Mojry telegrafu

oleg oprisco tkaczka

Wszyscy znają historię Margaret Hamilton, głównej programistki programu Apollo. Wszyscy wiedzą, że u zarania cybernetyki to kobiety programowały komputery. Przecież w niczym to specjalnie nie różniło się od pisania na maszynie. A kobiety na maszynach pisały znakomicie. Bez nich obecna internetowa rewolucja nie dokonałaby się. Albo bardzo odwlekłaby się w czasie. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że już druga połowa XIX wieku miała swoje bezimienne bohaterki całkiem podobnej rewolucji – łączącej świat informacjami przesyłanymi z prędkością elektrycznego impulsu.

Kiedy Samuel Morse wynalazł telegraf z prostym systemem kropek i kresek nikt nie zastanawiał się nad kwestiami technicznymi prowadzenia kabli od miasta do miasta. Owszem, plany sieci kabli powstawały na papierze szybko. Ale tworzyć sieci w terenie… To potrafiły dotychczas tylko pająki. Kłaść żelazne tory – to była prawdziwa praca. Ciężka. Wymagająca siły. A kable telegrafu? Te wymagały całkiem innego podejścia.

Susan, córka wynalazcy długo przyglądała się rysunkom ojca. Gdy przymykała oczy, wydawało jej się, że widzi wzory serwetek, które haftowały z mamą w niedzielne wieczory. Wizja koronek z drutu rozpiętych na wysokich słupach, z kanwą mapy na tamborku z linii kolejowej nie dawała jej zasnąć. Potajemnie przed ojcem, Susan zamówiła na nazwisko jego współpracownika, Alfreda Vaila, komplet 12 igieł według własnego pomysłu. Dopiero siódma kuźnia w Nowym Jorku podjęła się wykonania nietypowego zadania. W tym czasie bednarze dolnego Manhattanu szykowali 12 szpul, które z powodzeniem pomieściłyby całą dzienną produkcję słynnej przędzalni bawełny Bemis w Jackson w stanie Tennessee. W tym czasie panna Morse podczas cotygodniowych spotkań z haftem w pobliskim kościele, z wypiekami na twarzy przedstawiała pozostałym uczestniczkom swój plan.

Dwa tygodnie później drzwi gabinetu Samuela Morse’a rozwarły się szeroko i stanęła w nich jego najstarsza córka, a za którą ustawiły się kolejne, tak samo ubrane panny. Każda miała przewieszoną przez ramię szpulę z kablem, a na ramieniu – igłę o długości ponad pięciu stóp. Dwie godziny później, poprzedzane przez robotników mostowych wbijających wysokie pale, dwanaście telegraficznych prządek rozpoczęło swą precyzyjną pracę. W kolejnych wioskach dołączały nowe, ciekawe świata kobiety. W ciągu niespełna dwudziestu lat świat został połączony gęstą siecią telegrafu. Stąd od krótkich i długich sygnałów do wielogodzinnych ploteczek przez telefon była już bardzo krótka droga.

 

(Zdjęcie stworzył Oleg Oprisco)

Addio pomidory

tomate-noire

Unijne dyrektywy regulujące rynek produktów żywnościowych w wielu wypadkach powodowały pusty śmiech zoologów i botaników. Tak było w przypadku portugalskich dżemów z marchwi, którą na tę okoliczność zaliczono do owoców, czy też w przypadku ślimaków, które we Francji ewoluowały inaczej niż w innych częściach świata i są do tej pory najbliższymi krewnymi sardynek i sardeli. Nie wspominając już o – na szczęście porzuconym – rozpoznawaniu banana jako banana po odpowiedniej krzywiźnie, a nie taksonomii byliny z rodziny bananowatych.

To jednak już przeszłość. Tegoroczne rozporządzenie Komisji Europejskiej do dyrektywy 2012/12/UE z dnia 19 kwietnia 2012 r. odnoszącej się do soków owocowych i niektórych podobnych produktów przeznaczonych do spożycia przez ludzi zawiera wykaz owoców według ich botanicznej systematyki wraz ze wskazaniem stosownego przeznaczenia, metod skupu i przetwórstwa. W ten sposób rozszerzono pojęcie takich produktów jak dżemy, soki, ciasta czy lody jagodowe. Obecnie obowiązująca definicja jagody wywołała euforię w środowiskach naukowych oraz konsternację dietetyków.

Ze zmiany definicji ucieszyły się natomiast punkty skupu runa leśnego wyspecjalizowane w skupie jagód. Jak podaje Głos Raciąża, w gminie tej w latach 2010 – 2015 skupiono łącznie tylko nieco ponad trzy tony jagód. Przy obecnie obowiązującym rozporządzeniu do skupu trafiło już ponad 25 ton, chociaż gmina jest zdecydowanie rolnicza. Gospodarzom nie przeszkadza również fakt, że tegoroczna cena skupu jagód jest wyjątkowo niska, gdyż nie przekracza pięciu złotych za kilogram. Jednak to i tak kilka razy więcej, niż dotychczasowe ceny skupu jagód gatunku Cucurbita pepo czy Cucumis sativus zwanych do tej pory odpowiednio dynią zwyczajną i ogórkiem siewnym.

Ręce zacierają również pracownicy bogatyńskiego zagłębia pomidorowego. Podpisany tydzień temu kontrakt z wytwórnią lodów Kobalt gwarantuje zbyt na zbiory z 20 hektarów szklarni do roku 2020. W trosce o konserwatywne gusta dużej grupy starszych klientów, firma Kobalt zastrzegła w kontrakcie, aby 70% ogólnej masy stanowiła odmiana Indigo Rose, o czarnej, błyszczącej skórce.
Jagody tej odmiany, łudząco podobne do najpiękniejszych okazów borówek, lecz kilkukrotnie od nich większe, znakomicie wpasowują się w aktualną politykę marketingową firmy, w której rozmiar ma wywoływać pozytywne skojarzenia” – komentuje na łamach Agrobiznesu, prosząca o anonimowość właścicielka Kobaltu.

(Zdjęcie czarnych pomidorów zobaczyliśmy tutaj, choć autora nie zdołaliśmy zlokalizować)

Wstężykiem, wstężykiem…

wstężyk ogrodowy

Wytoczona ostatnimi czasy wojna przeciwko kornikom niszczącym Puszczę Białowieską spowodowała ograniczenie aktywności wszystkich chrząszczy z rodziny ryjkowcowatych, a podrodzinę kornikowatych wręcz zmusiła do zejścia do podziemia. I to dosłownie, gdyż od kilku miesięcy entomolodzy obserwują zwiększony udział pędów i korzeni w diecie obserwowanych osobników. Okazuje się jednak, że tak powstała nisza ekologiczna szybko znalazła amatora. Jest nim ku zaskoczeniu entomologów wstężyk ogrodowy. Ten popularny ślimak znany ze swego ogromnego apetytu na liście wszelkiego rodzaju warzyw oraz owocowych krzewów, od pewnego czasu poszerzył swą dietę o dużo trudniejsze w trawieniu fragmenty roślinne – na zdjęciu powyżej uchwycono wstężyka podczas żerowania na sośnie. Łatwo zauważyć wygryziony pas kory i trawiącego we śnie już teraz nie tylko ogrodowego szkodnika.

Nowe kierunki ekspansji płucodysznych mięczaków wywołały euforię u krajowych malakologów. Prowadzący badania taksonomiczne na Uniwersytecie Wrocławskim docent Tadeusz Ślutz-Masłowski jest przekonany, że obserwujemy ewolucję w działaniu.
Dominująca pozycja gatunku ludzkiego dała nam złudne poczucie ustabilizowanej hierarchii w świecie zwierząt. Skupiamy się na wymieraniu gatunków, lecz rzadko zwracamy uwagę na nowych kolonizatorów opuszczonych przez te gatunki ekosystemów. Zjawisko, które aktualnie obserwujemy jest dla nas, zoologów zajmujących się taksonomią, jedyną w swoim rodzaju okazją do badań procesów powstawania nowego gatunku. Można się domyślać, jakie szerokie perspektywy, a jednocześnie zagrożenia dla ekosystemu drzewnego, niesie ekspansja mięczaków na żerowiska do tej pory opanowane przez owady.

Na razie trwają obserwacje na kilku wytypowanych obszarach Puszczy. Na październik bieżącego roku zapowiadana jest również konferencja malakologów z tematem przewodnim dotyczącym zmian w sposobie żywienia wstężyka. Swój udział z odczytami zapowiedziało Towarzystwo Ornitologiczne, zaniepokojone losem dzięcioła czarnego. Czy ten sympatyczny ptak włączy do swej diety skądinąd jadalne ślimaki? Czy następnie rozszerzy swój habitat o łąki i ogrody? Czy też zostanie zmuszony do migracji? Na te pytania na razie nie znamy odpowiedzi.

(zdjęcie z narażeniem kory wykonał Łukasz Pawlicki)

Na zmywaku

śpiący zmywak1

Każdy wie, że jeśli nad ranem w zlewie są niepozmywane naczynia, to oznacza tylko jedno. Kuchenny chochlik Ludwik zastrajkował. Powody mogą być różne. Od tych najprostszych – gdy sterta naczyń grozi zawaleniem, poprzez brak prądu do zasilania zmywarki (w przypadku chochlików z gatunku Ludwik XVII), aż po rażące uchybienia z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy – stary, zniszczony zmywak lub resztki płynu do mycia naczyń. Nie ma jednak nic powszechniejszego niż zwyczajne zmęczenie chochlika. Wyczerpany ciężką pracą na zmywaku mały kuzyn ogrodowych krasnali potrafi przespać czasem nawet parę dni. Pod warunkiem, że ma wygodne legowisko. Na przykład czystą ścierkę do podłogi pod zlewem. Albo żelowe tabletki do zmywarki (ulubione poduszki chochlików z gatunku Ludwik XVII). Lub po prostu nowy, świeży zmywak. Warto pamiętać, że z braku odpowiedniego legowiska Ludwiki potrafią wyruszyć na poszukiwanie takowego, co może niekiedy trwać na tyle długo, że zasadnym będzie zmiana zastawy stołowej na jednorazową.

Ludwiki są dalekimi potomkami chochlików leśnych. Podobnie jak dzisiaj dziki lub niedźwiedzie, przemierzały kurczące się puszcze, a napotkawszy pola uprawne czy łąki rozplątywały snopy zboża lub zaplątywały końskie grzywy i ogony. Po trosze ze złości, po trosze dla zabawy. Wertując wczesnośredniowieczne dokumenty można obserwować ewolucję tych drobnych stworzeń. Część z nich na tyle oswoiła się z gatunkiem ludzkim, że sama zaczęła bądź to zapracowywać na posiłek i miejsce w gospodarstwie – jako domowe skrzaty, bądź też prowadząc wymianę handlową, głównie za znajdowane w skalnych rozpadlinach rzadkie minerały – jako kopalniane gnomy. Najbardziej leniwa grupa chochlików w zamian za barwne stroje i brylantynę do ufryzowanych bród do dziś dzień pilnuje trawników, oczek wodnych czy skalniaczków. To najlepiej znana grupa tworząca od XVIII wieku odrębny gatunek – Crasnalis Gardenis, czyli krasnal ogrodowy.

Były także takie zawody, których mistrzowie chętnie korzystali z pracowitych rąk małych pomocników, przymykając oczy na ich drobne figle. Konwisarze czy płatnerze zatrudniali ich zwykle przy obróbce metali, chociaż potem niektóre cynowe kubeczki były pokryte dziwnymi rysunkami, a w zbrojach zdarzał się innej barwy nit czy też lekko uwierający rycerza rzemień. Jednak do dnia dzisiejszego zachowała się głównie pamięć o małych pomocnikach zecerów i drukarzy. Zwinne, niewielkie istotki chętnie przebiegały po ramkach pełnych ołowianych czcionek z wałkami nasączonymi smolistym tuszem, pod warunkiem, że mogły potem asystować przy czyszczeniu czcionek i degustować stosowany w tej czynności rozpuszczalnik. Oczywiście nie byłyby chochlikami, gdyby co piewien czas nie poprzestawiały kilku czcionek, czy nie odwróciły ramki. Zdziwionym czytelnikom oraz składającym reklamacje kontrahentom drukarze odpowiadali więc zgodnie z prawdą, że wszelkie błędy to „chochlik drukarski”. Stąd do dziś zwrot ten jest używany w stosunku do wszelkich błędów w druku mimo, że przecież dzisiaj cały skład odbywa się komputerowo.

Życie drukarskiego chochlika upływało we wszechobecnym tuszu i oparach rozpuszczalnika. Nic więc dziwnego, że po pewnym czasie młodsze pokolenia zbuntowały się, spoglądając na żyjące wprawdzie nieruchomo, ale za to w luksusach, krasnale ogrodowe. Narastająca w nich niechęć do wszechobecnych plam przerodziła się z biegiem czasu w całkowitą awersję do wszelkiego brudu. Rozpoczęły więc exodus podejmując się pracy „na zmywaku” w karczmach i lokalach z wyszynkiem. Znaczyło to dosłownie, że chochlik siadał na zmywaku w zlewie i odpychając się kończynami jeździł po kolejnych sztukach zastawy, aż tę można było uznać za nadającą się do powtórnego użycia. To właśnie dlatego do dzisiaj zwrot „praca na zmywaku” jest popularny wśród dzisiejszych młodych pokoleń szukających swego szczęścia w emigracji zarobkowej.

Dzisiaj trudno dopatrzeć się podobieństwa między typowym chochlikiem drukarskim, a chochlikiem kuchennym, zwanym potocznie od konsumowanego w dużych ilościach płynu – Ludwikiem. Jednak o ile ten pierwszy zanika i żyje już raczej w zbiorowej świadomości jako rodzaj błędu, o tyle ten drugi stanowi dość istotny element światowej gospodarki wodno-ściekowej. Zdał sobie z tego sprawę Departament Zdrowia i Opieki Społecznej USA powołując w 2014 roku specjalną komisję mającą na celu określenie wpływu populacji chochlików Ludwików na ogólny stan higieny społeczeństwa, a także szanse i zagrożenia płynące z analizy zachowań behawioralnych tej grupy hominidów. Opublikowany na początku bieżącego roku raport podkreślał między innymi konieczność zapewnienia stałego, czystego i wygodnego miejsca spoczynku, które pozwoliłoby lokalnemu chochlikowi zregenerować siły. Firma OTOTO Design podjęła się trudnego zadania zaprojektowania takiego legowiska, które spełniałoby wymogi komfortu samych chochlików, pozwalając przy tym na pewną personalizację. W efekcie powstały miniaturowe łóżeczka z materacami z nowych zmywaków. Pierwsze badania terenowe przeprowadzone na reprezentatywnej grupie Ludwików stanu Ohio pozwalają wróżyć temu projektowi duży sukces, także komercyjny.

(Zdjęcie jak i sam projekt oraz produkt: OTOTO Design)

Koronkowa robota

koronki

Jeszcze nie tak dawno, trzydzieści, nawet dwadzieścia lat temu, każdy szanujący się dom posiadał przynajmniej dwie koronkowe serwety. Pierwsza służyła oczywiście jako obowiązkowe wyposażenie koszyczka ze święconką, który odkurzany raz w roku, przybrany w koronkową szatkę ze wspomnianej serwetki, dźwigał pisanki, cukrowe lub maślane baranki, pęta kiełbasy, kromki chleba, kawałki ciast oraz miniaturowe pojemniczki na sól i pieprz, aby w podniosłej atmosferze zostać skropionym wodą o podwyższonej zawartości pałeczek okrężnicy. Ta serweta dzieliła zazwyczaj los koszyka i widziała światło dzienne raz w roku. Góra trzy, jeśli święconka stała na stole do lanego poniedziałku. Przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt dwa dni pozostawała w ukryciu.

Druga serweta nie widziała różnicy między dniem świątecznym i powszednim. Okrągły rok uczestniczyła we wszystkich najważniejszych chwilach domowników. Tych mniej ważnych też. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, pełniła dyżur na honorowym miejscu w reprezentacyjnym pokoju – leżała na telewizorze. Nie leżała sama. zwykle stały na niej kunsztowne precjoza będące dumą gospodyni domu – wytworne lampki solne, filigranowe figurki z porcelany, eleganckie wazoniki ze sztucznymi kwiatami (żeby nie zamoczyć przypadkiem telewizora), kryształowe koszyczki i misy pyszniące się świetlnymi refleksami niedzielnego słońca, a nawet niekwestionowany diament wśród tych cennych artefaktów – szklana figurka ryby będąca obiektem pożądania wszystkich entuzjastów niedzielnego rosołu przy akompaniamencie „Koncertu życzeń” i powalającego uroku Krystyny Loski.

Szklana ryba zwana popularnie „rybą na telewizor” towarzyszyła nam od zarania dziejów. Nie jest bynajmniej związana z tradycją wczesnochrześcijańską, lecz stanowi rodzaj amuletu symbolizując obfitość. Najstarszą szklaną polską rybę datuje się na drugi wiek naszej ery. Za ciekawostkę należy uznać, że wspomniana prawie dwutysiącletnia ryba znaleziona w grobie młodej dziewczyny jest najprawdopodobniej również najstarszą znaną imigrantką z Syrii. Niestety źródła nie wspominają o modelu telewizora, na którym stała, a sami archeolodzy spekulują, czy kultura wielbarska była na tyle rozwinięta, by produkować programy telewizyjne, czy też ryba stała po prostu na odbiorniku radiowym nastawionym na fale wciąż jeszcze wolnej Europy. Niestety pozostanie to na zawsze w sferze domysłów znawców epoki, gdyż nekropolia padła prawdopodobnie już w piątym wieku ofiarą grabieży. Tutaj naukowcy są zgodni, że za brak odbiorników radiowych bądź telewizyjnych odpowiada wyspecjalizowana szajka złodziei miedzi, która to miedź w ówczesnych czasach była pożądanym surowcem do produkcji brązu na popiersia, pomniki i pamiątkowe tablice.

Niestety, postęp w technice LED oraz przemyśle elektronicznym owocujący płaskimi ekranami plazmowymi sprawił, że trwająca prawie dwa tysiąclecia tradycja szybko wymiera. Telewizory o grubości książeczki do nabożeństwa na potęgę zastępują na ścianach sielskie krajobrazy z jeleniem na rykowisku, a dawne ołtarze niedzielnych obiadów dokonują swego żywota na wysypiskach odpadów niebezpiecznych. Same szklane ryby bądź lądują na strychach, bądź na internetowych aukcjach, gdzie ich ceny z roku na rok spadają. Pracownicy hut szkła z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy te precyzyjne dzieła sztuki stanowiły główny dochód zakładów. Obecnie pozostaje im tylko szlifowanie kryształowych kielichów, przy produkcji których doświadczony hutnik nie jest w stanie pokazać swego kunsztu, co dodatkowo pogłębia depresję tej grupy zawodowej.

Wraz ze zniknięciem szerokich obudów telewizorów oraz wszelkich ozdobnych wytworów sztuki wszelakiej zniknęło również zapotrzebowanie na koronkowe serwety. Te z telewizorów trafiły więc do tych samych szuflad, co ich wielkanocne siostry. Nie mogąc pogodzić się ze stratą codziennego blichtru rozpoczęły buntowanie swych odświętnych krajanek, a następnie za pomocą Internetu rozplatały nici buntu na kolejne domostwa wiosek i powiatowych miasteczek. Bunt zaowocował łączeniem się serwetek w gigantyczne serwety, które poczęły wypełzać z komód i kredensów, a następnie żądne słońca i atencji mieszkańców jęły pokrywać dachy i elewacje dzielnie walcząc przy tym ze ściennym grzybem i eternitem oraz stanowiąc ludową konkurencję dla ekspansywnej techniki graffiti.

Na zdjęciu – koronkowa superserweta oblepiająca dom państwa Staroszków we wsi Roszdoły pod Klętkami w powiecie zarzeckim (woj. małoposkie).

 

(zdjęcie z narażeniem szycia wykonał Łukasz Pawlicki)

 

Oddychanie beztlenowe

zbyt dużo tlenu puszcza b

Ministerstwo Środowiska w opublikowanym pół roku temu szeroko dyskutowanym  raporcie otwarcia zauważyło w końcu bezpośrednią korelację pomiędzy leśnictwem i ochroną przyrody, a jakością powietrza. Jest to zdecydowanie niewątpliwy sukces aktualnego ministra, Jana Szyszko. Jako pierwszy zauważył on, że protokół z Kioto dotyczący ograniczenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery nie uwzględnia stopnia zalesienia krajów sygnatariuszy. W ten sposób wykazał braki elementarnej wiedzy botanicznej członków komisji opracowującej protokół. Prawidłowy przyrost masy drzewnej jest bowiem bezpośrednio związany z przetwarzanym przez drzewa w procesie fotosyntezy dwutlenkiem węgla. Równocześnie procentowy areał lasów w stosunku do źródeł emisji tego gazu cieplarnianego – nie tylko punktowych (źródeł przemysłowych, jak i domowych pieców centralnego ogrzewania), ale także liniowych (drogi) i powierzchniowych (ekologicznie wypalane łąki i pastwiska) – jest w Polsce największy z pośród wszystkich krajów Unii Europejskiej. To oznacza, że potencjał przetwarzania dwutlenku węgla na celulozę jest również bardzo wysoki, a co za tym idzie – także produkcja tlenu jako życiodajnego skutku ubocznego procesu fotosyntezy.

Opracowując wnioski z analiz będących podstawą raportu otwarcia Ministerstwo Środowiska przygotowało także strategię działania na lata 2016 – 2020. Jej podstawą jest zabezpieczenie krajowych zasobów tlenu przed niekontrolowanym przepływem w strefach przygranicznych, zwłaszcza w stronę krajów wysoko uprzemysłowionych, czyli głównie w kierunkach zachodnim, północnym i północno-zachodnim. Tutaj pozostawiono szerokie pole do działania w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego i rozpisano przetarg w trybie „zaprojektuj i wybuduj”. Równocześnie trwają kuluarowe rozmowy w ramach klubów poselskich do Rady Europy nad „kontraktami tlenowymi”, które miałyby być alternatywą do kupowanych pozwoleń na emisję CO2. Wprawdzie kontestatorzy działań Ministerstwa Środowiska powołują się na dane statystyczne, z których wynika, że w Polsce przeważają wiatry zachodnie, co oznacza, że kierunek ucieczki tlenu jest zdecydowanie przeciwny od zakładanych priorytetowych „linii szczelności” jak określa je przygotowywane obecnie rozporządzenie, lecz Departament Ochrony Powietrza i Klimatu nie uważa tego za poważny argument publikując w osobnym raporcie treść bloga Królowa Superstar, z którego jasno wynika, że trend przepływu mas powietrza jest zdecydowanie przeciwny. A ponieważ królowa w Polsce jest tylko jedna, to zgodnie ze stanowiskiem Episkopatu z Madonną dyskutować nie należy.

Przetarg na doszczelnienie granic przed wypływem niezakontraktowanego tlenu za granicę wygrała specjalizująca się w instalacjach dla gazów technicznych (głównie na potrzeby sektora zdrowotnego) firma Instal Rzeszów. Do czasu opracowania dokumentacji i wdrożenia odpowiedniej technologii Ministerstwo zadecydowało w pierwszej fazie o zmniejszeniu stężenia tlenu w powietrzu przez zawieszenie programu walki z krakowskim smogiem oraz przez ograniczenie produkcji tlenu na terenie Puszczy Białowieskiej poprzez redukcję punktów fotosyntezy. Gorączkowe prace nad wdrożeniem fazy pierwszej trwają.

 

(zdjęcie na wdechu wykonał Łukasz Pawlicki)

 

Ogniem i mieczem

Globalne ocieplenie powoduje nieodwracalne straty w przyrodzie. Czasem zdarzają się jednak niespodzianki. Malejący w dramatycznym tempie lodowiec Pico d’Aneto w hiszpańskiej części Pirenejów uwolnił zamarzniętego 1200 lat temu najemnika z armii Roderyka walczącego z wojskami Abd ar-Rahmana. Po przewiezieniu do specjalistycznej kliniki i wykonaniu kilku skomplikowanych operacji neurochirurgicznych trzydziestoletni Wizygota odzyskał siły i postanowił swe nowe życie poświęcić marzeniu, którego nie mógł zrealizować w ósmym wieku, gdy fetysz związany z kobiecymi włosami był karany stosem. Obecnie łączy umiejętność fechtunku i niewinne dziś pragnienia w jedynym w swoim rodzaju zakładzie fryzjerskim.

Niesamowite umiejętności Alfredo Olmedo to wynik długich lat szermierczych zmagań, ćwiczeń i zwykłej szarej codzienności mrocznych czasów, w której fryzury „jak nożem uciął” były na porządku dziennym. Trudna sytuacja najemników wymagała w wielu wypadkach dzielenia włosa na czworo, a przecież wiele razy na takim włosku wisiało ich życie. Sam Alfredo, zwany wtedy jeszcze Aldarykiem, tylko o włos uniknął śmierci podczas swych potyczek z arabską potęgą. I to dosłownie o włos, gdyż włosy w tym czasie miał zaplecione w gruby, nigdy nie myty warkocz. Warkocz, w którym znajdowały się pozostałości jego wędrownych legowisk w postaci patyków, piór, łodyg traw, czy łańcuszków skradzionych uśpionym mocną okowitą hożym dziewojom, z którymi spędzał noce po otrzymaniu żołdu lub spieniężeniu wojennych łupów.

Ten pamiętny dzień, gdy wraz z dwudziestoma innymi najemnikami wyruszył sprawdzić przełęcz w okolicach lodowca Pico d’Aneto zapamiętał na całe życie. W zasadzie po rozmrożeniu pamiętał tylko ten dzień i nieliczne mgliste wyrywki z lat młodzieńczych. Droga była długa i trudna. Marznący deszcz przenikał głęboko pod wełniane peleryny. Zamieniał skalne ścieżki w podstępne zjeżdżalnie, a nieliczne zarośla w błyszczące twory szalonego artysty uprawiającego sztukę nowoczesną w hucie szkła. To właśnie zza jednej z takich kęp karłowatych drzew wyleciały strzały forpoczty armii Maurów. Hiszpańscy najemnicy nie mieli żadnych szans. na wąskiej skalnej ścieżce nie było żadnego schronienia. Jeden po drugim spadali na długi jęzor lodowca. Niektórzy mieli szczęście i zginęli od razu trafieni strzałą, inni przeraźliwym wrzaskiem informowali przeciwnika, że śmierć spotkają dopiero na lodowym rumowisku.

Aldaryk również wrzeszczał jak opętany. Strzała uwięzła w jego warkoczu, gdy obrócił głowę w stronę spadającego towarzysza. Ułamek milimetra dzielił jej ostrze od nabrzmiałej z wysiłku tętnicy szyjnej wojownika. Niestety impet, z jakim uderzyła naszego bohatera oraz odruch bezwarunkowy nakazujący natychmiastowy odwrót sprawiły, że przyszły fryzjer stracił równowagę i runął w ślad za towarzyszami w lodową rozpadlinę. Ostatnie, co zapamiętał, to zamykająca się nad nim biel śnieżnej lawiny wywołanej krzykami pokonanych.

Alfredo do dziś budzi się z krzykiem w środku nocy na samą myśl o zwierających się nad nim masach śniegu i lodu. Dlatego unika w mieszkaniu białego koloru. Jego komplety pościeli są krwistoczerwone, a ceramika w łazience – czarna. Aby przegnać złe wspomnienia nie rozstaje się z gazową zapalarką. Widok płomienia uspokaja go, a zapach palonych włosów klientów przywołuje najpiękniejsze strzępki starych wspomnień wyjątkowo udanego rajdu łupeżczego na bogatą iberyjską wioskę.

Geograficznie Modyfikowane Organizmy

kaktus mi tu wyrośnie

Obserwując z niepokojem sytuację żywnościową w Wenezueli nie sposób nie szanować decyzji rządu o odrzuceniu pomocy humanitarnej. Podkreśla ona jedynie jak bardzo świadomy jest prezydent Nicolas Maduro swojej odpowiedzialności za obecny stan rzeczy i w myśl zasady „sam nawarzyłem tego piwa, więc je wypiję” pogrąża się coraz bardziej podpisując mniej lub bardziej intratne kontrakty, mające na celu oddalić widmo głodu od niezadowolonych obywateli. Według najnowszego raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) część kontraktów jest wysoce innowacyjna, chociaż dokładna analiza dokumentów źródłowych wskazuje, że innowacyjność nie była celem per se.

Na szczególną uwagę zasługują podpisane niedawno umowy barterowe. Jak podaje portal CNN Money, przeżywająca nie tak dawno temu kryzys żywnościowy Jamajka podpisała właśnie tego typu umowę z Wenezuelą, gdzie w zamian za ropę naftową zobowiązuje się dostarczyć usługi i towary w postaci żywności, lekarstw, materiałów rolniczych i budowlanych o równowartości 4 mln dolarów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w aneksie do umowy, gdzie wyszczególnione są wszystkie produkty objęte kontraktem, poszczególne pozycje zawierają tylko jedną nazwę, a mianowicie cannabis sativa. Mimo to premier Jamajki Andrew Holness twierdzi, że właściwości konopi jako materiału konstrukcyjnego są wyraźnie niedoceniane, natomiast zalety zdrowotne tego konkretnego gatunku zostały wielokrotnie potwierdzone przez bardzo niezależnych badaczy. W kwestii żywności Holness wspomniał między innymi znakomite właściwości oleju konopnego. Na pytania dziennikarzy, którzy bazując na obserwacjach znajomych zażywających produkty z konopi w celach medycznych twierdzili, że związki w nich zawarte pobudzają apetyt, co może jeszcze bardziej pogłębić kryzys żywnościowy, premier, skręcając w palcach słynnego jamajskiego jointa, odpowiedział równie słynną jamajską maksymą „Don’t worry about a thing ’cause every little thing gonna be alright”.

Kolejna innowacyjna umowa barterowa została podpisana z Meksykiem, a właściwie z przedstawicielem tego kraju, za jakiego podaje się podpisany pod umową Juan Mejía González. Z umowy wynika, że w zamian za ropę naftową oraz swobodny przepływ towaru na linii Medellín w Kolumbii i Matamoros w Meksyku z wykorzystaniem portu w Caracas, meksykański narodowy koncern C.D.G. (zbieżność do Cartel Del Golfo, podobnie jak nazwisko szefa kartelu Juana Mejía Gonzáleza – całkowicie przypadkowa. Przynajmniej według strony wenezuelskiej) dostarczy żywność ekologiczną o równowartości 2,5 miliona dolarów. Już pierwsza dostawa wykazała różnice językowe między językiem hiszpańskim używanym w Wenezueli, a językiem hiszpańskim obowiązującym w Meksyku. Mianowicie według umowy sporządzonej w języku hiszpańskim w dwóch jednobrzmiących egzemplarzach, według strony wenezuelskiej barterem została objęta dostawa 400.000 ton ogórków, natomiast według strony meksykańskiej obiektem dostawy były przetworzone produkty z lokalnych gospodarstw ekologicznych, które po bliższej analizie okazały się być pozbawionymi kolców, młodymi odgałęzieniami kaktusów z gatunku saguaro, czyli karnegii olbrzymiej. W tym miejscu należy podkreślić wątek polski, gdyż do wykrycia nieporozumienia przyczyniła się wenezuelska Polonia, która z radością przyjęła informację o meksykańskich transportach ogórków i masowo zaczęła nastawiać nowy nabytek do kiszenia w beczkach po ropie naftowej. Niestety okazało się, że nietypowe ogórki zamiast podlegać procesowi kiszenia, fermentują wydzielając duże ilości alkoholu. Większość Polaków, z którymi udało nam się porozmawiać po wykryciu „cucumbergate” zgodnie stwierdziła, że wspomniane ogórki stanowiły nieodzowny element podtrzymywanej skrupulatnie polskiej tradycji, jako że wódkę do ogórków „można panie pędzić ze wszystkiego”. A szanujący się Polak „wódki bimbrem z kaktusa zagryzać nie będzie, bo on nie Ruski przecież”.

Z ostatniej chwili: Ambasada Rosji w Caracas zdecydowanie odcina się od tego, jakoby obywatele rosyjscy byli skłonni zagryzać bimbrem z kaktusa wódkę, jednak na wszelki wypadek attaché kulturalny Grigorij Pierkow nabył cały zapas sfermentowanych kaktusów w celu „przeprowadzenia analizy organoleptycznej w warunkach symulujących tradycyjną rosyjską konsumpcję alkoholu”. Wyniki analizy powinny być dostępne. Terminu nie podano.

 

(Grafikę wykonał KRISTIÁN MENSA)

Tormund Zabójca Loków

Nawet Tormund Zabójca Olbrzyma dba czasem o swój wygląd i zamiast przycinać brodę jak większość zwykłych wojowników nożycami do strzyżenia owiec wspomagając się odbiciem swej fizjonomii w ostrzu topora, oddaje się w ręce profesjonalistów.

Kristofer Hivju grający w serialu „Gra o Tron” Tormunda nie strzyże się w malowniczym zakładzie balwierskim wczesnego średniowiecza, gdzie poza przycięciem brody czy włosów można było także wyrwać ząb czy upuścić krwi. Mimo całej ironii zawartej w tym krótkim filmiku krążącym od wielu miesięcy w Internecie, niewiele osób wie, dlaczego Tormund jednak wybrał właśnie ten, a nie inny zakład fryzjerski. Wprawdzie fryzjerów, zarówno prowadzących biznes rodzinny, jak i należących do międzynarodowych sieci jest w Skandynawii mnóstwo, to jednak istnieje ten jeden jedyny, który ma swoją długą tradycję.

Zakład „Hennes und Män” (w wolnym tłumaczeniu „jej (zakład) i mężczyźni”), w skrócie H&M, został założony prawie 1300 lat temu przez wdowę po niejakim Svenie Ericssonie. Przez wieki specjalizował się w zaplataniu warkoczy w brodach kolejnych pokoleń wikingów, tudzież ostrzeniu toporów, rwaniu zębów i amputacjach. Golenie, a właściwie łamanie tychże pojawiły się dopiero w czasach kontrreformacji. Od czasu Nokii Ericsson (wdowy po Svenie) estetyką bród zajmują się tylko kobiety. To przekazywana z pokolenia na pokolenie tradycja z pilnie strzeżoną tajemnicą techniki fryzjerskiej. Tym razem przekazywana nie tyle po kądzieli ile po toporze, gdyż topory do strzyżenia były tutaj w powszechnym użyciu do lat 80 ubiegłego wieku, gdy zostały niechętnie zamienione na maszynki pod naciskiem kontroli BHP wymaganej dyrektywami ówczesnego EWG.

Na koniec należy wspomnieć, że nazwa zakładu nigdy nie została formalnie zapisana, więc od 1969 roku, po krótkim, acz burzliwym sporze z powstałym rok wcześniej koncernem odzieżowym, praprawnuczka Erickson została zmuszona do zmiany nazwy i to dwukrotnie, gdyż funkcjonująca przez 6 miesięcy, od listopada 1969 do maja 1970 nazwa Nokia (ku czci założycielki zakładu) została zaskarżona przez fiński koncern elektroniczny dawnej fabryki papieru, kabli i wyrobów gumowych. Ze względu na kontrakty koncernu dla energetyki jądrowej, sąd arbitrażowy nakazał właścicielce zakładu rozsądek, a fińska fabryka wyposażyła zakład w nowoczesne oświetlenie. W ten sposób od czerwca 1970 roku zakład nosi nazwę „Monica”.

Dopalacze

dopalacze

Kompot z maku, to typowa staropolska potrawa postna – obok kompotu z suszu konopi indyjskich i brązowego cukru. Zwykle przyrządzany w rodzinnej (czyli bez dodatkowych świadków), świątecznej (po zmroku, by uniknąć przypadkowych świadków) atmosferze (oparach). Serwowany zwykle podczas uroczystości (libacji) w tzw. „strzałach”.
Legendarny „złoty strzał” wprowadzał konesera w świat Świętowita.
Na stałe.

Makowy wywar jest jedną z najstarszych na ziemiach polskich używką będącą obok konopi podstawą obrzędów religijnych czy pogrzebowych. Najstarsze ślady ziaren makowych pochodzące z terenów Wielkopolski datowane są na VI w. p.n.e. Rozpowszechniony przez Scytów obrządek obejmujący gotowanie makowego wywaru przy akopaniamencie jednostajnego szumu potrząsanych rytmicznie suchych makówek w oparach konopnego dymu był prawdziwą przyczyną dużego oporu przed przyjęciem nowej wiary za czasów Mieszka Pierwszego. To właśnie kompromisom wypracowanym podczas wprowadzania chrześcijaństwa na ziemie polskie zawdzęczamy tradycję makowych potraw na Boże Narodzenie. Warto również nadmienić, że w składzie obficie stosowanego podczas kościelnych uroczystości kadzidła, do XVII wieku przeważały mielone suszone liście konopne. Jak ważne były mak i konopie w tradycji wczesnośredniowiecznej Polski świadczy chociażby fakt, że ludność w ramach kompromisu wolała odpuścić sobie noc Kupały, aby zachować możliwość stosowania swych ulubionych używek w obrzędach związanych z nową religią. Możnaby się wręcz pokusić o dość daleko idącą analogię i stwierdzić, że słowiańskie plemiona na terenach Polski były hipisami wieki przed tym, nim to stało się modne.

O ile używanie konopi w celu osiągnięcia stanu pozwalającego na bliższy kontakt z bogiem (bez względu na jego pochodzenie) wymagało jedynie dostępu do konopi i ognia, o tyle z makiem był już związany cały rytuał. Gotowanie maku wymagało zebrania całych makówek ze słomą i użycia przez zbieracza garnka z wodą. Proces był długotrwały, a właściwe stężenie alkaloidów osiągało się dopiero po kilku godzinach. Wystarczający był to czas, aby opracować skomplikowany rytuał mający na celu wykazanie elitarności osób przygotowujących ekstrakt. Lub też wystarczający, by narąbać się z całą wioską miodem i odurzyć konopiami. W zależności od upodobań. Pozostawała zwykle jedna zasada – to zbieracz maku gotował wywar.

Tymczasem barszcz Sosnowskiego gotuje zbieracza. Sauté.

 

(Dopalacze Sosnowskiego rozkminiał graficznie Jarek Kozłowski)