Nauka to potęgi klucz

the school

To najstarsza szkoła w mieście. W zasadzie to najstarsza w kraju. W rzeczywistości starożytne tablice mówią, że Szkoła była tutaj przed jakimkolwiek krajem. W zasadzie to jest najstarsza szkoła na świecie. Niektórzy twierdzą nawet, że świat jest od niej młodszy, a Wielki Wybuch, to tylko jeden z eksperymentów w jej laboratorium. To jednak tylko plotki. Nikt tak naprawdę nie wie kto i czego uczy w Szkole. Ale zacznijmy od początku.

Przeciętny turysta na hasło „Bułgaria” odpowiada automatycznie „Warna”. Ten starożytny port, który widział niejedną armię i przeżył niejedno oblężenie i pożar, jest nie tylko stolicą regionu, ale także niewątpliwie największą atrakcją okolicy. Również pod względem historycznym. Nic tak działa na archeologów, jak informacja, że w pobliżu tego miasta znaleziono grobowce, a w nich złote przedmioty sprzed siedmiu tysięcy lat. Bogata historyczna przeszłość miasta sprawia, że rzadko kto zaprząta sobie głowę dalej położonymi stanowiskami. W dodatku wspaniałe złote skarby przyćmiewają inne znaleziska, takie jak chociażby niepozorne kamienne tabliczki, dużo starsze od najstarszych na świecie złotych przedmiotów. Mało kto jednak zwracał na nie uwagę, bo wspominały jedynie o jakiejś szkole.

Sytuacja zmieniła się, gdy odkryto najstarsze miasto w Europie – ruiny w pobliżu miasta Provadia oceniane na około 4500 lat przed naszą erą. Wtedy jeden ze studentów archeologii pracujący dla Narodowego Instytutu Archeologicznego zwrócił uwagę na niepozorny budynek na przedmieściach dzisiejszej Provadii. Słusznie zauważył, że jego wygląd jest zbieżny ze starożytnymi opisami Szkoły. Jego praca na ten temat nie znalazła jednak szerszego uznania. W zasadzie to w dziwnych okolicznościach zaginęła. Sam student też nie ukończył semestru i wyjechał do jednego z klasztorów buddyjskich, gdzie prawdopodobnie przebywa do tej pory. Jedynie stary, wyglądający na co najmniej sto lat ogrodnik zajmujący się dziwaczną jabłonią na tyłach domniemanej szkoły uśmiecha się życzliwie, gdy pytamy o niepozorny budynek i jego funkcję. Tymczasem legenda odżyła i jest powtarzana szeptem małym dzieciom przez bezzębne staruszki obierające niedojrzałe zielone jabłka.

To najstarsza szkoła w mieście. W zasadzie to najstarsza w kraju. W rzeczywistości starożytne tablice mówią, że Szkoła była tutaj przed jakimkolwiek krajem. W zasadzie to jest najstarsza szkoła na świecie. Niektórzy twierdzą nawet, że świat jest od niej młodszy, a Wielki Wybuch, to tylko jeden z eksperymentów w jej laboratorium. To jednak tylko plotki. Tradycyjnie dziecko, które ukończyło Szkołę, otrzymywało zielone jabłko. Kiedy absolwent dorósł i przyprowadził swoje dziecko do szkoły, dostawał przywilej przyklejenia zielonego glinianego jabłka do szkolnej ściany. Każda zielona kula wykonana z lokalnej gliny i pomalowana tym samym kolorem, co kolor ściany szkoły, oznaczał pokolenie. Całe jedno pokolenie. Nowy uczeń musi być dzieckiem absolwenta szkoły. Szkoła od niepamiętnych czasów uczy tylko jedno dziecko na raz. Ci, którzy ją ukończyli rządzą światem.

 

 

(zdjęcie Szkoły, gdy ogrodnik nie patrzył, wykonała potajemnie Katrin Manz)
Reklamy

Sok z żuka

twigBug

Tradycyjna medycyna przeżywa obecnie swój renesans. Nowoczesne techniki pozwalają na odkrywanie zapomnianych zapisków ukrytych pod warstwą tynków lub malowideł, a wszechobecny Internet pozwala docierać do rozproszonych źródeł i łączyć dociekliwych badaczy amatorów w prężne społeczności. Dzięki jednej z takich grup odżywa powoli pradawna słowiańska leśna magia.

Nic nie wskazywało na to, że będzie to przełomowe odkrycie. Ot, remont strychu w klasztorze z końca XIII wieku wymuszony koniecznością naprawy dachu. Podczas przygotowań do remontu dokonano jednocześnie inwentaryzacji składowanych tutaj od wieków przedmiotów. W miarę wynoszenia kolejnych klęczników, krzeseł i pulpitów okazało się, że w najdalszej części strychu znajdują się unikaty przeniesione tutaj z dużo starszej, już nieistniejącej części opactwa, które istniało w tym miejscu już od X wieku.

Szczególną uwagę braci zakonnych przykuło faldistorium, czyli składane krzesło, które prawdopodobnie dotarło do opactwa wraz z pierwszymi zakonnikami i było najstarszym zabytkiem w powstałym przez wieki zbiorze. To, co najbardziej zaintrygowało braci Teodozjusza i Hieronima, to skóra, z której wykonano siedzisko naciągnięte pomiędzy nożycowo skrzyżowanymi nogami. Skóra ledwo dała się rozprostować, ale od spodu wyraźnie widać było wyblakłe napisy. Na szczęście krzesło było rzadko używane i dość szybko popadło w zapomnienie na zakonnym strychu, gdzie w ciemnościach i przy w miarę stałej wilgotności i temperaturze napis nie zanikł zupełnie.  Trzy miesiące wytężonej pracy  zaowocowało odcyfrowaniem całego łacińskiego tekstu, który okazał się fragmentem większego opracowania zaginionego przed wiekami. Otóż wiele wskazuje na to, że opat, pod którego przewodnictwem zakon dotarł na ziemie polskie był z zamiłowania etnografem i prowadził szczegółowy dziennik pogańskich obyczajów w przemierzanych krainach. Najwidoczniej jedną z notatek sporządził na jedynym dostępnym skrawku mogącym przyjąć atrament – na odwrocie podróżnego siedziska. Musiała wywołać wielkie emocje, gdyż pismo jest szybkie i nierówne.

Treść po dokonaniu tłumaczenia dotyczyła jakiegoś rytuału związanego z młodymi gałązkami wiązu bądź grabu w trakcie przesilenia zimowego. Otóż pozbawione liści, młode drzewka, a w zasadzie zaledwie gałązki, należy ułamać w taki sposób, aby obrócone ku sobie tworzyły swe lustrzane odbicie. Następnie na leśnej przecince lub łące, którą oświetla wschodzące słońce, należy umieścić gałązki w śniegu w taki sposób, aby główne rozgałęzienia utworzyły zamknięty krąg – „brzuch”, a pozostałe witki – „odnóża” swoistego żuka. Gałązki należy docisnąć do gruntu, aby stężałe resztki drzewnych soków mogły dotknąć gleby. Dalej tekst się urywał, ale brat Teodozjusz wykonał doświadczenie w Wigilię 2015 roku. To, co zaszło później, bracia zakonni długo utrzymywali w tajemnicy, jednak w Internecie wyciekł amatorski film nakręcony telefonem komórkowym przez młodszego brata Hipolita – żuk z gałęzi szybko ukorzenił się, a następnie spod śniegu zaczęły wychylać na powierzchnię jesienne liście. Pory roku zaczęły się cofać. Mimo zniszczenia zarówno nowo powstałych nasadzeń, jak i samego skórzanego siedziska, do dziś pory roku nie powróciły do normy. Śnieg w okresie zimowego przesilenia jest rzadkością, za to jesień próbuje przyjść już w lipcu.

 

 

(kadr ze skasowanego już filmu wykonał Paule B.)

Czas utracony

the temple of time

Pradawny zegar Świątyni Czasu od wieków nie widział swoich wskazówek. Od tak wielu wieków, że nawet najstarsze runy druidów wspominają o nim, jako o zegarze słonecznym. Istnieje jednak legenda, która głosi, że nieustraszony Podróżnik, który odda Świątyni metalowe ręce, będzie mógł przeżyć swoje życie jeszcze raz.

Legendy nie są spójne. Jednak wyznawcy historii wspominającej o wskazówkach słonecznego zegara pradawnej świątyni u stóp wapiennych wzgórz Kapadocji nie ustają w wysiłkach, aby je odnaleźć. Jednym z bardziej znanych znawców tematu był Herbert George Wells. To jemu zawdzięczamy ustalenie pobytu jednej ze wskazówek, a raczej wskazówki, co do tego, czym ta konkretna wskazówka mogła być. Ustalenia Wellsa zdają się potwierdzać szkoccy naukowcy, zwłaszcza językoznawcy specjalizujący się w starogalijskim dialekcie szkockim. Bez wątpienia wskazówką minutową był Claíomh Solais, co można przetłumaczyć jako „miecz światła”. Potwierdzałoby to korelację z zegarem słonecznym. Miecz irlandzkiego boga słońca, Lugha Lamhfhada (Luga Długorękiego) ponoć „jaśniał nocą jak świeca”, co w gruncie rzeczy powinno ułatwiać jego odnalezienie. Prowadzone dotychczas badania w miejscowościach powiązanych z dawnym bóstwem, takich jak chociażby hiszpańskie Lugo, czy szwajcarskie Lugano nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Pewne optymistyczne przesłanki pochodzą jedynie z naszej rodzimej Legnicy, gdzie w latach trzydziestych XX w. odkryto poświęcony Lughowi podziemny kompleks jaskiń i tuneli. Niestety wybuch II wojny światowej przerwał badania, chociaż najstarsi mieszkańcy jeszcze dość niedawno opowiadali o tajemniczych błyskach w jaskiniach i wielkim zainteresowaniu podziemnym kompleksem samego Hermanna Göringa.

Istnieją jednak pewne źródła wskazujące na inny legendarny miecz – słynny Excalibur króla Artura. Jednak w tym przypadku również los „dłuższej ręki” zegara pozostaje nieznany. Poszukiwania na wyspie Man – wiązanej obecnie najczęściej z legendarnym Avalonem – nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Podobnie z niczym wracają kolejne ekspedycje udające się na wyspę Bardsey – innego pretendenta do miana Avalonu, hipotetycznego grobu króla Artura, a także miejsca uwięzienia lub nawet pochówku maga Merlina, który według niektórych wersji legendy miał przechowywać Excalibura po śmierci władcy. Zwolennicy tej teorii wskazują na powszechnie znane mity i podania opisujące „świetliste miecze” w rękach bogów, które stanowią jedynie poetycką nazwę burzowych błyskawic, dyskredytując tym samym Claíomh Solais. Natomiast za samym Excaliburem przemawia jedna z wersji jego nazwy – Caliburn – odczytana niedawno przez znawców kultury celtyckiej jako zbitka łacińskich słów ensis caliburnus, oznaczających „miecz chalibijski”. Wskazywałoby to na lud Chalibów, których ojczyzną była Anatolia – kraina, której centralną część stanowi obecna Kapadocja. Teoria ta byłaby również zbieżna z migracją tychże ludów pod naporem Turków w kierunku dzisiejszej Syrii, skąd pochodzi słynna stal damasceńska, a przecież sam Excalibur prezentuje właściwości charakterystyczne dla tejże właśnie stali. Przyjęcie tej teorii mogłoby prowadzić do drugiej wskazówki – godzinowej. Tę badacze sprzyjający „drodze walijskiej” wiążą z Carnwennanem – sztyletem króla Artura posiadającym moc skrywania w cieniu swego posiadacza. Dodatkowo nazwa dająca się przetłumaczyć jako „biała rękojeść”, również byłaby spójna z legendą o „rękach Zegara”.

Tymczasem Wells i jego poplecznicy wykazują zupełnie inną historię krótszej wskazówki, wywodząc ją od rytualnego sztyletu wyznawców Baala – syryjskiego boga, którego jednym z atrybutów była błyskawica. Wedle badaczy został on użyty w czasach rzymskich przez Brutusa do zabicia Cezara. Potem ślad po nim zaginął.

Bez względu na to, czym naprawdę okażą się wskazówki pradawnego zegara, jedno jest pewne. Badania nie ustaną, gdyż ten, kto „przywróci ręce zegara” będzie w stanie cofnąć czas.

 

(Zegar Świątyni Czasu, niestety jeszcze bez wskazówek, udokumentowała Katrin Manz)

Orkan na Kasztance

orkan na kasztance

Atol, w którym okręty schroniły się przed sztormem okazał się być pułapką. Złoża rudy żelaza pokrywające całą wyspę sprawiały, że kompasy ani żadne urządzenia elektroniczne nie pracowały, a opływające latami atol prądy morskie spowodowały polaryzację obu jego krańców. Brunatna wyspa ledwo wychylająca się ponad poziom morza zachowywała się jak wielki magnes. Statki powoli rdzewiały w pozornie bezpiecznej przystani, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi wewnątrz silnego pola magnetycznego. Załogi czym prędzej porzucały bezużyteczne tony stali i wyruszały w nieznane w nadmuchiwanych pontonach, wcześniej pozbywając się wszystkiego, co wykazywało jakiekolwiek właściwości magnetyczne. W zatoce lądowały kolejno zegary pokładowe i zegarki naręczne, smartfony i hełmofony, klamry pasków i klamerki do bielizny, aparaty fotograficzne i aparaty na zęby, spinki i agrafki, tablice magnetyczne i pamiątkowe magnesy na lodówkę, a przed wszystkim żelazne racje żywnościowe i wegetariańskie puszki z fasolką w pomidorach.

Po podsumowaniu zapasów pożywienia pozwalającego na wyrwanie się z tego przerażającego miejsca okazało się, że przed marynarzami stanęło widmo otyłości w postaci słodkiej pianki, paczek chipsów i aluminiowych puszek ze słodzonymi napojami gazowanymi. Część z nich nie wytrzymała ciśnienia i z okrzykiem „No pain no gain!” rzucała się w gładką toń żelazistej wody o twardości dużo powyżej wartości akceptowalnej dla wypielęgnowanej ekologicznym mydłem i olejkami skóry.

Dwanaście ciężkich godzin wiosłowania aluminiowymi pagajami z plastikowymi piórami trwało wyzwalanie się z zasięgu oddziaływania piekielnego atolu. Kolejne pięć zajęło dopłynięcie do najbliższej wyspy plastikowych śmieci. Załogi pontonów powitały okrzykami radości tony butelek PET, słomek, torebek foliowych i wszelkiego rodzaju bliżej niezidentyfikowanych opakowań. Marynarze z ulgą zanurzali ręce w ławicach polietylenu napawając się szeleszczącymi dźwiękami wydawanymi przez pływający pomnik ludzkiej egzystencji. Pod wieczór każdy z nich ujął w dłonie giętką butelkę po wodzie gazowanej z kapitańskich zapasów, opróżnił kilkoma łapczywymi łykami i dorzucając na pływający stos sztucznego tworzywa przysięgał, że od dziś będzie używał tylko i wyłącznie sztućców jednorazowych, a spodnie przewiązywał nylonowym sznurkiem.

 

(zdjęcie śmiercionośnego atolu wykonała z lotu bambusowego latawca Baukje Slik)

 

Płoty ospałe

ospa płotna

Po ostatnich przypadkach ospy zagrodowej przeciwnicy szczepień płotów wydali oświadczenie, w którym powołują się na badania opłotków wsi Półtorak świadczące jakoby o nabieraniu odporności sztachet, paneli i przeplotów wciągu trzech sezonów od zakażenia. Sugerują jednocześnie „płoty party” z zastrzeżeniem, aby unikać uczestnictwa ogrodzeń betonowych.

Tymczasem wspólne badania Lasów Państwowych i Laboratorium Polowego Pracowniczych Ogródków Działkowych dały alarmujące wyniki. Ponad 70% płotów wiklinowych oraz z innych materiałów przeplatanych, które nie zostały w porę zaszczepione, straciło swój kolor i wytrzymałość mechaniczną wpływając negatywnie na estetykę ogródków i opłotków oraz stwarzając zagrożenie dla życia lub zdrowia kumoszek opierających się o ogrodzenie podczas rytualnej wymiany informacji gminnych w ramach plotek międzysąsiedzkich. Badania terenowe wskazują również, że sugerowana możliwość nabycia odporności po upływie trzech sezonów jest w istocie niemożliwa, gdyż bliższa analiza przypadków podawanych przez organizację StopSzczepPłot jako dowody cudownego ozdrowienia wyraźnie wskazała, że za regeneracją wymienionych w raporcie płotów stała firma Plotex specjalizująca się w wymianie starych ogrodzeń na ich repliki z tworzywa sztucznego produkowanych metodą druku 3D.

Na podstawie listu otwartego Związku Działkowców do wójtów gmin, ci ostatni wydali już zakazy organizowania imprez pod nazwą „płoty party”, a wszelkie transporty starych sztachet są wnikliwie sprawdzane i w przypadku stwierdzenia śladów ospy zagrodowej od razu kierowane do lokalnych kotłowni z przeznaczeniem na opał. W celu zwiększenia wykrywalności i zachęcenia gospodarzy do udziału w akcji „Ospałe płoty palimy, kmioty!” wprowadzono doraźny skup organicznych materiałów płotopochodnych w ramach dopłat unijnych na opał ekologiczny i redukcję odpadów na terenach wiejskich.

Ostrożne szacunki Ministerstwa Środowiska wskazują, że można już mówić o powodzeniu akcji, chociaż w popularnych serwisach aukcyjnych pojawiły się już ampułki z „kolekcjonerską” wersją ospy, którą nieuczciwi właściciele zdrowych płotów wykorzystują w celu otrzymania dopłat na wymianę ogrodzenia na nowe.

 

(Dokumentację laboratoryjną przeprowadziła Sygnaturaeulera2)

Ofiarna twarz

maria z praniem

Wiara nie oferuje zbyt wielu atrakcji młodym ludziom. Polityczne zaangażowanie kleru również nie licuje z wizerunkiem ostoi niepodważalnych wartości. Dlatego też były Karmelita Trzewiczkowy, cukiernik Hipolit Bosy, ogłosił nabór do nowego Kościoła Fejswiktyckiego.

Udział młodzieży w życiu duchowym systematycznie spada. Widać to nawet na przykładzie spotkań kierowanych przede wszystkim do nich samych. W 2004 roku pod bramą-rybą w Lednicy przeszło sto sześćdziesiąt tysięcy młodych osób. Tymczasem od kilku dobrych lat ledwo udaje się zebrać połowę tej liczby – mówi założyciel  nowego związku wyznaniowego.

W dodatku teraz do młodzieży, a zwłaszcza dzieci, trzeba mówić prostym językiem. Czytają bardzo mało, oglądają głównie internetowe produkcje niewiele starszych od siebie  twórców, a dłuższe treści w ogóle omijają. Wszelkiego typu alegorie, odniesienia literackie, czy zapożyczenia z języków innych niż angielski są dla nich kompletnie niezrozumiałe. Ba, często nawet stare potoczne sformułowania traktują dosłownie lub rozumieją opacznie, gdyż brak im podstaw kulturowych pozwalających na właściwą interpretację – Dodaje pan Hipolit, proszący, aby tytułować go Łołpatem (mówiąc to jednocześnie wręcza wizytówkę z napisem „Hi!Polit Boss’y – WOW!path”)

To właśnie tego typu przemyślenia, podczas tradycyjnego niedzielnego omawiania spraw związanych ze zbawieniem dusz w gronie braci zakonnych, pchnęły Hipolita do rozstania się z dotychczasowym powołaniem i powołanie nowego dzieła bożego. W regule nowego kościoła kierowanego głównie do dzieci i młodzieży podkreśla, że najważniejszy jest dla niego język ewangelizacji.

Młodzi dawno zapomnieli, że słowo „katolicyzm” pochodzi od greckiego słowa katholiké, znaczącego tyle, co „powszechny”. Tymczasem obecnie pytana o interpretację tego słowa młodzież wskazuje na konotacje z katem. Nieliczni popisują się erudycją kojarząc człon „licyzm” z licem, czyli twarzą – wspomina Łołpat.

Twarz kata to nienajlepsza nazwa dla kościoła XXI wieku. Co innego twarz ofiarna. Stąd spolszczona nazwa nowej społeczności, która mimo niewielkiej liczby członków ma globalne aspiracje. Faktycznie. Facevictism zdecydowanie lepiej nawiązuje do nowotestamentowych wartości, niż pozostałe zorganizowane oblicza chrześcijaństwa. Powrót do źródeł rozumiany jest tutaj bardzo nowatorsko. W nowo opracowanym katechizmie nie znajdziemy typowych scen biblijnych.

Młodzi przerabiający na biologii partenogenezę pszczół a na geografii sezonowe cofanie się wód Morza Czerwonego, nie wierzą w cuda. Dzięki technologi GPS Mojżesz stał się pośmiewiskiem, gdyż każdy może sprawdzić, że pieszo z Egiptu do Palestyny idzie się tydzień, a rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że po przejściu Morza Czerwonego nie da się błądzić dłużej niż dwa miesiące, żeby dwa razy nie przejść tej samej trasy i nie trafić na Jerozolimę. Co innego życie codzienne. Tutaj możemy pokazać wiarę w działaniu – wyjaśnia cierpliwie Bosy.

Jednym ze sposobów na przybliżenie nowych dogmatów jest teatr. Jego moc w krzewieniu wiary znali i wykorzystywali z dużymi sukcesami Jezuici. Korzystając z tych doświadczeń Hipolit z wiernymi organizują uliczne teatrzyki lalkowe dla dzieci. Przyłączamy się do widowni jednego z takich przedstawień. Dzisiejsze widowisko w oknie tymczasowej siedziby kościoła, prezentowało za pomocą alegorycznie uformowanych tkanin, perypetie Marii matki Jezusa, jej siostry Marii, oraz drugiej siostry, również Marii, które wspólnie przygotowują artykuły higieniczne pierwszej potrzeby dla kobiet z Nazaretu, sprytnie przeplatając opowieść aktualnościami z dzisiejszych krajów trzeciego świata i sytuacji kobiet w patriarchalnym społeczeństwie. Scenę trzykrotnie upadającej pod ciężarem niesionego prania Marii (drugiej siostry Marii) mali widzowie witają z okrzykami zgrozy, ale zaraz na nowo dopingują ją do dalszego wysiłku. Bosy wydaje się być zadowolony z osiągniętego napięcia. Maria dzielnie dociera do swej matki, Anny, która pomaga jej w praniu. Rozlegają się rzęsiste oklaski. Kurtyna z prześcieradła opada, a były zakonnik uśmiechając się do widowni zadaje retoryczne pytanie:

Karmelka?

 

 

(Scenę z Marią niosącą pranie uwieczniła Luisa Berger)

Gąski, gąski do domu

30591972_566874293684005_9152522286404730880_n

Pod koniec kwietnia bostońskie media, nie mniej niż spotkanie przywódców obu Korei, poruszyły losy bernikli kanadyjskiej, czyli kuzynki dzikich gęsi. Gatunek ten pamięta przybycie pielgrzymów z Mayflower na Cape Cod. Dzięki swemu upierzeniu od ponad trzystu lat jest hodowany dla ozdoby parków i ogrodów. Dzięki uciekinierom z hodowli stanowi obecnie najbardziej inwazyjny gatunek kaczkowatych, w samej Europie zaliczany do stu najgroźniejszych gatunków obcych. Zdawałoby się więc, że to gatunek wręcz niezniszczalny, a jednak w tym roku nie pochwalił się jeszcze swym potomstwem, a przynajmniej nie zaobserwowano młodych osobników nad Zatoką Maine.

Zaniepokojeni ornitolodzy amatorzy, wędkarze, miłośnicy nadbrzeżnego joggingu, pracownicy portowi, a nawet niektórzy instagramerzy i blogerzy modowi zaczęli zasypywać kolejne urzędy pytaniami o brak małych puchatych stworzeń zwykle obecnych o tej porze roku niemal przy każdym brzegu rzek, stawów i sadzawek.

Szybko rozprzestrzeniające się plotki urastające do rangi całych teorii spiskowych, obarczające za zaistniałą sytuację, a to zanieczyszczenie wód powierzchniowych, a to efekt cieplarniany, tudzież rosnącą popularność kaczki po pekińsku w lunchowym menu bostończyków, szybko zostały zdementowane przez Bostońskie Towarzystwo Ornitologiczne i Wydział Mechatroniki Massachussets Institute of Technology. W ostatnią sobotę kwietnia oba ośrodki z dumą zaprezentowały opracowanego wspólnie drona pod kryptonimem CASH (Chick Autonomous SHelter), którego głównym zadaniem będzie ochrona piskląt zagrożonych gatunków ptactwa wodnego na całym świecie.

CASH ma kształt dorosłego osobnika z nylonowym upierzeniem do złudzenia imitującym naturalne. Wewnątrz jest wyłożony poliuretanowymi gałązkami i pasmami ligniny nasączonej ekologicznym środkiem przeciwgrzybicznym. Otwór wejściowy przypomina opierzony właz czołgowy, jest to jednak naturalne miejsce na grzbiecie dorosłego ptaka, gdzie szukają schronienia pisklęta. Wewnętrzna aparatura dodatkowo bada kondycję piskląt, ich wagę i ilość, a także umożliwia łatwiejsze obrączkowanie i szczepienia. Wszystkie drony podają na bieżąco swoją lokalizację i są wyposażone w system odstraszania drapieżników.

Trwające obecnie testy na popularnej w tym rejonie bernikli wydają się bardzo obiecujące, gdyż zarówno młode osobniki chętnie korzystają z mechanicznego schronienia, jak też same drony szybko zaadaptowały się wśród dorosłych osobników. To właśnie te prace badawcze odpowiadały za pozorny brak piskląt na bostońskich nadbrzeżach.

Część ornitologów martwi jednak spokojne usposobienie CASHy, niechęć do walk o partnerkę oraz niewzruszenie w obliczu drapieżników. Obawiają się oni, że w przyszłości samice danego gatunku będą preferowały cyborgi nad naturalnych partnerów, co może jedynie przyśpieszyć wymieranie bardziej zagrożonych gatunków.

 

(Historyczną chwilę zaokrętowania gęsiego pisklęcia na CASHa uchwycił Phillyman Pete)

Szepty i kszyki

wisnia japonska uw 2018 03

Szum drzew nie ustawał mimo bezwietrznej pogody. Mało tego. Szum drzew narastał.  Nieruchome korony i bezruch liści nikogo jednak nie dziwiły. W tej części lasu rzadko pojawiali się ludzie. Brakowało ścieżek. Zwarte zastępy ostrokrzewu kolczastego i bataliony pokrzyw skutecznie zniechęcały poszukiwaczy ustronnych miejsc. Amatorów grzybobrania dodatkowo odstraszała krwistoczerwona tablica z napisem „Ścisły Rezerwat Przyrody. Wstęp wzbroniony”.

W promieniu kilku kilometrów nie było nikogo, kto mógłby zwrócić uwagę na wzmagający się szum i podjąć jakiekolwiek działania. Nagrywać. Badać. Zanalizować. Tworzyć teorie. W większości spiskowe. Nazywać fenomenem lub dopustem bożym. Żądać zamknięcia ze strachu przed rozprzestrzenianiem. Żądać swobodnego dostępu w imię dobra ludzkości. Wycinać na relikwie i pamiątki. Klonować. Przesadzać. Rekultywować. Nic jednak takiego nie nastąpiło.

Tymczasem w kierunku lasu przemykały kolejno kszyki, rudziki, kwiczoły i głuszcce. Siadały na gałęziach. Zastygały wśród korzeni. W bezruchu skrzętnie łowiły każdy szmer. A było co łowić. Od drzewa do drzewa maleńkie usta przenosiły ledwo słyszalnym szeptem złowrogie wieści o gąsienicach i ślimakach wgryzających się w liście. O chrząszczach drążących korę. O gryzoniach uszkadzających korzenie.

Nasłuchujące ptaki słuchały jak urzeczone. Szykowała się wielka uczta. Wiosna w pełni ogarnęła rezerwat.

 

(Szepczących drzew nasłuchiwał autor)

Zimowy odlot

powsin 2018 03

Narastający szmer niósł się po lesie. Słońce już od kilku dni coraz śmielej zaglądało w korony drzew, które odpowiadały soczystym zielonym połyskiem. Jednak niżej wciąż królowała czerń mokrej kory i zwiędłych liści z poprzedniej jesieni, rozjaśnianych jasnymi płachtami brudnego śniegu. Drzewa wyraźnie miały tego dość i wyrażały swe niezadowolenie jednostajnym szumem podchwytywanym przez kolejne korony i niesionym wgłąb lasu przez zaprzyjaźnione ptaki.

„Dość zmarzniętych korzeni! Dość patrzenia na własne zbutwiałe liście! Dość bezruchu owadów! Koniec zimowego snu!” Gniewnym poświstom wśród gałęzi towarzyszyły wścibskie złote promienie precyzyjnie wypalające łzawiące dziury w śnieżnych cielskach zalegających w cieniu bezlistnych koron i zmarzniętych pni. Złote promienie muskające zmęczoną, ściemniałą korę  i budzące uśpione w jej szczelinach owady.  Zielona rewolucja przeniosła się z ożywionych koron strzelistych sosen na rozpoczynające pylenie brzozy, a następnie na kolejne pogrążone w mroźnym letargu drzewa liściaste.

Śnieżne cielska spokojnie wytrzymywały kolejne słoneczne igły, czujnie obserwując bezlistne gałęzie. Dopóki widziały przesuwające się po niebie chmury, były dobrej myśli. Wszak w każdej chwili mogło nadlecieć wsparcie. Jeden nocny desant miliardów sześcioramiennych białych kwiatów już nie raz przedłużał leśną okupację o kolejne tygodnie. Tym razem jednak oczekiwania były daremne. Niebo od kilku dni nie gościło żadnej poważniejszej chmury. Na dodatek coś złego zaczęło się dziać w martwych do tej pory ramionach dębów i buków. Na końcach odmrożonych, reumatycznych palców pojawiły się ostre czubki pąków, które rosnąc nabrały kształtu szponów gotowych do rozszarpywania śnieżnych zasp, gdyby te uparły się, że zostaną na dłużej. Na to zima nie mogła sobie pozwolić.

W niedzielne południe, czwartego marca, zapadła decyzja. Wszystkie śnieżne poczwarki na umówiony znak wystawiły do słońca swe umęczone cielska i rozpoczęły proces przepoczwarzania. Godzinę później oślepiająco biały ptak wzniósł się nad lasem, zatoczył koło szukając rodzeństwa, a następnie wyruszył na spotkanie bocianów odnawiających już swe paszporty na libańskich równinach. Pod drzewami ostatnie brudnobiałe kokony wsiąkały bezpowrotnie w spragnioną czarną glebę.

 

(Odlatującą zimę zdołał ustrzelić autor)

Czarne złoto

fake chimney

Bukiet ostrożnie przesuwał się w kierunku światła. mroczny tunel był pełen niemiłych niespodzianek w postaci zapadni, pochylni i wystających z zakamarków ostrzy, na szczęście w większości mocno skorodowanych. Detektyw poprawił na głowie ciemnobrązową fedorę. Przed nim najciemniejszy, częściowo zawalony odcinek, ale dalej powinno być już łatwo. Do wyjścia brakowało niecałych pięćdziesięciu metrów. Pięć minut później brakowało już tylko dwudziestu. Tutaj powinno być łatwiej. Jeszcze jeden skok pod przeciwległą ścianę, żeby ominąć zasuszony szkielet niedoszłego odkrywcy… Nagle kamienna posadzka rozstąpiła się, a Sylwester wydał krótki krzyk zagłuszony hukiem spadających razem z nim kamieni…

Huk kamieni nie ustawał, gdy Bukiet usiadł zlany potem na łóżku w przydzielonym mu na kilka dni pokoju w Lyonie. Przez chwilę dochodził do siebie, a potem rzucił się do okna, aby zlokalizować źródło okropnego dźwięku, który zniweczył jego piękny sen o karierze godnej Indiany Jonesa. Niestety. W bladym porannym słońcu nie zauważył nic, poza cieniem oddalającej się ciężarówki.

Słyszał pan to, monsieur? Spytał przy śniadaniu właściciel mieszkania, emerytowany żołnierz Legii Cudzoziemskiej Francis Bekon (nazwisko po ojcu – kapralu Pierwszej Dywizji Grenadierów z Bretanii). Przez ostatnie tygodnie fréquence mocno się nasiliła…

Hmmm… Odparł wieloznacznie Sylwester. Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Po południu będę w stanie coś więcej powiedzieć.

Oui, oui, bien sûr Przytaknął Francis, który mimo polskich przodków zrozumiał tylko co drugie słowo.

Po południu faktycznie detektyw był znacznie bardziej rozmowny. Wprawdzie przyjechał tutaj na zaproszenie AVPF – francuskiego stowarzyszenia zrzeszającego filumenistów nie tylko znad Sekwany – ale szósty zmysł podpowiadał mu, że hałas uprzykrzający nobliwemu legioniście poranki ma swoje drugie dno. W ten sposób przy kolacji składającej się z żabich udek, bagietki i kilku butelek wybornego Beaujolais obaj panowie ustalili plan na kolejne dni. Pełni dobrej myśli dopijali właśnie ostatnie rubinowe krople gdy za oknem wraz pierwszymi oznakami nadchodzącego brzasku usłyszeli silnik ciężarówki.

Ilość wypitego trunku uniemożliwiła wprawdzie szybkie działanie, ale udało im się wydostać na ulicę w chwili, gdy duża czerwona plandeka znikała właśnie za rogiem sąsiedniej kamienicy.

Sacré bleu!  – Bekon był wyraźnie poirytowany – Patrz monsieur, ta camion na pewno nie spełnia norm écologique! Ile brudu!
Zaraz… to nie spaliny… – Sylwester rozcierał powoli w palcach pył osiadły na chodniku – to… węgiel! – Wykrzyknął tryumfalnie. Idziemy! – zakomenderował.

Dozorcą w kamienicy był stary znajomy Francisa ze służby, dzięki czemu kwadrans później Bukiet w towarzystwie dwóch byłych wojaków zagłębiał się w labirynt starofrancuskich piwnic. Nie musieli daleko szukać. na końcu korytarza usłyszeli kroki i spostrzegli postać z blaszanym wiadrem wspinającą się po schodach ku wyjściu do sąsiedniej klatki schodowej. Akcja przebiegła nadspodziewanie szybko. Francis i Gaston pokazali jakość szkoleń legionistów. Pierwszy rzucił się na wiadro śpiewając Marsyliankę, a drugi w tym czasie rzucił się w przeciwnym kierunku wyłączając światło. Bukiet rzucił soczystą wiązankę.

Pół godziny później, rozcierając obity goleń, detektyw wspierany przez lekko poobijanych towarzyszy broni występujących w charakterze tłumaczy, odpowiadał zwięźle na pytania konstabla. Młody mundurowy ciągle nie mógł uwierzyć, że w środku jego rejonu rozwijała się nielegalna produkcja diamentów wykorzystująca zmodyfikowaną starą prasę do win i nadwyżki z kotłowni węglowej położonej niecałe 100 km do Lyonu.

Ale wciąż nie rozumiem, skąd pan wiedział, że ten węgiel nie służy do celów grzewczych monsieur? – spytał na koniec zakłopotany policjant.
To akurat było proste. W kamienicy tego tu Francisa jest ogrzewanie elektryczne, a komin na sąsiedniej kamienicy, gdy przyjrzałem mu się przez lornetkę, okazał się być atrapą z dykty – Bukiet uśmiechnął się z wyższością.

 

 

Atrapę komina będącą lokalną atrakcją turystyczną uwieczniła Bazyl Lia