Bardzo długa baśń na zimowe wieczory

nature-boats

Na skraju województwa, z dala od wielkich, a także całkiem małych miast, leżała spokojna wioska. Niewielka. Taka, którą czasami wszyscy mijamy za oknem samochodu. Ale tylko wtedy, gdy jadąc na wakacje zboczymy  z głównej drogi, żeby ominąć gigantyczny korek. Takie wioski wynurzają się powoli zza drzew. Albo zza pagórków. Czasem wyrastają wśród pól, z domkami wyglądającymi jak rozsypane starodawne figury od dawno zapomnianej gry. Mamy wrażenie, że są w takim miejscu od zawsze. Wszystkie wydają nam się podobne, a jednak każda ma swoją historię. Albo nawet kilka. Niekiedy historie dzieją się właśnie wtedy, gdy w tumanie kurzu przejeżdżamy senną wiejską drogą szukając niecierpliwie znaków wskazujących kierunek do najbliższego miasta. To właśnie wtedy wydarzyła się ta historia.

Na skraju niewielkiej, spokojnej wioski stała stara chałupa. Tuż za nią, nie zważając na spróchniały i częściowo przewrócony płot, zaczynały się pola grochu i fasoli. Pola rozlewały się szeroko po łagodnym stoku wzniesienia, na którym stała wieś. Armia wymierzonych w niebo tyczek była podzielona na regimenty rozdzielone za każdym razem miedzą wyznaczającą granice kolejnych poletek. Rozpędzone zastępy pnączy zatrzymały się dopiero na skraju wielkiego jeziora rozciągającego się u stóp wzniesienia. Na najdalej od wioski położonym poletku piął się dumnie po tyczkach groch. Na skraju pola grochu, na ostatniej, najwyższej tyczce, dorodne strąki pięły się nad wyraz dumnie. W najwyższym punkcie najwyższej tyczki pęczniał z dumy wyjątkowo dorodny strąk. Pęczniał tak całe lato, aż przestał się dopinać w swoim pożółkłym surducie. Szczególnie mocno rozpychało się górne ziarenko, które teraz ciekawie wyglądało na świat przez szparę między łupinami. Pozostałe ziarna rozmawiały tylko o tym, jak mocno praży sierpniowe słońce. I czy strach na wróble dobrze wypełnia swoje obowiązki. I czy cień widziany rano to była wrona? Czy chmura? Ale to nie były interesujące tematy dla górnego ziarenka z najwyższego strąka najwyższej tyczki. To konkretne ziarenko myślało o zupełnie innych rzeczach. I patrzyło w całkiem innym kierunku niż pozostałe ziarenka. Ostatnią tyczkę dzielił od wielkiego jeziora jedynie bardzo wąski pas nigdy nie koszonej trawy. To właśnie to jezioro tak fascynowało młody groch.

Gdy nadszedł czas zbiorów, wszystkie ziarna były bardzo podekscytowane. Kończył się okres ich dzieciństwa. Miały ruszyć w świat, a tam czekała na nie wielka kariera! Padały nazwy wielkich koncernów spożywczych, ktoś wymieniał czołowych producentów paszy. Ziarenka robiły szybki przegląd swoich strąków z niepokojem wyszukując najdrobniejszych śladów rdzawych plamek, które mogłyby zdyskwalifikować zbiory i pogrzebać ich marzenia. Jedynie młode górne ziarenko, zamiast o skupie, traktorach czy puszkach, myślało tylko o wielkiej podróży przez nieprzebyty dotąd przez żadną strączkową roślinę akwen. Tak różny od wielu mniejszych zbiorników, o których od zawsze krążyły po polu różne opowieści. Od zawsze, czyli mniej więcej od kwietnia. Historie przynosiły siadające tu chrząszcze, nabierające siły przed wyczerpującym lotem nad jeziorem. Grzejąc swe chitynowe pancerze w promieniach wschodzącego słońca wymieniały mrukliwie plotki z tak odległych kierunków, jak łąka pod lasem, czy podwórko za oborą. Opowieści te docierały dorastających strąków i tylko pobudzały wyobraźnię małego groszku. Dzięki nim wiedział jakie pułapki czekają ziarenko w przerdzewiałym zbiorniku paliwa starego traktora na tyłach ostatniej chałupy. Wiele razy także analizował niesamowitą historię bohaterskich ziarenek fasoli, które, porwane przez wichurę wraz ze swoim suchym strąkiem, wylądowały w wielkiej kadzi (która okazała się być tak naprawdę starą wanną) lekko kleistej breji codziennie nocą wynoszonej z piwnicy drugiej od końca chałupy. Dziwnym trafem wszystkie owady trafiające w pobliże kadzi leciały dalej lotem mocno zygzakowatym. Bardziej trzymające w napięciu mogły być tylko opowieści o rozbitkach na środku stawu pod lasem. Stawu, na którego powierzchni unosiła się gruba plama połyskująca wszystkimi kolorami tęczy. Plama w której grzęzły małe owady. I nasiona. Mimo wielu historii, których bohaterami były nasiona grochu lub fasoli, żadne ziarenko nie mogło się do tej pory pochwalić przebyciem jeziora. Prawdziwe jezioro, to nie to samo co dużo mniejsze zbiorniki pełne podejrzanych cieczy. Na jeziorze czekały gonione wiatrem wysokie na kilka strąków fale. W jeziorze czekały łakome ryby. Czekał także drugi brzeg. Był jednak tak daleko, że wydawał się złudzeniem. Złudzeniem i obietnicą. Obietnicą zupełnie innego świata. Dlatego właśnie młody groszek postanowił zostać pionierem roślinnego żeglarstwa.

Zbliżał się koniec lata. Na pola ruszyły całe rodziny rolników, aby zebrać wyjątkowo dorodne zbiory. We wszystkich strąkach podniecenie sięgnęło zenitu. Walające się gdzieniegdzie stare puszki po fasolce po bretońsku, groszku w zalewie czy torebki z zapachem zupy grochowej w proszku działały na wyobraźnię. Inne ziarenka prześcigały się w licytacjach czyje zdjęcie ozdobi kolejną partię zupy w proszku lub czyja rodzina wystąpi na etykiecie fasolki po meksykańsku. Ale nie młody groszek z ostatniego strączka. On starał się mocno wtłoczyć w łupiny strąka rozpychając je dodatkowo, żeby wyschły jak najszybciej. Żeby wyschły, zanim on wyschnie. I żeby wyschły wokół niego. I stały się twarde. Jak zbroja.

Słońce prażyło zaglądając do wnętrza ostatniego strąka na najwyższej tyczce na końcu pola. Łupiny rozstąpiły się, zżółkły i stwardniały. Młody chłopak zrywający ostatnie owoce grochu, jedynie potrząsnął tyczką wyłapując lekko podsuszone ziarna. Nie był zainteresowany wyschniętym strąkiem. Nie zwrócił też uwagi, że na samej górze pozostało jedno ziarno. Lekko pomarszczone, nie wiadomo bardziej od słońca, czy z wysiłku, próbując utrzymać się w coraz bardziej oddalających się od siebie łupinach. W końcu pole opustoszało. Rolnicy odeszli, a wraz z nimi – worki pełne ziaren i kosze pełne strąków. Nadchodzący wieczór przyniósł silny wiatr hulający między pustymi tyczkami. Silny na tyle, aby zerwać samotny suchy strąk z ostatniej tyczki. Na to właśnie liczył młody groszek. Chwilę się tylko wahał, której łupiny ma się trzymać. Wiatr oderwał je od siebie, by po kilku minutach szalonego tańca kilka metrów nad ziemią i wodą, położyć je delikatnie na tafli jeziora dobre dwadzieścia metrów od brzegu. Teraz nie było już odwrotu. Łupina z odważnym ziarenkiem kołysała się na wywołanych wiatrem falach, z minuty na minutę coraz bardziej oddalając się od oznaczonego tyczkami krańca znanego mu wzniesienia.

Wiatr ucichł tak samo nagle, jak się pojawił. Zawstydzone widokiem nagich tyczek słońce powoli znikało za horyzontem, z każdą minutą czerwieniejąc coraz bardziej. Nie zapomniało jednak, aby sprawdzić ostatnimi ciepłymi promieniami, czy wszystkie stworzenia szykują się na przybycie nocy. Długa smuga w odcieniu miedzi odprowadzała samotną grochową karawelę dryfującą ku nieznanym lądom. Jej samotny kapitan, następca Kolumba, z przyjemnością grzał swój okrągły brzuszek. Słoneczne ciepło przypominało mu dopiero co opuszczony dom i dodawało otuchy przed daleką podróżą. Małego podróżnika zaczęła powoli ogarniać senność, gdy jego łódka zachwiała się, a nad okrągłym brzuszkiem rozciągnął się podłużny cień. Groszek natychmiast oprzytomniał. Na drugim końcu połówki strąka siedziała przepiękna ważka. Jej lotniczy skafander w kolorze lazurowego, bezchmurnego nieba odcinał się jasną kreską na tle ciemnej wody jeziora. Wielkie oczy patrzyły ciekawie na dzielnego żeglarza.

– Dobry wieczór – Zagadnął groszek po chwili potrzebnej, aby oswoić się z nieproszonym gościem.
– Bardzo dobry – odpowiedziała ważka i natychmiast spytała – Co robisz tak daleko od brzegu? Jesteś przecież ziarnem.
– Jestem groszkiem – oburzył się groszek, ale dodał nie bez dumy w głosie – Zamierzam przepłynąć jezioro!
– Musisz być bardzo odważny. Nigdy nie widziałam, żeby jakieś ziarno chciało przepłynąć jezioro. Gdzie konkretnie płyniesz?
– No… na drugi brzeg… Zawsze o tym marzyłem… – Pytanie ważki trochę zbiło z tropu właściciela żółtej łodzi.
Ważka uśmiechnęła się, a przynajmniej tak się groszkowi wydawało.
– Musisz wiedzieć mały Groszku, że nasze jezioro jest właściwie okrągłe. Jak ty. Nie znajdziesz tutaj drugiego brzegu. Są tylko różne miejsca na brzegu tego samego jeziora. Czemu w ogóle marzysz o drugim brzegu? Czy gdybyś toczył się w zawodach ziaren też marzyłbyś o drugim miejscu?
– No… nie… Chciałbym być pierwszy… Ale wiesz, to nie to samo! – Groszek czuł się trochę zdezorientowany.
– Może nie to samo. A może jednak tak – powiedziała w zamyśleniu ważka – Gdy będziesz myślał o celu twojej podróży jako czymś ”drugim”, to poddasz się, gdy tylko napotkasz jakieś trudności. A gdy się poddasz, to zawrócisz. Zawrócisz na brzeg, który nazywasz w myślach pierwszym. Musisz uwierzyć, że jest tylko jeden brzeg. I to jest ten, do którego aktualnie starasz się dopłynąć.
– Chyba rozumiem. Dziękuję – wyszeptał zamyślony groch.
– Słońce już prawie zaszło. Muszę wracać na swój brzeg. Byłam bardzo ciekawa co tak daleko od brzegu robi otwarty strąk. Cieszę się, że cię poznałam, ziarno zwane Groszkiem.
– Też się cieszę. Do widzenia! – krzyknął groszek za oddalającą się bezgłośnie, ważką, która w locie wyglądała jak helikopter do oprysków, który wiosną zawitał nad wzgórzem.

„Ziarno zwane Groszkiem”. Brzęczało w zielonej główce.

„O rany! Ona myślała, że mam tak na imię…” – Myślał intensywnie groszek. Po chwili stwierdził, że on też myśląc o ważce myśli o tej konkretnej, którą poznał. I nie ważne, że są inne ważki. Wśród groszków i fasolek od tej pory będzie znana tylko ta jedna. Gdy oczywiście groszek zakończy swą podróż i o niej opowie innym. Gdzie i komu – tego jeszcze nie wiedział, ale miał nadzieję, że na pewno jakaś okazją się przytrafi. „Zaraz” – myślał dalej – „Ważka też zna tylko mnie. Inaczej wiedziałaby, ze jestem groszkiem. Dla niej jestem Groszkiem. W sumie, czemu nie? Hurra! Mam imię!”.

Gdy księżyc rozpoczął ciekawską wycieczkę po jeziorze, nie spotkał już łódeczki z groszkiem. Zamiast tego na sennych falach podrygiwała dumnie strąkowa fregata niosąca kapitana Groszka. We śnie kapitan uśmiechał się. I nigdy już nie pomyślał o sobie jako o zwykłym ziarenku grochu. Był Groszkiem. Tym Groszkiem.

Minęła noc. Monotonne skrzypienie obudziło okrągłego żeglarza z wywołanego rytmicznym kołysaniem snu o podbojach dalekich krain. Takich, jak na przykład oddalona od pola grochu o dobre pół kilometra łąka, na której pasły się cztery łaciate krowy. Albo zaczynający się za polem fasoli młody, świerkowy zagajnik. Teraz jednak krainy te rozmyły się w nieznośnym dźwięku. Irytujące skrzypienie nie ustawało. Sny rozpierzchły się na dobre. Groszek rozejrzał się. Łódź stała w cieniu czegoś ogromnego. Cień to zanurzał się, to wynurzał powoli. Tuż przy jego małej łupinie. Dopiero gdy usłyszał głosy ludzi, pod których krokami ogromny cień zakołysał się i zaskrzypiał głośniej, zrozumiał, że jego statek oparł się o burtę drewnianej łodzi. Nie zdążył się nad tym głębiej zastanowić, bo łódka odbiła od brzegu pociągając za sobą przyklejone do burty grochowe czółenko. Słońce dopiero wschodziło i widać było wyraźnie kładące się w oddali na wodzie długie cienie tyczek grochowych. Groszek zmartwił się. W nocy fale zniosły go w bok, ku trzcinom. Nie przepłynął więc jeszcze nawet połowy jeziora. Jednak już godzinę później wystawiał swój okrągły brzuszek na wiatr zadowolony, że łódka wędkarzy coraz bardziej zbliża się do środka tego małego oceanu. Niestety. Jego radość nie trwała długo. Wędkarze przestali wiosłować, zarzucili wędki i zasiedli w łódce ani myśląc o tym, aby dostać się na drugi brzeg.

– Nie. Nie na drugi. Na przeciwległy – poprawił się szeptem Groszek.

Nastała cisza. Jedynie co pewien czas łódka drgnęła mocniej, gdy któryś z wędkarzy zdrętwiał i zmieniał pozycję. Nierówne kołysanie spowodowało, że łupinka zaczęła powoli odrywać się od drewnianej burty. Jeszcze kilka wahnięć łodzi i  grochowy okręt uwolnił się na dobre, a odległość od wędkarzy zwiększyła się do dwóch metrów. Przez kilka minut nic się nie działo.  Potem jednak przy strąkowej burcie pojawiło się kilka drobnych pęcherzyków powietrza. Groszek wychylił się zaintrygowany. Coraz większe bąbelki tak go zaciekawiły, że przechylił niebezpiecznie całą łódkę. Całkiem spory bąbel powietrza uderzył w strączek dokładnie za wychylającym się ziarenkiem. Strąk przechylił się mocno na jedną burtę i Groszek wylądował w wodzie. Zanim zdążył sobie zdać sprawę ze zgubnych skutków swojej ciekawości, spod wody wystrzeliła paszcza i połknęła małego śmiałka. Ryba nie dała się nabrać na chlebowe kulki zaciśnięte na wędkarskich haczykach. Wybrała coś, co jej zdaniem przypominało owada. Srodze się jednak zawiodła. Rozczarowana zdobyczą ruszyła czym prędzej ku odległym gąszczom tataraku na wymarzonym przez grochowe ziarenko brzegu. Zanim jednak zniknęła w plątaninie korzeni trzcin i wodorostów, nagłe szarpnięcie wyrwało ją z wody. Siatka w metalowej ramie uniosła ją nad płycizną w kierunku miniaturowej piaszczystej plaży. Dwóch młodych chłopaków było bardzo zadowolonych ze swojego łupu. Długie minuty cierpliwego oczekiwania z podbierakiem ojca zostały nagrodzone trzepoczącą się zdobyczą. Szamocząca się, wyciągnięta nagle z wody ryba, otworzyła szeroko pysk i wypluła swą nieudaną zdobycz, która okazała się pasażerem na gapę. Lecąc ku ziemi Groszek widział, jak jego nietypowy środek transportu ląduje w plastikowym wiadrze z wodą z jeziora. Sam zaś znalazł się po chwili na lekko wilgotnym piasku, wśród wysychających wodorostów i rybich łusek. Prawie godzinne leżakowanie w rybim pyszczku w zasadzie nie zaszkodziło na wpół wyschniętemu ziarenku. Minęło jednak kilka minut nim Groszek otrząsnął się z pierwszego szoku po wystrzeleniu z rybiego pyska. Gdy przyzwyczaił się znów do prażącego słońca, zaczął rozglądać się ciekawie. Młody groszek był na brzegu bez swojego okrętu. Zaczął uważnie badać okolicę. No więc jest tutaj ławka. Prawie nad samą wodą. Za nią ścieżka prowadząca do niedalekiej drogi, przy której stała stara furgonetka, a za drogą rozciągały się bliżej nieokreślone pola i łąki. Nad polami górowały ogromne wiatraki elektrowni wiatrowej. Wiatraki! Przy dobrej pogodzie widać je było z grochowej tyczki! Były bardzo daleko, po drugiej (nie, po przeciwnej) stronie jeziora! Czyli jednak się udało! Tak! Mały Groszek pokonał jezioro od brzegu rodzinnego leżący po drugiej stronie brzeg marzeń. Udało mu się, choć nie do końca w sposób, który sobie zaplanował. To jednak chyba nie miało znaczenia. Przecież liczyło się, że tu dotarł, prawda?

Jednak co teraz? Toczyć się dalej? Zostać tu, na brzegu? A może wrócić? Nie zdążył się zastanowić, gdy na przybrzeżną łachę wilgotnego piasku wpadł mały kundel. Prychając ze szczęścia zaczął tarzać się pośród łusek i wodorostów, a potem pobiegł ile sił w nogach za oddalającą się powoli furgonetką. Groszek podskakiwał rytmicznie, przyklejony do brudnego futra zwierzaka. Cieszył go ten niespodziewany zwrot akcji. Do tej pory samo dotarcie na drugą (przeciwległą!) stronę największego znanego mu zbiornika wodnego było nierealnym marzeniem. Nigdy nie zastanawiał się, co będzie robił, gdy tam dotrze. Groszek przez całą podróż najbardziej cieszył się… samą podróżą. Dlatego teraz, gdy przydarzyła się okazja, z radością kontynuował są wyprawę. Byle dalej. W głąb pól. Gdzie droga poniesie. Ku wiosce. Ku leśnym ostępom. Wszystko jedno. Podskakiwanie wkrótce ustało, ale Groszek nie był w stanie nic zobaczyć przez gęste, splątane psie kudły. Czuł się zmęczony. Woda z jeziora i wilgoć z psiej sierści sprawiły, że znowu powoli napęczniał. Zdawało mu się, że jego podróż trwała całe życie, a nie tylko jedną dobę. Myślał o sobie jak o starym wilku morskim. Weteranie morskich szlaków. Syty wrażeniami myślał o godnej bohatera emeryturze.

Dopiero pod wieczór, gdy pośród pisków, śmiechów i szczekania woda z hydroforu zanurzonego w przydomowej studni i kierowana wprawną ręką wyrostka trzymającego końcówkę ogrodowego węża, wymyła dokładnie wszystkie pozostałości przybrzeżnej przygody z sierści wielorasowego szczeniaka. Resztki wodorostów i nieliczne rybie łuski zostały spłukane z podwórka w stronę płotu. Zmyty na skraj przydomowego ogródka pod płotem Groszek odetchnął głęboko/ Był bardzo zadowolony, że znów jest czysty i błyszczący. To, co zobaczył przed sobą również bardzo mu się podobało. Zgrabny budynek z czerwonej cegły, drewniany płot, ogródek pełen ziół z górującymi nad nimi malwami i zamknięty z przeciwnej strony krzakami czarnej porzeczki… Groszek poczuł się szczęśliwy. Szczęśliwy i spełniony. Przywołał myśli o emeryturze bohatera i stwierdził, że tutaj właśnie chciałby zostać na zawsze. Zanurzył się więc wygodnie w maleńkiej kałuży. To, co powoli nabrzmiewało w pękatym brzuszku Groszka, to był młody pęd. Groszek uśmiechnął się i wcisnął głębiej w pulchną, wilgotną ziemię. Powoli zapuścił korzenie. Zanim całkowicie zniknął pod czarnymi grudkami, z przyjemnością wsłuchiwał się w odgłosy życia ogrodu. Nad nim przelatywały trzmiele i majowe chrząszcze. Pszczoły prześcigały się w pracowitości z drepczącymi w dole mrówkami. Wielobarwne chrząszcze podążały w różne strony w sobie tylko znanych sprawach. Biedronki kłóciły się z mrówkami o mszyce. Dżdżownice pracowicie spulchniały glebę wokół młodych korzeni. Koniki polne chroniły się w cieniu malw wymieniając nowinki ze świerszczami muzykującymi pod krzakiem porzeczki. Zdawało mu się nawet, że słyszy przelatującą ważkę, gdy przypomniał sobie, że latają one bezgłośnie. Wszystkie te stworzenia patrzyły z podziwem na kiełkujące ziarenko grochu. Każdy owad był ciekawy skąd się tu wzięło. Groszek nie dawał się dwa razy prosić. Groszek opowiadał. O najwyższej tyczce. O okręcie z łupiny. O ważce, która nadała mu imię. O łodzi wędkarzy. O rybie. O młodych rybakach. O wiatrakach. I o szczeniaku oczywiście też. Opowiadał bardzo chętnie. Wiele razy. Każdemu, kto chciał słuchać. Czasem dodawał szczegóły. Innym razem trochę ubarwiał całą historię. Jednego był pewien. Wiedział, że dotrze ona do jego rodzinnego pola i kolejne pokolenia grochu będą go podziwiać. Być może znajdą się śmiałkowie, którzy zechcą wyruszyć jego śladem. Być może nawet dotrą dalej niż on. Ale to on był pierwszy. Pokazał wszystkim, że nawet gdy jest się małym, okrągłym ziarenkiem, można zostać wilkiem morskim. Trzeba tylko marzyć i mocno chcieć te marzenia zrealizować. On chciał. I udało mu się. I jego następcom też się uda. Wierzył w to mocno, chociaż ogród przykrył śnieg, a pozbawione liści krzaki porzeczki zapomniały już jak wyglądają odwiedzające je latem pszczoły. Wszystko zapadło w głęboki sen. Groszek, będący teraz ukrytym pod ziemią pędem, z ochotą dołączył do zimowego letargu.

A już następnej wiosny pachnące kwiaty wspinały się ku słońcu po sztachetach drewnianego płotu. Na samym szczycie pęczniał maleńki strączek, który rósł z dnia na dzień. W tym strączku, w jego górnej części, znowu rozpychało się ciekawe świata ziarenko. Nie widziało wprawdzie jeziora. Ani żadnej rzeki, czy chociażby stawu. Widziało za to ptaki. Bociany majestatycznie unoszące się nad łąką po drugiej stronie płotu. Szybkie, zwinne jaskółki. Ciekawskie wróble. Wrzaskliwą srokę. I nagle zapragnęło wznieść się wysoko i odlecieć w nieznane. Wierzyło, że mu się uda. Przecież wystarczy bardzo chcieć, a marzenia się spełniają.

Na skraju województwa, z dala od wielkich, a także całkiem małych miast, leży spokojna wioska. Niewielka. Taka, którą czasami wszyscy mijamy za oknem samochodu. Ale tylko wtedy, gdy jadąc na wakacje zboczymy  z głównej drogi, żeby ominąć gigantyczny korek. Takie wioski wynurzają się powoli zza drzew. Albo zza pagórków. Wystarczy jednak zatrzymać samochód na skraju pola i wysiąść. Usiąść wygodnie w przydrożnym rowie i obserwować. Jeśli będziecie mieć oczy szeroko otwarte i dopisze wam szczęście, zobaczycie bardzo nietypowy widok. Nisko nad polami, tańcząc z wieczornym wiatrem, minie was suchy grochowy strąk. A w nim małe zielonkawe ziarenko, które postanowiło polecieć w nieznane.

 

(Zdjęcie strąkowych łódek wykonała Penny Whitehouse)
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s