Puste miejsce przy stole

kolekcjoner talerzy

– Szanowni Państwo, święta wprawdzie już się kończą, ale my pozostajemy w klimacie pozytywnych wiadomości. Dzisiaj w naszej galerii ludzi pozytywnie zakręconych witamy pana Staszka, posiadacza jedynej w swoim rodzaju kolekcji 813 nakryć stołowych, z których żaden egzemplarz się nie powtarza… Panie Staszku, czy to prawda?

– Niezupełnie. Jakiś czas temu trafiły mi się trzy razy te same talerze z IKEI. Od tej pory nie odwiedzam nowych, ogrodzonych osiedli. Przez to na przykład od kilku lat nie byłem na warszawskiej Białołęce.

– Jakie były początki pańskiej kolekcji?

– To był chyba rok 1967… W zakładowej stołówce z inicjatywy kadrowej, pani Heli, była mała nieformalna pracownicza Wigilia. Byłem już w płaszczu, więc wychyliłem życzenia przygotowane w kubkach do kompotu, a kawałek makowca schowałem do kieszeni. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. Po pracy poszliśmy do sąsiada na świątecznego strzemiennego. Już za bramą zakładu sąsiad zorientował się, że w sumie nie ma czym nas poczęstować, więc najpierw udaliśmy się do pobliskiego baru mlecznego na śledzika, którego zastąpiły pierogi ruskie. Wie pani, bar mleczny śledzi nie podawał. Nawet w śmietanie. Tak więc wstąpiliśmy na śledzika i wzięliśmy ruskie na wynos. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. W ten sposób do mojej przyszłej kolekcji obok klasycznego wzoru z logiem FSO pojawił się gustowny talerz z Lubiany z zielonym rantem i charakterystycznym znakiem przedstawiającym żółte sztućce na zielonym talerzu. U sąsiada po szóstym strzemiennym wziąłem na wynos kiszone ogóreczki. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. Od tej pory co roku, w Wigilię odwiedzałem z początku sąsiadów, potem bliższych i dalszych znajomych. Za każdym razem wychodziłem w jakimś towarzystwie i szliśmy dalej. Zwykle około północy zarówno towarzystwo, jak i odwiedzane mieszkania widziałem po raz pierwszy w życiu. Jednak nikt nigdy nie miał nic przeciw temu, abym wziął coś na wynos. Jak się potem okazywało – razem z talerzykiem. Najczęściej obiadowym.

– To naprawdę fascynująca historia. Życzę więc wytrwałości w kontynuowaniu tego niewątpliwie unikalnego hobby. A czego pan by sobie życzył, panie Staszku?

– Przede wszystkim, aby w narodzie nie umarła tradycja pozostawiania nakrycia dla zbłąkanego wędrowca. Wiem o czym mówię, gdyż wielokrotnie zdarzało mi się nad ranem w pierwszy dzień świąt zorientować, że nie wiem, gdzie jestem. Warto też pamiętać o tym, aby tego wędrowca do domu wpuścić, gdy już nakrycie puste mamy i słychać pukanie do drzwi. Ze swojej strony chciałbym też dodać apel, aby w ten konkretny, świąteczny dzień sięgnąć w głąb szafki i dla tego wędrowca postawić – nawet zdekompletowaną – ale jednak oryginalną zastawę po babci, prababci, lub cioci, byłej kierowniczce domu wczasowego koła gospodyń wiejskich czy chociażby stołówki przy lokalnym GSie.

(Wywiad inspirowany zeszłorocznym żartem spod pióra niezawodnego WILQ)
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s