Stary statek i morze

new-brighton-uk-storm-clouds-gather-above-perch-rock-lighthouse-photograph-phil-noble_reuters

Była ciemna, bezksiężycowa noc. Latarnik sprawdził wszystkie obwody. Przeczytał po raz kolejny prognozę pogody, według której miało być spokojnie przynajmniej do rana. Włączył lampy i zszedł na dół, aby zdrzemnąć się godzinę. Daleko w morze ruszył miarowy, rytmiczny snop światła. Latarnia morska rozpoczęła swą codzienną monotonną pracę.
Nie narzekała na swój los. Burze bywały tutaj wprawdzie gwałtowne, ale nawet wtedy wściekłe fale rzadko opluwały granitowy cypel na tyle wysoko, by zostawić ślad na czerwonej cegle w białe pasy. Tym, co wprawiało latarnię w melancholijny nastrój było poczucie całkowitej samotności. Domyślała się istnienia innych latarni, bo latarnik często rozmawiał z kolegami po fachu przez radio. Wiedziała też, że są to latarnie portowe, a to znaczyło, że w ich otoczeniu, a przynajmniej w zasięgu snopu światła, były inne budynki. Tymczasem na granitowym cyplu nie było nic. Droga wiodąca do niego była długa i ginęła hen, za pasem jałowych skał i wzgórz pokrytych rachitycznymi kolczastymi krzewami. Dalej porośnięte wiecznie zielonym parawanem góry odcinały widok na jakiekolwiek formy cywilizacji. Z pozostałych trzech stron cypel opływały zimne fale Atlantyku. Nawet zwierzęta omijały ten niegościnny kawałek Ziemi, nie licząc małego stada mew zakładającego gniazda co roku w tych samych załomach skał w cieniu latarni.

Lata mijały i latarnia z czasem zaczęła sobie wyobrażać, że jest całkiem sama, a jej promienie to sygnały rozpaczy wysyłane w przestrzeń z nadzieją na odnalezienie innej cywilizacji. Misja godna NASA, ale na pewno z mniejszą szansą powodzenia niż sygnały radiowe przeczesujące kolejne galaktyki. Myśl, że pełni na tym zapomnianym cyplu rolę strażnika tylko dlatego, że trochę ponad sto lat wcześniej rozbił się nieopodal jacht młodego księcia z możnego rodu, który miał pretendować do tronu w rodzinnym kraju daleko stąd, wydawała jej się tak absurdalna, że każdy inny powód był bardziej realny. Wsłuchana w szum fal i skupiona na własnym rytmie obracających się lamp, latarnia nie zwróciła w ogóle uwagi, że światło wraca do niej w regularnych odstępach. To znaczy zauważyła. Gdzieś tam, podświadomie. To się już zdarzało. Już wywoływało przyspieszone bicie elektrycznego serca przekładni obracającej lustra. Za każdym razem okazywało się jednak, że ocean potrafi płatać niewybredne figle, a wysokie fale całkiem dobrze odbijają skupione świało. Po kilku minutach przez otępiałe monotonią warstwy szkła i miedzi zaczęły przedzierać się intrygujące impulsy. Rytm. Rytm świetlnych impulsów. To był całkiem inny rytm. A przecież powinien być ten sam! Skoro nie jest, to skąd w takim razie te odległe błyski? Cóż to za iskra hen, na oceanie naigrawa się z samotnej latarni? Czyżby nowa sztuczka bezwzględnego Atlantyku? Na pewno nie był to statek. Pamiętała jeszcze te nieliczne przypadki, gdy przepływające w zasięgu radia zagubione jednostki wymieniały się suchymi komunikatami z latarnikiem. Ale to było dawno, przed epoką wszechobecnego sygnału GPS. Nie przestając wysyłać swojej jednostajnej wiadomości, latarnia skupiła źrenicę okna dachowego włazu w ciemności, w której pojawiała się odległa jasna plamka tak długo wyczekiwanej cywilizacji.

* * *

Latarniowiec „Jutrzenka” był pełen energii i chęci do pracy. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Jeszcze miesiąc temu rdzewiał przy molo małego rybackiego miasteczka, stanowiąc rzadko odwiedzaną atrakcję turystyczną. Kiedyś dumnie nadstawiał swe burty na uderzenia sztormów u wejścia do lokalnego portu. Swym ostrym światłem nieustraszenie kierował zabłąkane kutry rybackie i statki handlowe ku bezpiecznej przystani miasteczka. Potem jednak przysadzisty statek stracił całą swoją dumę i zapał, gdy w porcie pojawiła się radiolatarnia na stalowej konstrukcji przypominającej małą kuzynkę wieży Eiffla. Stopniowo starzał się i dziczał plując olejem z coraz rzadziej uruchamianych tłoków i jęcząc mechanizmem obrotowego lustra. Czerwoną farbę powoli zastępowała równie czerwona rdza, a szyby latarni matowiały coraz bardziej z każdym rokiem. Zarząd portu coraz częściej wspominał mimochodem, że utrzymanie tego typu gości jest dużym obciążeniem dla tak małej przystani, a ceny złomu ostatnio poszły w górę. „Jutrzence” było jednak wszystko jedno. Miał dość rodzinnych wycieczek, podczas których znudzone potomstwo weekendowych wielbicieli techniki morskiej próbowało odkręcić sobie na pamiątkę drobne elementy wyposażenia, albo przynajmniej wydrapać swoje inicjały jak najbliżej nadbudówki. Pogodził się z myślą o reinkarnacji w postaci puszek konserwowych szprotów i makreli, może nawet pochodzących od rybaków z jego rodzinnej miejscowości. Więc gdy trzy miesiące temu podpłynął holownik, stary latarniowiec jedynie zgrzytnął cicho o nadbrzeże i nie oglądając się na pomost, przy którym stał ostatnie lata, dał się pociągnąć wzdłuż wybrzeża. Po wielogodzinnej podróży ze zdziwieniem zauważył, że wyłaniają się przed nim doki stoczni remontowej. Cztery kolejne tygodnie wydały się mu powrotem do dzieciństwa, gdy nabierał kształtów w małej stoczni na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz czuł się młodo i świeżo. Błyszczał nowymi szybami i świeżym lakierem, dumny z nowoczesnego sprzętu na swoim pokładzie. Nie mógł się już doczekać swojego nowego miejsca pracy.

* * *

Dwa miesiące później „Jutrzenka” przeklinał pogodę na północnym Atlantyku.  Szalejący od dwóch tygodni sztorm sprawiał, że budowa nowej platformy wiertniczej przedłużała się, a jej zakończenie przed zimowym załamaniem pogody było pod znakiem zapytania. Latarniowcowi nie uśmiechało się spędzać kolejnych miesięcy w tym nieprzyjaznym miejscu, z dala nie tylko od szlaków morskich, ale w ogóle od wszelkich znaków życia. No, może nie do końca wszelkich. W pogodne noce, gdy morze było spokojniejsze, daleko na wschodzie można było dostrzec miarowe światło latarni morskiej. Światło latarni. Stary weteran sygnalizacji był wzruszony. Nigdy nie dane mu było pracować w zasięgu innej latarni. Takiej prawdziwej, omiatającej widnokrąg długim promieniem z soczewki Fresnela. Latarniowiec był wzruszony. Tłoki jego wysokoprężnego serca o mocy 650 KM przyśpieszały lekko za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiał się błysk odległej koleżanki. Za każdym razem, gdy zwierciadło kierowało się ku odległemu lądowi, „Jutrzenka” starał się dostarczyć jak najwięcej mocy do tkwiącej na jego maszcie żarówki i słać wiadomość skupioną w długim promieniu. Miała wyrażać tęsknotę i radość z odległego towarzystwa. Minęło kilka dni, zanim zorientował się, że pulsujące światło na horyzoncie, to odpowiedź na jego świetlne telegramy.

* * *

W połowie listopada latarnia nie mogła opanować ekscytacji. Zwierciadło kręciło się jak szalone bez względu na zegarowy mechanizm sterujący wysłużonym silnikiem. Z prowadzonych przez niemal miesiąc rozmów wiedziała, że budowa platformy zostanie przełożona o kilka miesięcy, a latarniowiec czas zimowych sztormów ma przeczekać w najbliższym porcie. A droga do najbliższego portu przebiegała zaledwie pół mili od jej skalnego cypla. Wreszcie się zobaczą! Nie szkodzi, że szaleje sztorm, a prognozy zapowiadają najwyższe fale niewidziane w tym regionie od kilkudziesięciu lat. Światło morskiego przyjaciela było coraz wyraźniejsze, a to oznaczało, że nie zamierza zmieniać kursu. Wreszcie zapadła noc, a ciężkie chmury zetknęły się ze szczytami spienionych fal. Ulewny deszcz ograniczał widoczność ze szczytu latarni do pół metra i zagłuszał nawet trzask sygnalizacyjnych żaluzji. Latarnia zapadła w letarg. Fale coraz wścieklej uderzały o cypel i jej podstawę. Jedno uderzenie było szczególnie mocne i na tyle inne, że wyrwało na chwilę wiekową budowlę ze snu. Nadal jednak nic nie było widać, więc latarnia zapadła ponownie w półsen do rana.

Przejaśniło się dopiero około południa. Wtedy już było jasne co było powodem nocnej pobudki. Gdy tylko uniosła zmęczone nocną nawałnicą żaluzje, latarnia nie posiadała się z radości. Tuż obok, oparty burtą o jej podmurówkę leżał jej pływający przyjaciel. Ciągle obracające się zwierciadło słało w jej kierunku alfabetem Morse’a najmilszą wiadomość, jaką kiedykolwiek widziała:

„No cześć”

 

(Zdjęcie burzowych chmur nad latarnią Perch Rock w New Brighton wykonał fotograf agencji Reuters Phil Noble)
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s