Chicken Hyde

first wave

Zerwany dach stodoły samotnej fermy drobiu wyglądał naprawdę nietypowo. Cieśla Kent Smith określił to, co widział krótkim „Holly shit…”. Naprawdę młody stajenny nie kłamał, gdy błagał go o przyjazd mówiąc, że nie jest w stanie opisać, co się stało.

Cieśla początkowo nie chciał opuszczać w ten zimny, ponury wieczór kanapy przed kominkiem. W taką pogodę nawet tradycyjny wieczorny kufel ciemnego piwa w jedynym pubie w Struy tracił na atrakcyjności. Żeby do niego dotrzeć, musiałby przejść sto jardów zmagając się z bocznym wiatrem, wciskającym w twarz mokre płatki śniegu, niczym pastor Duncan swoje ulotki o szkodliwości alkoholu. A przecież jeszcze trzeba wrócić. Teraz jednak stał przed pozbawioną dachu stodołą machinalnie odliczając w dłoni dziesięć szylingów, wciśnięte mu przez zrozpaczonego stajennego Toma. Te same dziesięć szylingów, które przekonały go, że jednak aż tak bardzo nie wieje, a wysoki kołnierz całkiem nieźle chroni przed śniegiem. W drodze zaczął wstępnie obliczać koszty nowego dachu biorąc pod uwagę ograniczoną dostępność drewna w połowie lutego, ale na miejscu nie miał głowy do rachunków. Dach stodoły leżał dobre dwadzieścia jardów od niej, przepołowiony jakby silnym uderzeniem od wewnątrz. Cała scena dziwnie kojarzyła się Kentowi ze skorupką, z której właśnie wykluł się pisklak. Usłyszał kroki nadchodzących właścicieli fermy. Zdążył wykonać pół obrotu, gdy kątem oka zauważył ruch w lesie za zabudowaniami. Powietrze rozdarł przerażający ryk. Cieśla osunął się na ziemię.

Następnego dnia pub „Pod Krzywym Kapłonem”, lokal „z najmocniejszym ale na zachód od Inverness” jak głosił wyblakły napis nad barem, huczał od plotek. W centrum uwagi pozostawali nieodmiennie wiejski felczer i jego woźnica, którzy przywieźli nieprzytomnego cieślę z powrotem do Struy. Dokładnie analizowano dziwne słowa bredzącego w malignie cieśli. Zwolennicy pastora Duncana uznawali je za kolejny dowód szatańskiego wpływu mocnego piwa, natomiast postępowi sympatycy teorii Darwina przekrzykiwali się tworzonymi ad hoc teoriami dotyczącymi dawno wymarłych lub jeszcze nie odkrytych gatunków. Wszystko przez okrzyk Kenta „Kogut! Wielki kogut!”. Osobną grupę stanowiła garstka wyrostków podśmiewająca się z całej sytuacji i obniżająca poziom dyskusji niewybrednymi żartami na temat przyrodzenia właściciela fermy, prawdopodobnie zaspokajającego potrzebę fizjologiczną w zasięgu wzroku biednego Kenta.

Do końca lutego nie było dnia, w którym ktoś nie donosiłby o przeraźliwych krzykach przypominających pianie koguta z wiadrem na głowie, dochodzących z leśnych ostępów, a także o włamaniach do budynków gospodarczych przy użyciu ogromnego kilofa połączonych z kradzieżą ziarna. Tropem zagadkowych zdarzeń ruszył as Scotland Yardu, Louis Stevenson. Od tej pory wszelkie materiały zostały utajnione. Jednak w Szkockim Muzeum Królewskim w dziale prehistorycznym można znaleźć niezwykły odlew gipsowy opisany jako „znalezisko L. Stevensona, brzeg jeziora Loch Ness, 27 lutego 1884”. Jest to odlew śladu gigantycznej łapy, co do której właściwej kwalifikacji gatunkowej naukowcy spierają się do dnia dzisiejszego.

Co wydarzyło się u brzegów szkockiego jeziora i co konkretnie pochłonęły jego głębiny, prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Pozostają jedynie dwie drobne poszlaki rozpalające wyobraźnię poszukiwaczy tajemnic. Jedną z nich jest wyrok sądu w Edynburgu z kwietnia 1885 roku skazujący Basila Jeckylla i jego kuzynkę Sybil Hyde na grzywnę w wysokości 120 funtów i przepadek fermy drobiu na rzecz Akademii Medycznej, za prowadzenie eksperymentów chemicznych z paszą, bez posiadania odpowiednich uprawnień. Drugą poszlaką jest nadpalony fragment listu Louisa Stevensona do jego bratanka w Edynburgu, zaczynający się słowami „Drogi Robercie, nie uwierzysz, co mi się ostatnio przytrafiło…”

 

(Pościg Louisa Stevensona za zmutowanym kurczakiem uwiecznił Alex Andreev)
Reklamy

Chałwa Mustafa

chalwa

Sierpniowe wichury spowodowały nie tylko wielkie straty w północnych lasach i gospodarstwach, ale wpłynęły także na przemysł wydobywczy. Ze względu na powalone drzewa i zagrożenie osuwiskami, zamknięta została między innymi najstarsza polska kopalnia chałwy.

Profesjonalnych poszukiwaczy chałwy sprowadził spod Wiednia Jan Sobieski. Wcześniej był to przysmak turecki z zazdrośnie strzeżonym pochodzeniem. Tureccy handlarze rozpuszczali nawet pogłoski, jakoby był to wyrób z przetworzonych ziaren sezamu z karmelem. Tymczasem każdej większej wyprawie tureckiej towarzyszyli profesjonalni prospektorzy, których zadaniem było zlokalizowanie kolejnych pokładów tego przysmaku.

Wszystko zmieniło się 13 września 1683 roku, gdy adiutant hetmana Mikołaja Sieniawskiego odkrył w jednej z wielkich beczek ukrywających się siedmiu karłów ze sprzętem górniczym. Beczka wraz zawartością stanowiła prezent dla królowej Marysieńki i dzięki niej właśnie siedmiu prospektorów wezyra uroczyście postanowiło ofiarować swe usługi polskiemu tronowi. Dość długo zazdrośnie strzegli swych umiejętności. Historia tej niezwykłej znajomości przeniknęła do opinii publicznej, gdzie w formie często przeinaczanych podań doczekała się rangi legendy wykraczającej poza granice Rzeczypospolitej, a ostatecznie spisanej w swej najbardziej fantastycznej wersji przez braci Grimm w roku 1812.

Dopiero 200 lat po tureckich górnikach Adolf Dygasiński zwrócił uwagę w jednym ze swych odczytów, na zasłyszane na terenie Prus Wschodnich gwarowe określenie wywodzącego się z języka jaćwińskiego, a dotyczące motyla zygzakowca kokornakowca. Określenie to brzmiało „toshwiatchein” i było zbieżne z pochodzącym z końca XVII w. zapisem rozmowy królowej Marysieńki z jednym z poszukiwaczy chałwy, który na pytanie skąd wie, gdzie jest chałwa? odparł (jak pisała Marysieńka do Jana Sobieskiego) z uśmiechem szelmy iście, że wiadomym jest mu miejsce przysmaku przez „lata doświadczeń”. Dygasiński docenił dowcip niskiego górnika za zwrot „lata doświadczeń” i słusznie skojarzył miejsca występowania kokornaku – rośliny żywicielskiej motyla – z leżącymi niezbyt głęboko pod powierzchnią złożami chałwy.

Przez lata chałwa z kopalni w Orłowie trafiała na dwory całej Europy, a nawet do Iranu. W czasach wojen krymskich w Iranie powstał zakon mnichów zwanych klechdami. Próbowali opracować erzac królewskiego deseru zastępując oryginalną chałwę miazgą sezamową, która jako „chałwa irańska” tudzież „grecka” jest obecnie szeroko dostępna w sprzedaży, chociaż daleko jej walorom smakowym do chałwy orłowskiej. Stąd też powiedzenie „klechdy”, a zwłaszcza „klechdy sezamowe”, oznacza zmyśloną opowieść, baśń czy mówiąc delikatnie – duby smalone.

Próby uszczknięcia części popularności jednej z najstarszych polskich marek cukierniczych trwają. Ostatnio na przykład pojawiły się podróbki w postaci chałwy z orlików.

 

(Zdjęcie odsłoniętej odkrywki z narażeniem kubków smakowych zrobiła Bazyl Lia)

Lato leśnych ludzi

podos

Wiadomości o szeroko zakrojonej wycince drzew w Puszczy Białowieskiej okazały się być mocno przesadzone. Podobnie zresztą, jak całe drzewa. Jak dowiedzieliśmy się ze źródeł zbliżonych do Ministerstwa Środowiska Puszcza Białowieska stanowi jeden z najcenniejszych drzewostanów Europy. Stąd też starania lokalnego nadleśnictwa o jak najszersze jego rozpowszechnianie. W tym celu drzewa z poszczególnych kwartałów są rozmontowywane, pakowane w odpowiednio opisane stosy i wysyłane w rejony niezalesione.

Opatentowana niedawno przez dział badań i rozwoju spółki Lasy Państwowe metoda „repartiacji” drzew łudząco przypomina przygotowanie materiału na tarcicę, jednak nic bardziej mylnego. Poszczególne pnie są najpierw dzielone na partie, numerowane, a następnie przewożone w odcinkach do miejsca przeznaczenia, gdzie następuje ich „re-partiacja”, czyli skręcanie gotowych pni z wcześniej przygotowanych odcinków.

Na zdjęciu udało się uchwycić pas montażowy podczas dostawy kolejnych palet z „drzewami słodowymi” jak je pospolicie nazywają pracownicy leśni zajmujący się ich składaniem. Na pytanie, czy pan Adam Słodowy uczestniczył w pracach nad systemem montażu, otrzymaliśmy informację, z której wynikało, że zbieżność nazw jest przypadkowa. Szyszkownik Stanisław Buhaj podsumował jednym zdaniem:

Praca ciężka panie, to do każdej palety jest skrzynka piwa słodowego, panie, bo inaczej chłopaki by się po lesie rozleźli, coby sklep znaleźć.

Faktycznie, operacja mimo podchmielenia menadżera i specjalistów koordynatorów przebiegała bardzo sprawnie. W ciągu kolejnych trzech godzin od zrobienia powyższego zdjęcia, pas montażowy przestał istnieć, a na jego miejscu szumiał pięknie sosnowy gąszcz. No, może miejscami sosnowe pnie miały brzozowe korony, ale to jedynie dodawało uroku puszczy na emigracji.

 

(rozstawianie drzew uchwyciła Bazyl Lia)

A potem prosto aż do rana

kanał do nibylandii

Tłok na ostrym dyżurze nie był niczym nowym. Zwłaszcza w weekendy. Romuald Gicz, chirurg dyżurny, lubił swoją pracę. Tym razem jednak był bardzo poirytowany.

Siedem strzał w łydkach, trzy rany cięte, dwanaście zadraśniętych kostek i mocne otarcia od sznura… Powariowali ci gówniarze z tym łucznictwem! Tylko skąd ten sznur?

Raport z wieczornego dyżuru powiatowego szpitala prawdopodobnie przeszedłby bez echa, gdyby tylko była to jednorazowa sytuacja. Tymczasem niezwykłe przypadki okaleczeń zaczęły się nasilać. Kulminacja nastąpiła  połowie wakacji, gdy piraci drogowi przystępowali do abordażu z byle powodu, a w miejskim basenie pojawił się krokodyl. Na szczęście nikomu nic się nie stało, gdyż przerażeni dziwnym cykaniem użytkownicy opuścili obiekt podejrzewając atak bombowy.

Wszystkie ślady bezsprzecznie prowadziły na lotnisko w Radomiu. Rzadko używany terminal był oświetlony jedynie w kilku miejscach energooszczędnymi żarówkami. Dziwnym trafem patrząc pod odpowiednim kątem można było odnieść wrażenie, że jest to mapa nocnego nieba pokrytego smogiem Londynu z początku dwudziestego wieku. Nocny stróż oraz nieliczni podróżni zarzekali się, że w pochmurne wieczory przemykają tamtędy podejrzane małe postacie. Słychać także było okrzyki Druga na prawo! i Prosto aż do rana!

Na szczęście cięcia budżetowe zmieniające scenariusz oświetlenia radomskiego lotniska przez pozostawienie jedynie oświetlenia awaryjnego przerwało falę dziwnych  chuligańskich wybryków, których natury prawdopodobnie nigdy nie poznamy.

 

(Inwazję z Nibylandii uwiecznił w 1954 r Thurston Hopkins w cyklu pt. „Street Games„)

Zabić drozda

THE NORTHERN BLACK-CAPPED GUMCHEWER Design by Brock Davis.jpg

„Wandalizm!” „Zdziczenie!” „Ptasi holocaust!” „Sprzedam opla”. Kolejne numery „Głosu Ciechanowa” wspinały się na coraz wyższe stopnie oburzenia. Wszystko za sprawą martwych ptaków. Zaczęła się wiosna i zaczęły się romantyczne spacery przerywane jednak brutalnym widokiem martwych sikor, drozdów i szpaków. Co więcej ornitologiczne zwłoki ewidentnie nosiły znamiona morderstwa. Ich dzioby były zaklejone substancją jednoznacznie zidentyfikowaną przez wezwanego z Przasnysza weterynarza-patologa, Józefa Wągra, jako „guma do żucia, balonowa”. Warto dodać, że Regionalny Menedżer Sprzedaży firmy Wrigley, Janusz Bąkała, na tę wieść odetchnął z ulgą i używał tego faktu jako argumentu przy podpisywaniu kolejnych umów z kioskami Ruchu.

Sylwester Bukiet zamknął gazetę, wyjął z biurka butelkę „Oddechu Łosia” i nalał sobie porządną porcję do szklanki po herbacie z dzikiej róży, zbieranej własnoręcznie ze starannie wyselekcjonowanych krzewów na tyłach basenów MOSiRu. Staranna selekcja polegała wprawdzie na wyborze krzaków najlepiej ukrytych przed spojrzeniami przechodniów, ale nie zmieniało to faktu, że detektyw był bardzo dumny ze swoich herbacianych mieszanek. Teraz jednak kontemplował barwę ulubionej nalewki i ze zdziwieniem zauważył, że nazwa „herbata” dużo bardziej pasowała do jej barwy, niż do koloru ziołowego naparu, który sączył jeszcze przed godziną z tego samego szkła, osadzonego w gustownym metalowym koszyczku, będącym spadkiem po siostrze stryjenki sąsiada z pierwszego piętra. Potrzebował chwili do namysłu. Rozważania o odcieniach ulubionych napojów znakomicie oczyszczało umysł. Tak prawdę mówiąc, to sam „Oddech Łosia” również znakomicie pełnił tę rolę. Tym razem jednak Bukiet pociągnął zaledwie jeden łyk, gdy jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu sugerującym natchnienie. Chwycił notes, torbę z ulubionym aparatem –  Nikonem F, oraz paczkę sezamków i wybiegł.

Cztery godziny i wypstrykane trzy klisze później detektyw wbiegł do mieszkania i skierował się od razu do łazienki. Kolejne długie minuty wypełniały ciche przekleństwa i zapach wywoływacza. Wreszcie zmęczony Sylwester opadł na kanapę chwytając po drodze z biurka szklankę z niedopitą nalewką. Wyciągnął notes. Pora na podsumowania. W parku Dąbrowskiego wytypował trzech nastolatków żujących intensywnie gumy balonowe. W parku Konopnickiej – kolejnych dwóch. Jego uwagę przyciągnął zwłaszcza jeden, na oko czternastoletni wyrostek. Nie dość, że żuł gumę głośno mlaskając i równie głośno rozdmuchując robione z niej balony, to jeszcze często zmieniał gumę, starą wypluwając w kierunku krzaków – potencjalnych miejsc przebywania małych ptaków. Bukiet zatarł ręce z zadowolenia. Rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. Wystarczy poczekać na dowody – zdjęcia, które aktualnie schły nad bukietową wanną. Nie ma pośpiechu. Rano zebrane zdjęcia zaniesie na komisariat i tam już poprowadzą resztę czynności policjanci z wydziału dla nieletnich.

Ranek był pochmurny. Słońce wyszło zza szarych kłębowisk dopiero przed południem. I zastało Sylwestra Bukieta rozwieszającego po całym mieszkaniu kolejne powiększenia zdjęć parkowej alejki oraz rozłożystej lipy. Nie było wątpliwości. Trzy zdjęcia przedstawiały nastolatków, ale w tle było wyraźnie widać kolejne fazy zbierania wyplutych gum przez wronę siwą. Kolejne dwa przedstawiały tę samą wronę siedzącą na konarze lipy na przeciwko drozda. Na końcu wroniego dzioba formował się… balon. Ostatnie powiększenie przedstawiało ogon spadającego ptaka, znikający za czymś przypominającym wielki snop siana, a będącym powiększoną czupryną jednego z poprzednich podejrzanych. Krótki spacer pod lipę nie pozostawiał wątpliwości – w trawie leżało ciało drozda z dziobem zaklejonym gumą balonową. Sylwester spojrzał w górę. Z grubej gałęzi spoglądała na niego wrona. Triumfalnym wzrokiem.

 

(zdjęcia Bukieta niestety zostały zarchiwizowane w lokalnym komisariacie, ale kluczowy dowód odtworzył Davis Brock w swej pracy THE NORTHERN BLACK-CAPPED GUMCHEWER)

Aba żur

Rays – Disposable Paper Cup Lamp by Chengyuan Wei, Guanyun Wang, Ye Tao, Jianxing Cai, Chao Chen & Xuanxing Yang.jpg

Na podwórku przy śmietniku stoi lampa. Żadna wielce atrakcyjna. Ot, lampa, jakich kiedyś było wiele. Stołowa. Jedna noga toczona na tokarce w różne kule, torusy czy inne wzory przypominające szachowe piony. Lakierowana na ciemny brąz z wysokim połyskiem. Pamiętam taką z dzieciństwa. Ta – wystawiona na śmietnik – ma taki sam abażur. Oczywiście ten, który pamiętam z rodzinnego domu już dawno został zmieniony. Kilka razy. Ten jest oryginalny. Spłowiałe płótno marszczone w harmonijkę na drucianym ściętym stożku o prawie pionowych ścianach – kiedyś żółte, teraz praktycznie w kolorze ecru, ozdobione u góry i u dołu odpadającym koronkowym ornamentem w kolorze starego złota, teraz odbarwionego w wielu miejscach.

Abażur. Wszędzie, gdzie bywałem w dzieciństwie były lampy z abażurami. Małymi i dużymi. Stołowe, nocne, podłogowe. Abażury były najróżniejsze. Te papierowe czy witrażowe były tematem rozmów towarzyskich dorosłych i powodem do włączania piątego biegu galopującej wyobraźni. Papierowe kojarzyły się z Japonią. Albo z Ameryką. Mogły rozpraszać światło w salach szkoleń samurajów czy wojowników ninja. W Ameryce kojarzyły się z nowoczesnymi wnętrzami, do których zaraz wparują Aniołki Charliego. Witrażowe za to – też spotykane sporadycznie w latach 80. – migotały baśniowym światłem, w którym rodzą się wróżki, a elfy prostują swe skrzydła. Najwięcej jednak było tych prostych, z metką Predomu czy innej spółdzielni pracy. Materiałowych. Nasz żółty abażur przepuszczał światło 60 watowej żarówki w sposób, który ogrzewał każdy nieprzyjazny wieczór. Pod abażurem, jak na słonecznej wyspie grzały się szybkie samochody ze stajni Matchboxa lub Majorette. Na co dzień przykrywał lampę stojącą na szafce tej samej wysokości, co sąsiednie biurko, oświetlając przy okazji moje prace domowe. To w sumie nawet nie była szafka, tylko szafkowa, rozkładana maszyna do szycia. Miała okleinę w kolorze lakieru lampki, więc pasują do siebie.
Któregoś wieczoru, podczas zaćmienia księżyca, oglądałem z zapartym tchem czarne niebo, a potem ojciec zdjął abażur i na żarówce – Słońcu oraz jabłku – Ziemi i agreście – Księżycu pokazał mi dlaczego znika srebrny krążek z wieczornego nieba, a zaraz potem, znane do tej pory tylko ze starego atlasu geograficznego ustawienia „Ziemi” – jabłka – pochylonego z ogonkiem jako osią – w stosunku do słońca gdy jest dzień, gdy jest noc oraz czemu zimą jest mniej słońca niż latem.

Jednak lampa bez abażuru, choćby zamieniona opowieścią astronomiczną w Słońce, jest moim zdaniem uszkodzona. Brak jej okrycia, faktury. Bardzo lubię wyciągać światłem faktury. Dlatego też lubiłem ten marszczony abażur. Wciskałem w jego fałdki kolorowe bibuły. Rozsuwałem i zsuwałem materiał. Uwielbiałem ściany pokryte piaskowym tynkiem maszynowym. Wieczorami miękkie światło rozproszone abażurem ożywiało na ścianie miniaturowe cienie wyimaginowanych okrętów, postaci, wzgórz czy miast.

Siedzę na krawężniku i opowiadam tę historię starej lampie. Słucha uważnie, kiwając powoli starym abażurem. Historie lamp są do siebie tak bardzo podobne. Pamiętają wszystkie przeczytane w ich blasku książki. Wyłączane tylko po to, żeby ich światło nie odbijało się w wypukłym ekranie małego telewizora. Przez to czarno-białe filmy są dla nich tylko tłem sobotniej wieczornej drzemki. Zaczynam słuchać opowieści pordzewiałych drutów i naddartego materiału. Lampa pochyla się ku mnie i szumi swoją historię o słonecznej wyspie na szafce, gdzie grzeją się w jej świetle pluszowe niedźwiadki. O zeszytach w trzy linie zapełnianych koślawym pismem. O zaćmieniu księżyca, podczas którego znika abażur, a oswobodzona żarówka przegląda się w pomarańczy…

(zdjęcie pochodzi z materiałów towarzyszących projektowi Rays – Disposable Paper Cup Lamp autorstwa zespołu Chengyuan Wei, Guanyun Wang, Ye Tao, Jianxing Cai, Chao Chen & Xuanxing Yang)

Piękne oko liczności przyrody

michael-clark-up-on-kebler-pass-near-crested-butte-colorado

Złota polska jesień przyniosła ciepłe wieczory i krwistoczerwone jabłka. Oraz list. Nietypowy. Przyniósł go pod koniec października gołąb. Raczej dziki niż pocztowy.
„Nie. to nie gołąb” – pomyślał jak zwykle dokładny Sylwester Bukiet i otworzył podręczny atlas ptaków. „No tak. To sierpówka. Inwazyjny gatunek. Czy może imigracyjny?” – zastanawiał się czytając opis zwierzęcia „Z Turcji. Niech zostanie po prostu – sierpówka”.
No więc sierpówka przyniosła list. Nietypowy. Bo napisany na brzozowej korze. W zasadzie nawet nie napisany. Dla niewprawnego oka był to tylko kawałek kory. Ale Sylwester miał bardzo wprawne oczy. Nieomal natychmiast dostrzegły systematyczność wzoru czarnych plamek na białym tle. Alfabet Morse’a detektyw miał w małym palcu. Przesuwał nim po brzozowym rulonie odczytując wiadomość i zapisując ją jednocześnie drugą ręką w swoim wysłużonym notesie. Sprawa była poważna. Należało reagować natychmiast. Dziesięć minut później Bukiet mknął w kierunku Puszczy Kampinoskiej.

Współrzędne były pierwszorzędne. Detektyw dotarł bez trudu, chociaż ostatnie trzysta metrów przebiegł truchtem. Lata pieszych wędrówek i złota oznaka PTTK dobrze wpływały na kondycję, bo Sylwester nawet nie złapał zadyszki dopadając przewróconego na małej polance roweru. Niedaleko, w słonecznym paśmie październikowego słońca na pożółkłej trawie leżało ciało. Bukiet rozejrzał się i zaczął podchodzić ostrożnie, aby nie zatrzeć żadnych śladów. Na wszelki wypadek odpiął kaburę swojej wiernej finki. W odległości dwóch metrów od ciała zatrzymał się i dmuchnął w policyjny gwizdek.

Ciało poruszyło się gwałtownie otwierając oczy i wyciągając z uszu słuchawki. Bukiet odetchnął. Leżący osobnik nie był uzbrojony, jeśli nie liczyć odtwarzacza mp3 i staromodnego futerału na aparat fotograficzny, z którego jednak wystawał kawałek bagietki z oliwkami i liść jarmużu.

„Nie robię nic złego. Tylko tak tu przyjeżdżam co wieczór oderwać się od miejskiego zgiełku Płońska i słuchając muzyki zabijam czas” – Tłumaczył się brodaty młodzieniec z wąskich płóciennych spodniach. „Zabijasz czas! Chłopcze!” – u Bukieta zmysł edukacyjno-oratorski wziął górę nad kryminalno-prawnym – „Zastanów się co robisz! To przez takich jak ty mamy coraz mniej czasu na wszystko. To przez takich jak ty wszyscy ciągle gdzieś się śpieszą! Miejski zgiełk, od którego uciekasz to skutek zabijania czasu, którego jest coraz mniej! A liczba ludności wzrasta!”. Sylwester wyliczał przewinienia podniosłym głosem wpatrując się groźnie w zdezorientowanego młodzieńca. „Przepraszam, nie wiedziałem… to się nie powtórzy…” – kajał się elegancki rzezimieszek. „Proszę mi jeszcze powiedzieć, skąd pan wiedział? Przecież słucham muzyki cicho i do tego w słuchawkach…”

Bukiet uśmiechnął się z politowaniem. „To ściany mają uszy chłopcze. Lasy mają oczy” oznajmił mrugając do otaczających polankę brzóz.

 

(Podglądające brzozy uchwycił Michael Clark)

Pro-pan Bhutan

tumblr_ok301quqnm1qd8br9o1_1280

Jak podaje BBS (Bhutan Broadcasting Service), król Jigme Khesar Namgyel Wangchuck odznaczył wczoraj siedmiu inspektorów policji kryminalnej Bhutanu za zlikwidowanie sieci przemytników propanu. Odkąd w 1971 roku Bhutan przystąpił do ONZ jego podstawowym postulatem była zmiana nazewnictwa handlowych mieszanek gazów technicznych, a konkretnie LPG z popularnej „propan butan” na „butan propan” co, jak argumentował ambasador Bhutanu przy ONZ, byłoby zgodne z kluczem alfabetycznym, a poza tym zbieżność nazw nie sugerowałaby drugorzędnej roli tego azjatyckiego królestwa, wciąż borykającego się z pokolonialną traumą. Niestety, mimo rzeczowej argumentacji zgłaszane rezolucje były rokrocznie odrzucane, co w końcu zniechęciło Bhutańczyków przekonanych o międzynarodowym spisku koncernów paliwowych z należącym do byłego protektora Bhutanu – Wielkiej Brytanii – British Petroleum na czele. Wydany pod koniec lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku zakaz stosowania propanu i jego mieszanek w obrębie królestwa został przyjęty przez poddanych jako ostateczne symboliczne zrzucenie jarzma brytyjskiego i jest respektowane do dziś. Niestety nepalska mniejszość jest przyzwyczajona do stosowania skroplonego gazu w przenośnych kuchenkach rozpowszechnionych dzięki wyprawom himalaistów (zwłaszcza nieudanym, gdy na wiosnę wystarczy pozbierać resztki sprzętu, które spłynęły z wyższych partii gór), a to oznacza popyt na przemyt.

Pod koniec stycznia bieżącego roku policji Bhutanu udało się przechwycić największy do tej pory transport propanu w granice królestwa, a przy okazji rozbić cały międzynarodowy gang przemytników, w którym występuje także wątek polski. Ładunki LPG, czyli propanu-butanu przewożone przez hinduskich i nepalskich najemników pochodziły z gazoportu w Świnoujściu. Zwykle gaz był konfekcjonowany w prowincji Assam, a następnie w puszkach od herbaty rozprowadzany na czarnym rynku himalajskiego państewka. Wszystko się zmieniło, gdy dwóch pracowników gazoportu, Bruno Głaz i Sławomir Przecier, postanowili przyłączyć się do procederu po poznaniu docelowego przeznaczenia gazu od jednego z hinduskich marynarzy. Zasugerowali oni, że w Polsce LPG jest popularnym paliwem do silników spalinowych, wobec czego oni chętnie sprzedadzą poloneza Caro należącego do Brunona G. i volkswagena Golfa, własność teściowej Sławomira P. na potrzeby szajki, gdyż oba te pojazdy miały instalację LPG ze zbiornikami imitującymi koła zapasowe. Pomysł spodobał się po drugiej stronie świata i już pół roku później wpłynęło zamówienie na kolejne cztery polonezy i sześć golfów. Bruno i Sławomir czuli, że odkryli żyłę złota. Niestety, polonezy były już dość trudno dostępne, więc nie mogąc zebrać więcej niż trzy sztuki, panowie postanowili wtajemniczyć teścia Sławomira P. Teść prowadził usługi spawalnicze i znał wiele warsztatów samochodowych, dla których często wykonywał drobne prace palnikiem acetylenowym. Na marginesie warto dodać, że acetylen, jako niepoprawny politycznie ze względu na niewłaściwe miejsce w spisie alfabetycznym, jest również indeksowanym gazem w Bhutanie. Jego lokalną oficjalną nazwą jest cetylen.

Teść Sławomira P. polegał na własnym doświadczeniu. Jego zakład znajdował się vis a vis posterunku policji, na tyłach plebanii. Dlatego też ogłosił zniechęconym wspólnikom, że „wszakże pod latarnią najciemniej”, wobec czego należy przygotować jeden zbiornik, wystarczająco duży, aby pomieścił na raz półroczny transport, a następnie wwieźć go legalnie do Bhutanu. Jak zapowiedział, tak zrobił. Zamaskowany zbiornik prezentowany jako „kula szczęścia” (w żargonie szajki zwany „statkiem – wazą” – z ang. vase vessel), miał być podarkiem polskiej delegacji przemysłu spawalniczego (w osobach Brunona G. i Sławomira P.) dla ludu Bhutanu. Symbolika miała nawiązywać do ziaren prosa i kukurydzy w barwach Unii Europejskiej symbolizujących rozgwieżdżone niebo nad Himalajami. Plan przebiegał pomyślnie, aż do czasu, gdy Sławomir P. pomylił przedstawiciela rządu z jednym z członków szajki („Nepalczycy są wszyscy do siebie podobni”, tłumaczył później przed sądem), chwaląc się przygotowaną wcześniej koszulką, na której w sanskrycie miało być napisane „gaz do Bhutanu”, ale przez nieznajomość pisma tybetańskiego, grafik przygotował napis „Bhutan do gazu”, co wzbudziło nieufność policjanta pracującego incognito. Szybki kontakt mejlowy z poznanym na wymianie studenckiej polskim detektywem – Sylwestrem Bukietem pozwolił inspektorowi Jigme’owi Ngedupowi na stwierdzenie, że delegacja może była polska, ale na pewno nie oficjalna. Informacje od polskiego detektywa o miejscu zatrudnienia członków delegacji pozwoliły natomiast połączyć szybko wszystkie elementy układanki i tydzień później cała szajka została aresztowana dzięki udanej współpracy bhutańskich i indyjskich organów ścigania.

Chciałem bardzo podziękować za wzorową współpracę Sylwestrowi Bukietowi oraz wyrazić żal, że obywatele poważanego przez nas kraju, ojczyzny tak znamienitych postaci – będących literackimi bohaterami narodowymi Bhutanu – jak Bruno Jasieński czy Sławomir Mrożek, wejdą na drogę przestępstwa narażając na szwank nasz indeks szczęśliwości. Tym bardziej jest nam przykro, że dokonali tego imiennicy sławnych w całym Bhutanie polskich obywateli – autora tomiku „But w bhutanierce” i autora życiowych dramatów wydanych u nas w zbiorze „BhuTango” – wypowiadał się na łamach „Głosu Ciechanowa” Jigme Ngedup.

 

(zdjęcie statku-wazy w fazie budowy wykonał Laurent Gaudart)

Krzyżyk na drogę

ray-k-metzker-philadelphia-1963

Ostry dźwięk dzwonka oderwał Sylwestra Bukieta od lektury kroniki kryminalnej „Głosu Ciechanowa”. Dzwonek dzwonił wściekle, ale stary fiat punto nie zamierzał wcale zjeżdżać z torowiska. Kierowca jedynie zamknął okno i starał się udawać, że skręca w lewo na zwykłej drodze powiatowej. Przekleństwa motorniczego było za to słychać nawet na końcu wagonu. Bukiet uśmiechnął się pod nosem. Wizyty w stolicy od zawsze kojarzyły mu się z problemami komunikacyjnymi. Korki, kolizje, awarie trakcji, przebite opony, a nawet płonące silniki autobusów – to wszystko regularnie przydarzało się detektywowi odkąd sięgał pamięcią. Tym razem obyło się jednak bez drogowej katastrofy. Fiat w końcu dokończył manewr żegnany ostatnimi dźwiękami dzwonka, soczystymi przekleństwami motorniczego i drwinami pasażerów nie szczędzących kąśliwych uwag na temat kierowców pojazdów z bliską Bukietowi rejestracją zaczynającą się literami WCI.

Tramwaj ruszył, a Bukiet pogrążył się we wspomnieniach. Najdłużej jechał tramwajem w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy odwiedził wujka w USA. To tam w sumie zaczęła się jego przygoda z kryminalistyką i to tam właśnie rozwiązał swoją pierwszą sprawę, chociaż nie miał jeszcze licencji detektywa. Miał za to siedemnaście lat i żelazne postanowienie spotkania porucznika Kojaka. Miał dla niego słynne pasiaste okrągłe lizaki. Wprawdzie tylko dwa, bo jednego dał wujkowi, a siedem pozostałych zjadł sam, ale liczył się gest. Podczas swojego dwutygodniowego pobytu codziennie wsiadał do innego środka komunikacji korzystając z dobrodziejstw wujkowego biletu okresowego i ruszał na poszukiwanie kryminalnej przygody, w której główną rolę odgrywałby charakterystyczny łysy przedstawiciel władzy. Oraz on sam oczywiście. Pewnie inaczej by planował swoją – jak się później okazało – jedyną wizytę za oceanem, gdyby zdawał sobie sprawę, że arenę jego poszukiwań od świata dzielnego porucznika dzieli prawie sto mil stanowej autostrady. Ósmego dnia pobytu zapomniał jednak całkowicie o nowojorskiej mafii, policji i zakazie reklamy papierosów wspierającym cukier na patyku. Tego dnia wujek przeczytał mu informację z codziennej gazety o martwym robotniku znalezionym na pętli w tramwaju linii 23. Była to szósta ofiara na tej trasie. Sylwester dopił swoją colę i po kwadransie niecierpliwie przestępował z nogi na nogę na najbliższym przystanku tramwajowym.

Na rogu Dziesiątej Alei i Bigler Street zaczynał się teren szkolny z dużym stadionem do futbolu amerykańskiego. Przystrzyżona murawa, trawniki i okalające kompleks drzewa dawały wrażenie oazy wśród ceglano-asfaltowej pustyni niskiej zabudowy południowej Filadelfii. Tutaj kończyła swoją trasę najdłuższa w historii świata linia tramwajowa licząca od pętli do pętli blisko 45 kilometrów. Bukiet wyszedł ociężałym krokiem z budynku kontrolera ruchu i padł znużony na trawę. Głęboko wciągnął powietrze do płuc i przymknął oczy, jeszcze raz przeżywając ostatnie godziny spędzone w tramwaju. Nie da się ukryć, że szczęście mu dopisało. Rano specjalnie wsiadł w stronę przeciwną, aby móc rozpocząć kurs od jednej pętli do drugiej. Początkowo nic się nie działo. Pasażerów o tej porze było niewielu. kolejne przystanki mijały w letnim sennym otępieniu i nawet przyszło mu do głowy, żeby jednak wyskoczyć na chwilę do wujka po kolejną colę, gdy jego uwagę przykuł wsiadający środkowymi drzwiami starszy człowiek. Płaszcz, damskie pantofle i kapelusz sugerowały emerytkę jadącą na popołudniowe nabożeństwo do jednego z pobliskich kościołów. Jednak gdy tramwaj ruszył, emerytka wyjęła z pod pachy wysłużoną hotelową biblię i zaczęła donośnym, acz monotonnym głosem nawracać podróżnych. „Toż to jakiś kaznodzieja” Pomyślał Sylwester tylko chwilę* dziwiąc się damskiej odzieży na wiekowym staruszku. Kolejni pasażerowie to wsiadali, to wysiadali, jednak kaznodzieja zdawał się tego nie zauważać. A może tylko nie przywiązywał do tego wagi? Po kolejnych dziesięciu kilometrach widać było, że jedynie młody Bukiet i ciemnoskóra kobieta w średnim wieku jadą dalej, wiec kaznodzieja zaczął się zwracać głownie do nich. Bukiet nie znał praktycznie angielskiego, więc nic nie rozumiał. Natomiast kobieta wyraźnie zaczęła blednąć, a głowa jej opadała miękko stukając afro fryzurą o szybę. Polska szarmanckość wzięła górę nad nieznajomością języka i Sylwester w trosce o dobre samopoczucie starszej od siebie kobiety wstał gwałtownie i mówiąc głośno po polsku „Czy pani dobrze się czuje?!” szarpnął okno nad głową pokrytą czarnymi sprężynkami wpuszczając do środka hałas ulicy, dźwięk klaksonów i ożywczy powiew spalin zmieszanych z zapachem gorącego asfaltu. To wytrąciło z równowagi kaznodzieję, który straciwszy wątek potruchtał do wyjścia. Ocalona dama w opałach odetchnęła z ulgą. „You saved my life. I was dying of boredom” – uśmiechnęła się do młodzieńca. Słowa „saved my life” i „dying” Bukiet rozumiał. Przecież u wujka wieczorami ciągle oglądali kryminały. Młody mózg szybko połączył fakty. Wyskoczył na najbliższym przystanku zanim jeszcze staruszek zdołał podejść do drzwi. Nie miał żadnego planu, ale los mu sprzyjał. Na przejściu dla pieszych zaczepił faceta z aparatem i pokazał mu na migi, żeby ten zrobił zdjęcie staruszka. Z początku fotograf nic nie rozumiał, ale przyglądając się stojącemu tramwajowi i sąsiedniemu pojazdowi widocznie doznał natchnienia, bo natychmiast migawka zaczęła trzaskać jak szalona. Bukiet w duszy modlił się, żeby choć na jednym ujęciu widać było starego kaznodzieję. wziął od fotografa wizytówkę i wskoczył ponownie do tramwaju. Na pętli skorzystał z telefonu służbowego dzięki uprzejmości motorniczego, który widział w lusterku jego brawurowy ratunek pasażerki. Po drugiej stronie linii wujek cierpliwie wysłuchiwał siostrzeńca, a potem tłumaczył jego słowa kierownikowi zmiany. Trzy kwadranse później tłumaczył ponownie to samo sierżantowi policji. A potem jeszcze raz inspektorowi kryminalnemu.

Następnego dnia lokalna gazeta dumnie informowała o aresztowaniu „tramwajowego truciciela umysłów”. Bukiet był bardzo dumny. Bezbłędnie wytypował kaznodzieję. Nikt przed nim nie przypuszczał, że staruszek może zanudzić współpasażerów na śmierć.

*chwila – tu: dwa przystanki

(tramwaj w drodze uchwycił Ray K. Metzker, w cyklu Philadelphia, 1963, a zaintrygowało nas tutaj)

Stary statek i morze

new-brighton-uk-storm-clouds-gather-above-perch-rock-lighthouse-photograph-phil-noble_reuters

Była ciemna, bezksiężycowa noc. Latarnik sprawdził wszystkie obwody. Przeczytał po raz kolejny prognozę pogody, według której miało być spokojnie przynajmniej do rana. Włączył lampy i zszedł na dół, aby zdrzemnąć się godzinę. Daleko w morze ruszył miarowy, rytmiczny snop światła. Latarnia morska rozpoczęła swą codzienną monotonną pracę.
Nie narzekała na swój los. Burze bywały tutaj wprawdzie gwałtowne, ale nawet wtedy wściekłe fale rzadko opluwały granitowy cypel na tyle wysoko, by zostawić ślad na czerwonej cegle w białe pasy. Tym, co wprawiało latarnię w melancholijny nastrój było poczucie całkowitej samotności. Domyślała się istnienia innych latarni, bo latarnik często rozmawiał z kolegami po fachu przez radio. Wiedziała też, że są to latarnie portowe, a to znaczyło, że w ich otoczeniu, a przynajmniej w zasięgu snopu światła, były inne budynki. Tymczasem na granitowym cyplu nie było nic. Droga wiodąca do niego była długa i ginęła hen, za pasem jałowych skał i wzgórz pokrytych rachitycznymi kolczastymi krzewami. Dalej porośnięte wiecznie zielonym parawanem góry odcinały widok na jakiekolwiek formy cywilizacji. Z pozostałych trzech stron cypel opływały zimne fale Atlantyku. Nawet zwierzęta omijały ten niegościnny kawałek Ziemi, nie licząc małego stada mew zakładającego gniazda co roku w tych samych załomach skał w cieniu latarni.

Lata mijały i latarnia z czasem zaczęła sobie wyobrażać, że jest całkiem sama, a jej promienie to sygnały rozpaczy wysyłane w przestrzeń z nadzieją na odnalezienie innej cywilizacji. Misja godna NASA, ale na pewno z mniejszą szansą powodzenia niż sygnały radiowe przeczesujące kolejne galaktyki. Myśl, że pełni na tym zapomnianym cyplu rolę strażnika tylko dlatego, że trochę ponad sto lat wcześniej rozbił się nieopodal jacht młodego księcia z możnego rodu, który miał pretendować do tronu w rodzinnym kraju daleko stąd, wydawała jej się tak absurdalna, że każdy inny powód był bardziej realny. Wsłuchana w szum fal i skupiona na własnym rytmie obracających się lamp, latarnia nie zwróciła w ogóle uwagi, że światło wraca do niej w regularnych odstępach. To znaczy zauważyła. Gdzieś tam, podświadomie. To się już zdarzało. Już wywoływało przyspieszone bicie elektrycznego serca przekładni obracającej lustra. Za każdym razem okazywało się jednak, że ocean potrafi płatać niewybredne figle, a wysokie fale całkiem dobrze odbijają skupione świało. Po kilku minutach przez otępiałe monotonią warstwy szkła i miedzi zaczęły przedzierać się intrygujące impulsy. Rytm. Rytm świetlnych impulsów. To był całkiem inny rytm. A przecież powinien być ten sam! Skoro nie jest, to skąd w takim razie te odległe błyski? Cóż to za iskra hen, na oceanie naigrawa się z samotnej latarni? Czyżby nowa sztuczka bezwzględnego Atlantyku? Na pewno nie był to statek. Pamiętała jeszcze te nieliczne przypadki, gdy przepływające w zasięgu radia zagubione jednostki wymieniały się suchymi komunikatami z latarnikiem. Ale to było dawno, przed epoką wszechobecnego sygnału GPS. Nie przestając wysyłać swojej jednostajnej wiadomości, latarnia skupiła źrenicę okna dachowego włazu w ciemności, w której pojawiała się odległa jasna plamka tak długo wyczekiwanej cywilizacji.

* * *

Latarniowiec „Jutrzenka” był pełen energii i chęci do pracy. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Jeszcze miesiąc temu rdzewiał przy molo małego rybackiego miasteczka, stanowiąc rzadko odwiedzaną atrakcję turystyczną. Kiedyś dumnie nadstawiał swe burty na uderzenia sztormów u wejścia do lokalnego portu. Swym ostrym światłem nieustraszenie kierował zabłąkane kutry rybackie i statki handlowe ku bezpiecznej przystani miasteczka. Potem jednak przysadzisty statek stracił całą swoją dumę i zapał, gdy w porcie pojawiła się radiolatarnia na stalowej konstrukcji przypominającej małą kuzynkę wieży Eiffla. Stopniowo starzał się i dziczał plując olejem z coraz rzadziej uruchamianych tłoków i jęcząc mechanizmem obrotowego lustra. Czerwoną farbę powoli zastępowała równie czerwona rdza, a szyby latarni matowiały coraz bardziej z każdym rokiem. Zarząd portu coraz częściej wspominał mimochodem, że utrzymanie tego typu gości jest dużym obciążeniem dla tak małej przystani, a ceny złomu ostatnio poszły w górę. „Jutrzence” było jednak wszystko jedno. Miał dość rodzinnych wycieczek, podczas których znudzone potomstwo weekendowych wielbicieli techniki morskiej próbowało odkręcić sobie na pamiątkę drobne elementy wyposażenia, albo przynajmniej wydrapać swoje inicjały jak najbliżej nadbudówki. Pogodził się z myślą o reinkarnacji w postaci puszek konserwowych szprotów i makreli, może nawet pochodzących od rybaków z jego rodzinnej miejscowości. Więc gdy trzy miesiące temu podpłynął holownik, stary latarniowiec jedynie zgrzytnął cicho o nadbrzeże i nie oglądając się na pomost, przy którym stał ostatnie lata, dał się pociągnąć wzdłuż wybrzeża. Po wielogodzinnej podróży ze zdziwieniem zauważył, że wyłaniają się przed nim doki stoczni remontowej. Cztery kolejne tygodnie wydały się mu powrotem do dzieciństwa, gdy nabierał kształtów w małej stoczni na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz czuł się młodo i świeżo. Błyszczał nowymi szybami i świeżym lakierem, dumny z nowoczesnego sprzętu na swoim pokładzie. Nie mógł się już doczekać swojego nowego miejsca pracy.

* * *

Dwa miesiące później „Jutrzenka” przeklinał pogodę na północnym Atlantyku.  Szalejący od dwóch tygodni sztorm sprawiał, że budowa nowej platformy wiertniczej przedłużała się, a jej zakończenie przed zimowym załamaniem pogody było pod znakiem zapytania. Latarniowcowi nie uśmiechało się spędzać kolejnych miesięcy w tym nieprzyjaznym miejscu, z dala nie tylko od szlaków morskich, ale w ogóle od wszelkich znaków życia. No, może nie do końca wszelkich. W pogodne noce, gdy morze było spokojniejsze, daleko na wschodzie można było dostrzec miarowe światło latarni morskiej. Światło latarni. Stary weteran sygnalizacji był wzruszony. Nigdy nie dane mu było pracować w zasięgu innej latarni. Takiej prawdziwej, omiatającej widnokrąg długim promieniem z soczewki Fresnela. Latarniowiec był wzruszony. Tłoki jego wysokoprężnego serca o mocy 650 KM przyśpieszały lekko za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiał się błysk odległej koleżanki. Za każdym razem, gdy zwierciadło kierowało się ku odległemu lądowi, „Jutrzenka” starał się dostarczyć jak najwięcej mocy do tkwiącej na jego maszcie żarówki i słać wiadomość skupioną w długim promieniu. Miała wyrażać tęsknotę i radość z odległego towarzystwa. Minęło kilka dni, zanim zorientował się, że pulsujące światło na horyzoncie, to odpowiedź na jego świetlne telegramy.

* * *

W połowie listopada latarnia nie mogła opanować ekscytacji. Zwierciadło kręciło się jak szalone bez względu na zegarowy mechanizm sterujący wysłużonym silnikiem. Z prowadzonych przez niemal miesiąc rozmów wiedziała, że budowa platformy zostanie przełożona o kilka miesięcy, a latarniowiec czas zimowych sztormów ma przeczekać w najbliższym porcie. A droga do najbliższego portu przebiegała zaledwie pół mili od jej skalnego cypla. Wreszcie się zobaczą! Nie szkodzi, że szaleje sztorm, a prognozy zapowiadają najwyższe fale niewidziane w tym regionie od kilkudziesięciu lat. Światło morskiego przyjaciela było coraz wyraźniejsze, a to oznaczało, że nie zamierza zmieniać kursu. Wreszcie zapadła noc, a ciężkie chmury zetknęły się ze szczytami spienionych fal. Ulewny deszcz ograniczał widoczność ze szczytu latarni do pół metra i zagłuszał nawet trzask sygnalizacyjnych żaluzji. Latarnia zapadła w letarg. Fale coraz wścieklej uderzały o cypel i jej podstawę. Jedno uderzenie było szczególnie mocne i na tyle inne, że wyrwało na chwilę wiekową budowlę ze snu. Nadal jednak nic nie było widać, więc latarnia zapadła ponownie w półsen do rana.

Przejaśniło się dopiero około południa. Wtedy już było jasne co było powodem nocnej pobudki. Gdy tylko uniosła zmęczone nocną nawałnicą żaluzje, latarnia nie posiadała się z radości. Tuż obok, oparty burtą o jej podmurówkę leżał jej pływający przyjaciel. Ciągle obracające się zwierciadło słało w jej kierunku alfabetem Morse’a najmilszą wiadomość, jaką kiedykolwiek widziała:

„No cześć”

 

(Zdjęcie burzowych chmur nad latarnią Perch Rock w New Brighton wykonał fotograf agencji Reuters Phil Noble)