Zabić drozda

THE NORTHERN BLACK-CAPPED GUMCHEWER Design by Brock Davis.jpg

„Wandalizm!” „Zdziczenie!” „Ptasi holocaust!” „Sprzedam opla”. Kolejne numery „Głosu Ciechanowa” wspinały się na coraz wyższe stopnie oburzenia. Wszystko za sprawą martwych ptaków. Zaczęła się wiosna i zaczęły się romantyczne spacery przerywane jednak brutalnym widokiem martwych sikor, drozdów i szpaków. Co więcej ornitologiczne zwłoki ewidentnie nosiły znamiona morderstwa. Ich dzioby były zaklejone substancją jednoznacznie zidentyfikowaną przez wezwanego z Przasnysza weterynarza-patologa, Józefa Wągra, jako „guma do żucia, balonowa”. Warto dodać, że Regionalny Menedżer Sprzedaży firmy Wrigley, Janusz Bąkała, na tę wieść odetchnął z ulgą i używał tego faktu jako argumentu przy podpisywaniu kolejnych umów z kioskami Ruchu.

Sylwester Bukiet zamknął gazetę, wyjął z biurka butelkę „Oddechu Łosia” i nalał sobie porządną porcję do szklanki po herbacie z dzikiej róży, zbieranej własnoręcznie ze starannie wyselekcjonowanych krzewów na tyłach basenów MOSiRu. Staranna selekcja polegała wprawdzie na wyborze krzaków najlepiej ukrytych przed spojrzeniami przechodniów, ale nie zmieniało to faktu, że detektyw był bardzo dumny ze swoich herbacianych mieszanek. Teraz jednak kontemplował barwę ulubionej nalewki i ze zdziwieniem zauważył, że nazwa „herbata” dużo bardziej pasowała do jej barwy, niż do koloru ziołowego naparu, który sączył jeszcze przed godziną z tego samego szkła, osadzonego w gustownym metalowym koszyczku, będącym spadkiem po siostrze stryjenki sąsiada z pierwszego piętra. Potrzebował chwili do namysłu. Rozważania o odcieniach ulubionych napojów znakomicie oczyszczało umysł. Tak prawdę mówiąc, to sam „Oddech Łosia” również znakomicie pełnił tę rolę. Tym razem jednak Bukiet pociągnął zaledwie jeden łyk, gdy jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu sugerującym natchnienie. Chwycił notes, torbę z ulubionym aparatem –  Nikonem F, oraz paczkę sezamków i wybiegł.

Cztery godziny i wypstrykane trzy klisze później detektyw wbiegł do mieszkania i skierował się od razu do łazienki. Kolejne długie minuty wypełniały ciche przekleństwa i zapach wywoływacza. Wreszcie zmęczony Sylwester opadł na kanapę chwytając po drodze z biurka szklankę z niedopitą nalewką. Wyciągnął notes. Pora na podsumowania. W parku Dąbrowskiego wytypował trzech nastolatków żujących intensywnie gumy balonowe. W parku Konopnickiej – kolejnych dwóch. Jego uwagę przyciągnął zwłaszcza jeden, na oko czternastoletni wyrostek. Nie dość, że żuł gumę głośno mlaskając i równie głośno rozdmuchując robione z niej balony, to jeszcze często zmieniał gumę, starą wypluwając w kierunku krzaków – potencjalnych miejsc przebywania małych ptaków. Bukiet zatarł ręce z zadowolenia. Rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. Wystarczy poczekać na dowody – zdjęcia, które aktualnie schły nad bukietową wanną. Nie ma pośpiechu. Rano zebrane zdjęcia zaniesie na komisariat i tam już poprowadzą resztę czynności policjanci z wydziału dla nieletnich.

Ranek był pochmurny. Słońce wyszło zza szarych kłębowisk dopiero przed południem. I zastało Sylwestra Bukieta rozwieszającego po całym mieszkaniu kolejne powiększenia zdjęć parkowej alejki oraz rozłożystej lipy. Nie było wątpliwości. Trzy zdjęcia przedstawiały nastolatków, ale w tle było wyraźnie widać kolejne fazy zbierania wyplutych gum przez wronę siwą. Kolejne dwa przedstawiały tę samą wronę siedzącą na konarze lipy na przeciwko drozda. Na końcu wroniego dzioba formował się… balon. Ostatnie powiększenie przedstawiało ogon spadającego ptaka, znikający za czymś przypominającym wielki snop siana, a będącym powiększoną czupryną jednego z poprzednich podejrzanych. Krótki spacer pod lipę nie pozostawiał wątpliwości – w trawie leżało ciało drozda z dziobem zaklejonym gumą balonową. Sylwester spojrzał w górę. Z grubej gałęzi spoglądała na niego wrona. Triumfalnym wzrokiem.

 

(zdjęcia Bukieta niestety zostały zarchiwizowane w lokalnym komisariacie, ale kluczowy dowód odtworzył Davis Brock w swej pracy THE NORTHERN BLACK-CAPPED GUMCHEWER)

Aba żur

Rays – Disposable Paper Cup Lamp by Chengyuan Wei, Guanyun Wang, Ye Tao, Jianxing Cai, Chao Chen & Xuanxing Yang.jpg

Na podwórku przy śmietniku stoi lampa. Żadna wielce atrakcyjna. Ot, lampa, jakich kiedyś było wiele. Stołowa. Jedna noga toczona na tokarce w różne kule, torusy czy inne wzory przypominające szachowe piony. Lakierowana na ciemny brąz z wysokim połyskiem. Pamiętam taką z dzieciństwa. Ta – wystawiona na śmietnik – ma taki sam abażur. Oczywiście ten, który pamiętam z rodzinnego domu już dawno został zmieniony. Kilka razy. Ten jest oryginalny. Spłowiałe płótno marszczone w harmonijkę na drucianym ściętym stożku o prawie pionowych ścianach – kiedyś żółte, teraz praktycznie w kolorze ecru, ozdobione u góry i u dołu odpadającym koronkowym ornamentem w kolorze starego złota, teraz odbarwionego w wielu miejscach.

Abażur. Wszędzie, gdzie bywałem w dzieciństwie były lampy z abażurami. Małymi i dużymi. Stołowe, nocne, podłogowe. Abażury były najróżniejsze. Te papierowe czy witrażowe były tematem rozmów towarzyskich dorosłych i powodem do włączania piątego biegu galopującej wyobraźni. Papierowe kojarzyły się z Japonią. Albo z Ameryką. Mogły rozpraszać światło w salach szkoleń samurajów czy wojowników ninja. W Ameryce kojarzyły się z nowoczesnymi wnętrzami, do których zaraz wparują Aniołki Charliego. Witrażowe za to – też spotykane sporadycznie w latach 80. – migotały baśniowym światłem, w którym rodzą się wróżki, a elfy prostują swe skrzydła. Najwięcej jednak było tych prostych, z metką Predomu czy innej spółdzielni pracy. Materiałowych. Nasz żółty abażur przepuszczał światło 60 watowej żarówki w sposób, który ogrzewał każdy nieprzyjazny wieczór. Pod abażurem, jak na słonecznej wyspie grzały się szybkie samochody ze stajni Matchboxa lub Majorette. Na co dzień przykrywał lampę stojącą na szafce tej samej wysokości, co sąsiednie biurko, oświetlając przy okazji moje prace domowe. To w sumie nawet nie była szafka, tylko szafkowa, rozkładana maszyna do szycia. Miała okleinę w kolorze lakieru lampki, więc pasują do siebie.
Któregoś wieczoru, podczas zaćmienia księżyca, oglądałem z zapartym tchem czarne niebo, a potem ojciec zdjął abażur i na żarówce – Słońcu oraz jabłku – Ziemi i agreście – Księżycu pokazał mi dlaczego znika srebrny krążek z wieczornego nieba, a zaraz potem, znane do tej pory tylko ze starego atlasu geograficznego ustawienia „Ziemi” – jabłka – pochylonego z ogonkiem jako osią – w stosunku do słońca gdy jest dzień, gdy jest noc oraz czemu zimą jest mniej słońca niż latem.

Jednak lampa bez abażuru, choćby zamieniona opowieścią astronomiczną w Słońce, jest moim zdaniem uszkodzona. Brak jej okrycia, faktury. Bardzo lubię wyciągać światłem faktury. Dlatego też lubiłem ten marszczony abażur. Wciskałem w jego fałdki kolorowe bibuły. Rozsuwałem i zsuwałem materiał. Uwielbiałem ściany pokryte piaskowym tynkiem maszynowym. Wieczorami miękkie światło rozproszone abażurem ożywiało na ścianie miniaturowe cienie wyimaginowanych okrętów, postaci, wzgórz czy miast.

Siedzę na krawężniku i opowiadam tę historię starej lampie. Słucha uważnie, kiwając powoli starym abażurem. Historie lamp są do siebie tak bardzo podobne. Pamiętają wszystkie przeczytane w ich blasku książki. Wyłączane tylko po to, żeby ich światło nie odbijało się w wypukłym ekranie małego telewizora. Przez to czarno-białe filmy są dla nich tylko tłem sobotniej wieczornej drzemki. Zaczynam słuchać opowieści pordzewiałych drutów i naddartego materiału. Lampa pochyla się ku mnie i szumi swoją historię o słonecznej wyspie na szafce, gdzie grzeją się w jej świetle pluszowe niedźwiadki. O zeszytach w trzy linie zapełnianych koślawym pismem. O zaćmieniu księżyca, podczas którego znika abażur, a oswobodzona żarówka przegląda się w pomarańczy…

(zdjęcie pochodzi z materiałów towarzyszących projektowi Rays – Disposable Paper Cup Lamp autorstwa zespołu Chengyuan Wei, Guanyun Wang, Ye Tao, Jianxing Cai, Chao Chen & Xuanxing Yang)