotnie większy.

Tak więc wieczorem, na wysokości dzisiejszego Santiago, w odległości niecałych 50 mil morskich od brzegu Ameryki Południowej nad spokojnymi wodami rozległ się donośny głos Sandokana wzywający do gry. Barierę językową pokonano krótką demonstracją w postaci teatru cieni odegranego na tle największego żagla. Na odpowiedź nie trzeba było czekać długo. Pillan był błyskotliwym dowódcą. W mig zrozumiał znaczenie odgrywanej za płótnem pantomimy. Wydał po cichu kilka krótkich rozkazów i już po dziesięciu minutach wspinał się na wielką dżonkę by przyjąć wyzwanie hinduskiego wodza. Zapadła cisza przerywana jedynie cichymi stuknięciami bierek o planszę, gdy dwóch admirałów Sandokana pokazywało Pillianowi reguły walki miniaturową armią. Nim dokończyli pokazową partię, dumny Araukanin odsunął jednego z admirałów i skinął głową, że jest gotowy. Sandokan tylko na to czekał. Rozkazał przynieść zdobny, szklany komplet. Rozstawiono piony. Otwarto skrzynię z kosztownościami, która była nagrodą dla zwycięzcy, ale jednocześnie miała rozpraszać przeciwnika. Pewny siebie Sandokan gestem pozwolił przeciwnikowi wykonać pierwszy ruch. Pillian chwycił stojącego w drugim szeregu konia i… przeskoczył nim stojącego przed nim piona. Stłumiony okrzyk zdumienia rozległ się na pokładzie. Sandokan już miał upomnieć mrukliwego wodza o błędzie, jednak gdy spojrzał na uniesioną brew nad świdrującym okiem ze stalowym spojrzeniem zdał sobie sprawę, że taki ruch nie jest wcale niedozwolony. Nikt wcześniej po prostu o nim nie pomyślał. Nie był to także ruch niemożliwy do wykonania w rzeczywistej walce. Przecież konny jeździec bez problemu mógł przeskoczyć nad piechurem. Zdumiony Sandokan całkowicie stracił pewność siebie. Konnica przeciwnika szybko zrobiła wyłom w złocistych pionach, a piechurzy rozprawili się ze stojącymi na środku w pierwszej linii hinduskimi słoniami. Klęska była pewna. Gdy milczący miedzianoskóry, zdobny w pióra wódz chwycił do ręki figurę czarnego konia ze złotą grzywą do zadania ostatecznego ciosu, Sanokan nie wytrzymał i sam zrzucił planszę rozbijając pozostałe bierki o deski pokładu. Wyszarpnął zza pasa szeroką, zakrzywioną szablę, jednak przeciwnik szybko zerwał się na nogi, wydał głośny okrzyk i pchnął na Sahiba stolik, przy którym przed chwilą pokonał szachowego guru, po czym wskoczył do skrzyni z kosztownościami, zamykając wieko. W tej samej chwili zewsząd rozległo się wycie setek gardeł, a na pokład spadł istny deszcz strzał. W zapadającym mroku ufna w umiejętności swego pana armada nie zauważyła małych czółen i powiązanych kępek trzcin, którymi do ich burt przedostało się prawie dwa tysiące wyśmienicie przygotowanych napastników. Po pierwszej fali strzał napłynęła kolejna, jeszcze groźniejsza. Groty umaczane w nieznanym w Indiach kauczuku nie dość, że były wodoodporne, to jeszcze płonęły trudnym do ugaszenia płomieniem i przyklejały się mocno w miejscu trafienia. Do strzał dołączyły podobnie spreparowane, płonące kępy trzcin. Gęsty, gryzący kauczukowy dym uniemożliwiał obronę. Dumne drewniane okręty niezatapialnej floty znad Gangesu stawały jeden po drugim w płomieniach. Tymczasem trzcinowe katamarany okrążały pozostałe jednostki i spychały je płonącymi strzałami w stronę panującego wokół głównych okrętów chaosu. Pogrom trwał całą noc. Pillian, który gdy tylko poczuł znajomy dym, wyskoczył ze skrzyni, wskoczył do wody, dopłynął szybko do swego okrętu i stamtąd płonącymi znakami i głośnymi okrzykami przekazywanymi z czółna na czółno kierował walką.

Nad ranem, gdy trzcinowa armia wracała prawie nie naruszona do domu, na horyzoncie płonęło ponad siedemset okrętów. Potężny pożar powodował silne, porywiste wiatry, które jedynie wzmagały płomienie. Ogromne kłęby dymu przesłaniały słońce, a zachowane do naszych czasów kroniki cesarstwa chińskiego wspominają w tym czasie o wybuchu wulkanu gdzieś daleko na oceanie. Super pełnia, która nastąpiła kolejnej nocy, również zasnuta była rozproszonym w górnych warstwach atmosfery dymem, co nadało jej niebieski odcień. W świetle tego błękitnego księżyca Pillian świętował wielkie zwycięstwo dzierżąc w dłoni czarną figurkę rumaka. Niestety, wraz ze zdobyczami wojennymi do wiosek dzielnych żeglarzy trafiły także nieznane wcześniej azjatyckie choroby, a chmura dymu i wywołane ogromnym pożarem wiatry przyniosły ulewne deszcze i gradobicia, niszczące niedojrzałe plony. Po tej apokalipsie kraj Araukanów nigdy się nie podniósł i już na zawsze pozostał narodem rozrzuconym pośród małych leśnych wiosek korzystającym co najwyżej z małych czółen i nie budującym nigdy więcej wielkich armii. Do dziś Pillian jest znany wśród swych potomków jako bóg wojny, gromu, błyskawic, trzęsień ziemi i erupcji wulkanów. Odpowiedzialny za epidemie, niszczenie plonów, powstawanie sztormów i wybuchanie wojen. Według wierzeń, Pillan wywoływał tornada wówczas, gdy przemierzał pampy i Andy na swym czarnym ogierze o złotej grzywie.

A co się stało z setkami innych szklanych kompletów szachów, które Sandokan kazał ładować na swe okręty przed każdą wyprawą? Dla Araukanów szkło nie stanowiło żadnej wartości. W dodatku uważali szachy za oszukańczą sztuczkę, tak więc zgodnie wyrzucili wszystkie figury w głąb oceanu. Nie wszystkie jednak dotarły tam w całości. Delikatne, kunsztowne piony zdążyły się stopić w żarze płonących okrętów. Z kolei pełne detali, wysokie postacie władców i ich hetmanów były bardzo kruche i łatwo się połamały. Z kolei posłańcy, wyposażeni w chorągwie, zaczepiali się o burty i podzielili los pionów. W zasadzie nietknięte dotarły więc w głębiny tylko konie pozbawione nakładanych, kruchych jeźdźców i ciężkie, obłe, bojowe słonie. Spotkanie z zimnymi głębiami oceanu spowodowało gwałtowne zmiany w pięknie formowanym szkle. Warto w tym miejscu dodać, że dla podniesienia walorów artystycznych figurek, jak też dla zwiększenia efektu kruchości, na życzenie Sandokana szkło użyte do wyrobu figur zawierało mnóstwo drobnych pęcherzyków powietrza. Dodatkowo końskie i słoniowe brzuchy posiadały duże pęcherze wypełnione w trzech czwartych wodą z Gangesu, co – zwłaszcza na morzu – skutkowało zmianą środka ciężkości i sprawiało wrażenie, że zwierzęce figury żyją i przed wykonaniem ruchu trzeba je najpierw okiełznać. Wody świętej rzeki po dziś dzień słyną jako prawdziwa mikrobiologiczna zupa, z której przy sprzyjających warunkach mogłyby wyewoluować kolejne nieznane dotychczas gatunki, a może nawet nowe cywilizacje. Tamtego pamiętnego wieczoru, gdy setki szklanych zwierząt uwolnionych od pracy w armii opadało na dno Pacyfiku takie warunki właśnie wystąpiły.

Rozgrzane płomieniami szkło, stygnące błyskawicznie w lodowatej wodzie zwykle pękało, jednak w niektórych przypadkach, pod odpowiednim ciśnieniem, po zaabsorbowaniu metali ciężkich z ołowiowych farb szklarskich, zamiast pęknięć chaotycznej budowy szkła atomy krzemu zaczęły przyjmować formę krystaliczną. Przy gwałtownych zmianach powstawały mikronaprężenia, dzięki którym między słoną wodą morską i wielosmakową wodą Gangesu przepływał prąd w postaci milisekundowych, mikroskopijnych wyładowań. Wystarczyły one, aby pobudzić skrystalizowane atomy krzemu. Te zaś poczęły drgać harmonicznie jak to mają w zwyczaju w dzisiejszych procesorach. Mimo, że nie było wtedy układów elektronicznych, które mogłyby wykorzystać te właściwości najpopularniejszego ziemskiego pierwiastka, to jednak skorzystała na tym bogata w niewidoczne gołym okiem życie woda z najbardziej znanej indyjskiej rzeki. Błyskawicznie część bakterii skolonizowała nieliczne ameby, podporządkowała sobie resztę mikroorganizmów i stworzyła układ nerwowy, dla którego krzemowe ściany były zewnętrznym szkieletem. Pojawienie się świadomości było już tylko kwestią czasu.

Grupa koni szachowych, w której zaszły tak dogodne warunki do ewolucji, spojrzała po raz pierwszy w głębię oceanu zanim całkowicie opadła na dno. To, co ujrzała nie było w zasadzie głębią. Było natomiast ławicą. Ławicą drobnych rybek – igliczni. Smukłe ryby o długich pyszczkach patrzyły równie zdumione na przezroczyste opadające stworzenia, jak opadające konie patrzyły na dziwne półprzezroczyste utrzymujące się w jednym miejscu smukłe sylwetki. Smukłe sylwetki pomyślały, że nie widziały w całym swoim życiu nic równie pięknego. To samo pomyślały przezroczyste stworzenia. Gdy na powierzchni szalały wywołane ogromnym pożarem sztormy, z głębin pod okiem ognistego cyklonu wraz z szybkim prądem oceanicznym pędziła na drugą stronę kontynentu amerykańskiego ławica rozpromienionych smukłych rybek. Każda niosła w smukłym brzuszku dziesiątki szklistych, niemal przezroczystych jajeczek.

Rok później tonący w odmętach Morza Sargassowego Indianin z plemienia Taino ze zdziwieniem stwierdził w ostatnim przebłysku świadomości, że przypatruje mu się dziwaczne stworzenie, w którym dopiero jego praprawnuki rozpoznałyby końskie cechy. Ale konie do jego ojczystej wyspy Haiti dotrą dopiero za dwa tysiąclecia.

 

(Zdjęcie wykonane w Monterey Bay Aquarium przez członków projektu KQED QUEST)
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s