Lato leśnych ludzi

podos

Wiadomości o szeroko zakrojonej wycince drzew w Puszczy Białowieskiej okazały się być mocno przesadzone. Podobnie zresztą, jak całe drzewa. Jak dowiedzieliśmy się ze źródeł zbliżonych do Ministerstwa Środowiska Puszcza Białowieska stanowi jeden z najcenniejszych drzewostanów Europy. Stąd też starania lokalnego nadleśnictwa o jak najszersze jego rozpowszechnianie. W tym celu drzewa z poszczególnych kwartałów są rozmontowywane, pakowane w odpowiednio opisane stosy i wysyłane w rejony niezalesione.

Opatentowana niedawno przez dział badań i rozwoju spółki Lasy Państwowe metoda „repartiacji” drzew łudząco przypomina przygotowanie materiału na tarcicę, jednak nic bardziej mylnego. Poszczególne pnie są najpierw dzielone na partie, numerowane, a następnie przewożone w odcinkach do miejsca przeznaczenia, gdzie następuje ich „re-partiacja”, czyli skręcanie gotowych pni z wcześniej przygotowanych odcinków.

Na zdjęciu udało się uchwycić pas montażowy podczas dostawy kolejnych palet z „drzewami słodowymi” jak je pospolicie nazywają pracownicy leśni zajmujący się ich składaniem. Na pytanie, czy pan Adam Słodowy uczestniczył w pracach nad systemem montażu, otrzymaliśmy informację, z której wynikało, że zbieżność nazw jest przypadkowa. Szyszkownik Stanisław Buhaj podsumował jednym zdaniem:

Praca ciężka panie, to do każdej palety jest skrzynka piwa słodowego, panie, bo inaczej chłopaki by się po lesie rozleźli, coby sklep znaleźć.

Faktycznie, operacja mimo podchmielenia menadżera i specjalistów koordynatorów przebiegała bardzo sprawnie. W ciągu kolejnych trzech godzin od zrobienia powyższego zdjęcia, pas montażowy przestał istnieć, a na jego miejscu szumiał pięknie sosnowy gąszcz. No, może miejscami sosnowe pnie miały brzozowe korony, ale to jedynie dodawało uroku puszczy na emigracji.

 

(rozstawianie drzew uchwyciła Bazyl Lia)
Reklamy

A potem prosto aż do rana

kanał do nibylandii

Tłok na ostrym dyżurze nie był niczym nowym. Zwłaszcza w weekendy. Romuald Gicz, chirurg dyżurny, lubił swoją pracę. Tym razem jednak był bardzo poirytowany.

Siedem strzał w łydkach, trzy rany cięte, dwanaście zadraśniętych kostek i mocne otarcia od sznura… Powariowali ci gówniarze z tym łucznictwem! Tylko skąd ten sznur?

Raport z wieczornego dyżuru powiatowego szpitala prawdopodobnie przeszedłby bez echa, gdyby tylko była to jednorazowa sytuacja. Tymczasem niezwykłe przypadki okaleczeń zaczęły się nasilać. Kulminacja nastąpiła w połowie wakacji, gdy piraci drogowi przystępowali do abordażu z byle powodu, a w miejskim basenie pojawił się krokodyl. Na szczęście nikomu nic się nie stało, gdyż przerażeni dziwnym cykaniem użytkownicy opuścili obiekt podejrzewając atak bombowy.

Wszystkie ślady bezsprzecznie prowadziły na lotnisko w Radomiu. Rzadko używany terminal był oświetlony jedynie w kilku miejscach energooszczędnymi żarówkami. Dziwnym trafem patrząc pod odpowiednim kątem można było odnieść wrażenie, że jest to mapa nocnego nieba pokrytego smogiem Londynu z początku dwudziestego wieku. Nocny stróż oraz nieliczni podróżni zarzekali się, że w pochmurne wieczory przemykają tamtędy podejrzane małe postacie. Słychać także było okrzyki Druga na prawo! i Prosto aż do rana!

Na szczęście cięcia budżetowe zmieniające scenariusz oświetlenia radomskiego lotniska przez pozostawienie jedynie oświetlenia awaryjnego przerwało falę dziwnych  chuligańskich wybryków, których natury prawdopodobnie nigdy nie poznamy.

 

(Inwazję z Nibylandii uwiecznił w 1954 r Thurston Hopkins w cyklu pt. „Street Games„)