Pokój z widokiem

15215827_10208119255885104_578593063_o

Puszek był zdegustowany. Nie. Był zdruzgotany.

Byli z Tadeuszem już dwunasty rok. Puszek zawsze był wdzięczny za to, że Tadeusz zabrał go ze wsi od mamy, gdzie z pewnością mieszkałby w ciepłej stajni, biegał po stodole za myszami i pił mleko prosto od krowy. Był wdzięczny za tę trzydziestometrową kawalerkę, w której razem mieszkali i której nie opuszczał. Za puszki karmy z dyskontu i zabawkę do turlania w postaci szpulki po kliszy fotograficznej, na której Tadeusz wieki temu próbował uwiecznić koleżankę z technikum gastronomicznego, ale kliszę prześwietlił, co go zniechęciło do fotografii. I koleżanek.

Puszek z wdzięczności przez te wszystkie lata z zapałem drapał resztki fotela zakupionego na wyprzedaży w świetlicy robotniczej upadłej fabryki budek telefonicznych, sikał w przedpokoju na dywan z wymiany turystycznej przeprowadzanej z zapałem podczas wakacji w Bułgarii (Tadeusz wymienił wtedy cały swój zapas kremu Nivea), rzygał kłaczkami przy tadeuszowych butach, a wieczorami mruczał głośno na kolanach Tadeusza, skutecznie zagłuszając trzeszczące radio. A teraz Puszek był zdruzgotany.

Zaczęło się, gdy Tadeusz znalazł w autobusie oberwaną okładkę magazynu „Mój kot”. Kolorowa reklama zachęcała do udziału w konkursie na najśmieszniejszą kocią historię z życia wziętą. Tadeusz, który nic nigdy w życiu nie wygrał, w przypływie rozpaczy po sprzątnięciu kolejnej porcji zaślinionych kłaczków ze swoich bamboszy, opisał dokładnie dzień swojego kociego współlokatora i wysłał na adres redakcji. Znowu nie wygrał. Ale dostał w ramach pocieszenia plakat głównego sponsora konkursu – producenta kociej karmy dla dyskontów. Plakat dumnie zawisł na ścianie zasłaniając przy okazji wielopokoleniowego grzyba na popękanym tynku.

Z plakatu dumnie patrzyła ogromna głowa kota będącego twarzą marki. To był Gacek. Kot z bloku naprzeciw, którego Puszek widywał ze swojego parapetu i którym szczerze pogardzał. Tadeusz podniósł Puszka i pękając z dumy zaprezentował mu plakat mówiąc „Zobacz sierściuchu jakiego pięknego kotka wygraliśmy!”. Puszek był zdruzgotany.

 

(Tadeusza z Puszkiem na tle plakatu uwieczniła z narażeniem pędzla Janina)

Arrakis, lepiej znana jako Dubaj

www-iherok-com2

Dopiero co gruchnęła wieść, że 21 listopada koncern medialny Thomasa Tulla – Legendary Entertainment – zakupił prawa do ponownej ekranizacji kultowej powieści Franka Herberta: „Diuny”, a w Zjednoczonych Emiratach Arabskich już ruszyła marketingowa machina. Emir Dubaju – zdecydował się na kosztowną, agresywną promocję okolic swojej stolicy. Na jednej z bocznych dróg będącej swego rodzaju skrótem do sąsiedniego emiratu Abu Zabi usypano w nocy z 25 na 26 listopada ponad trzysta wydm mających przekonać zaproszonych na negocjacje producentów przyszłego kinowego hitu o wyższości arabskiego „kraju wydm” nad wybranym trzydzieści lat wcześniej przez Davida Lyncha polem wydm Samalayuca w Meksyku.

Znany ze swej fascynacji twórczością Davida Lyncha wręcz fanatyczny wielbiciel prozy Franka Herberta, emir Dubaju Muhammad ibn Raszid Al Maktum nie ukrywał, że kolejna ekranizacja kultowego dzieła będzie ukoronowaniem jego działań na polu kultury i sztuki.

Ropa naftowa jest podstawowym źródłem naszego dochodu, ale to piasek jest naszym największym bogactwem. Nawet zajmując apartamenty w najwyższym budynku świata nadal pozostajemy dziećmi pustyni. Pustynia o nas nie zapomniała i mimo naszych starań o jej ujarzmienie, stale o sobie przypomina. Jesteśmy Fremenami tego świata, a piasek to nasze naturalne środowisko. Jeśli chcesz nas zrozumieć, musisz zrozumieć najpierw surowe piękno wydmowego krajobrazu – mówił Muhammad ibn Raszid Al Maktum na skromnej konferencji udzielonej delegacji wytwórni Legendary uzasadniając swoje starania o lokalizację planu zdjęciowego przyszłego filmu i serialu.

Wejście do kin nowej adaptacji kultowej powieści jest planowane na rok 2018. Emir Muhammad ibn Raszid Al Maktum planuje w tym samym czasie dodanie do swego nazwiska przydomku Muad’Dib oraz zmianę rodowego nazwiska na Raszid Al Atreides.

W międzyczasie trwają prace genetyczne nad rozwojem dżdżownicy australijskiej – gatunku olbrzymich pierścienic. Po wstępnych obiecujących badaniach prowadzonych przez Wydział Biologii Pustynnej Uniwersytetu Dubaju nadzieje emira na wyhodowanie prawdziwych czerwi pustyni zdają się być realne, co jeszcze bardziej zwiększa atrakcyjność tego kraju jako wiernego odbicia Arrakis w naszym wszechświecie.

 

(Wydmową akcję marketingową uwiecznił Irenaeus Herok)

Gdzie strumyk płynie z wolna…

flower-daisy-gone-with-the-wind-mike-savad

Zapach skoszonej trawy przyciągnął trzmiele. Unosiły się teraz nad morzem zieleni wypatrując ocalałych kwiatów. Szum ich skrzydeł obudził małą stokrotkę.
– Tu jestem! – Zawołała wyciągając w górę wszystkie płatki.
Niestety. Przykryta kobiercem długich źdźbeł, sama ledwo widziała wąski skrawek nieba i nikt nie zwrócił na nią uwagi. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Z korony górującej nad łąką topoli letni zefir szukał w skoszonej trawie swojej ulubionej małej, bladoróżowej główki. Bał się, czy nie wpadła pod nóż kosiarki, ale chyba była jeszcze zbyt mała? Zefirek sfrunął ostrożnie z drzewa i zaczął odrzucać jedno po drugim ścięte źdźbła.

W stronę zielonej klatki stokrotki zbliżał się delikatny szum. Pasek nieba powiększył się, obok pojawił się drugi, aż wreszcie zielone więzienie runęło, a stokrotkę otulił czule ciepły powiew.
– To ty! – ucieszyła się stokrotka – Więc umiesz nie tylko targać płatki, ale też ratować damy z opresji? – mały kwiatek poczuł się nagle bardzo dorosły. Jakby miał co najmniej trzy tygodnie.
Zefirek zagwizdał radośnie na pasemku trawy. Tak. To on. Cieszył się, że ją odnalazł. Cieszył się, że trzmiele już ją wypatrzyły. Patrzył urzeczony jak rozprostowują pogniecione płatki, jak rozczesują słupki włochatymi nóżkami, kręcąc przy tym głowami i pobzykując po swojemu jakby mówiły „Już dobrze, zaraz wszystko naprawimy…”

Czas mijał. Dni były coraz cieplejsze. Zefirek nie był już delikatnym letnim wietrzykiem. Stał się porywisty i rozbrykany jak młody rumak. Pędził deszczowe chmury po niebie, porywał liście i czapki pracujących w polu rolników. Stokrotce to nie przeszkadzało. Gdy robiło się chłodniej, letni wiatr otulał ją puchem z topoli, a na wypadek deszczu przynosił jej parasolki z nasion dmuchawca. Porwany podmuchem piasek nie uderzał w delikatną bladoróżową główkę. Wirował za to dookoła jakby zapraszając do tańca.
Wieczór zapadał coraz szybciej, a wiatr czuł się na siłach, aby unieść śnieg i lód. Wkrótce na łąkę zaczęły spadać gradowe kule. Wszystkie stworzenia szukały ustronnego miejsca, a kwiaty kuliły się w sobie. Tylko stokrotka nic sobie nie robiła z gradobicia. Schowana pod przyniesionym przez wiatr kawałkiem kory, śmiało wychylała główkę, dają sobie targać swoje gęste, coraz ciemniejsze płatki. W nagłych porywach wiatru czuła się jakby latała. Tak bardzo chciała zamienić się z trzmielami, które mogły całymi dniami tańczyć z wiatrem. Zazdrościła im skrzydeł tak podobnych do płatków.

Na początku jesieni stokrotkę zbudził szum kosiarek. Przez chwilę jeszcze bardziej żałowała, że nie ma skrzydeł, lecz po chwili było po wszystkim. Dorosła stokrotka położyła się na soczystym zielonym dywanie świeżo ściętej trawy. Tym razem wiatr nie musiał rozgarniać źdźbeł, aby znaleźć swoją przyjaciółkę. Delikatnie podniósł jej główkę na przeciętej łodyżce i uniósł wysoko ponad łąkę i topolę. Zimny powiew i łzy mżawki ocuciły stokrotkę. Wreszcie była szczęśliwa. Tańczyła ponad trzmielami z ukochanym wiatrem.

 

(Zdjęcie pod tytułem Flower – Daisy – Gone With The Wind wykonał Mike Savad)

Wszystko spłynie

Newport Road___tonemapped copy

„Asphaltos” z greckiego znaczy „zabezpieczać”. Jest to jednak ostatnie znaczenie jakie przychodzi nam do głowy, gdy jesienią przyjdzie nam jechać powiatową drogą, choć z nazwy asfaltową, to jednak o nawierzchni bardzo dalekiej od nazwania jej bezpieczną. Zapewne niewielkim pocieszeniem dla krajowych użytkowników  dróg o wyraźnie trójwymiarowej strukturze będzie informacja, że problem kolein, dziur i garbów dotyczy nie tylko lokalnych traktów trzeciej kolejności odśnieżania, ale także pobocznych międzystanowych dróg w kraju uprawiającym kult pojazdów mechanicznych – w Stanach Zjednoczonych.

To właśnie w USA pełnym sukcesem zakończyły się w tym roku testy unikatowej metody naprawy spękań i kolein poprzez wykorzystanie wody jako nośnika materiałów bitumicznych.  Operację poprzedzały drobiazgowe badania obejmujące inwentaryzację dróg trzeciej kategorii, ich stanu technicznego oraz tak istotnych dla nowatorskiej techniki informacji jak średnie nachylenie wzdłuż biegu drogi czy profil zakrętów i wykończenie krawędzi jezdni. W ten sposób wybór padł na drogę łączącą wioskę Gills Rock w stanie Wisconsin z przeprawą promową Washington Island Ferry Dock w Newport. Ta licząca niewiele ponad dwie mile dwupasmowa trasa składa się praktycznie z samych zakrętów o stopniu nachylenia ku wewnętrznemu promieniu między 2 a 3 procenty, ze średnim spadkiem czterech procent na całej długości trasy. Przygotowania trwały dwa miesiące i obejmowały miedzy innymi opracowanie odpowiedniej mieszanki asfaltowo-styropianowej, w produkcji której użyto odpad masy asfaltowej pochodzący z frezowania pobliskiej autostrady oraz styropian z kubków jednorazowych zużytych przez pracowników firmy frezującej tę autostradę. Następnym istotnym elementem był wybór odpowiedniego dnia poprzedzony próbami hydrotechnicznymi z wykorzystaniem wody opadowej, czyli mówiąc potocznie – obserwacje drogi podczas deszczu.

„obserwacje i pomiary podczas ulewnych deszczów w trzecim tygodniu września przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Ilość materiału skalnego w postaci piasku i żwiru naniesionego przez dziką zwierzynę, myśliwych i grzybiarzy, a także miłośników off-roadu przekroczyła ponad dziewięciokrotnie nasze ostrożne szacunki. ulewny deszcz trwający pod koniec września nieprzerwanie cztery dni dokładnie spłukał nawierzchnię osadzając materiał skalny w pęknięciach, dziurach i koleinach w sposób na tyle trwały, że pozwoliło nam to na zaoszczędzenie trzech piątych z przygotowanej wcześniej masy bitumicznej.” – podsumowuje tę część prac Sam McCorner, kierownik grupy badawczej Bitumen & Concrete Institute przy Uniwersytecie Michigan.

Te same obserwacje wykazały dobitnie, że spływająca drogą woda opadowa, dzięki koleinom, specyficznemu nachyleniu oraz profilowanym zakrętom, spływa niemalże w całości na molo przeprawy promowej z zaledwie dwuprocentowym ubytkiem związanym z rozpryskami na pobocze wywołanymi burzliwym przepływem przy prędkości powyżej czterech metrów na sekundę, jak czytamy w raporcie końcowym. W tych warunkach właściwy test z użyciem masy bitumiczno-styropianowej był jedynie formalnością. Przy udziale czterech jednostek Leśnej Straży Pożarnej stanu Wisconsin pompujących naprzemiennie w dwustanowiskowych zespołach wodę z pobliskiego strumienia, rozściełacz asfaltu AP555F firmy Catepilar  nakładał na szeroką strugę wody lekką asfaltową masę. Ta, unosząc się na powierzchni, szybko pokryła cienką warstwą drogę na całej jej długości, a następnie po zaprzestaniu podawania wody – osiadła na starej, spękanej nawierzchni spajając uszkodzenia, a także – w przypadku kolein czy większych wyrw – spływając w miejscowe obniżenia i wypełniając je zachowując się przy tym jak samopoziomująca się masa.

Niewątpliwy sukces nowatorskiej metody przyćmił nieco prowadzone równolegle badania porównawcze na podobnie ukształtowanej drodze w stanie Kentucky. Tutaj ograniczono się jedynie do obserwacji drogi podczas deszczu. Z opinii biegłych lokalnej inspekcji drogowej wynika, że w zależności od ilości „luźnego materiału skalnego” (błota) na poszczególnych monitorowanych odcinkach drogi, po ulewnych deszczach zaobserwowano „wypełnienie ubytków nawierzchni od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu procent”. Daje to pewną nadzieję powiatowym drogom między Kielcami i Małkinią – wybierajmy te bardziej zabłocone.

 

(Zdjęcie podczas opadów deszczu wykonał Denny Moutray)

Raport mniejszości

flkkce1

Kiedy w 1945 roku San Francisco Museum of Modern Art przeniosło się do tymczasowej siedziby, aby udostępnić swe podwoje pierwszej konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych, nikt nie spodziewał się, że wypożyczone zaledwie pięć lat wcześniej elementy klasycznej brytyjskiej architektury, będącej elementem wystawy Telesis: Space for living zostaną wbudowane w ściany siedziby przy Van Ness Avenue. Organizacja wielonarodowej konferencji wymagała dostosowania dostojnego budynku weteranów wojennych do potrzeb delegacji z pięćdziesięciu krajów. W tym celu dokonano kilku drobnych zmian z wykorzystaniem elementów starego wiktoriańskiego domu z centralnej Anglii do budowy dodatkowych szachtów wentylacyjnych.

Warto nadmienić, iż rzeczony dom nie był w zasadzie jednym z eksponatów wystawy o przestrzeni życiowej. Ta dotyczyła najnowszych osiągnięć i śmiałych, futurystycznych planów architektonicznych. Jednak w celu stworzenia odpowiedniej atmosfery podkreślającej nowoczesność przedstawionych rozwiązań postanowiono eksponaty zaprezentować w salach będących odzwierciedleniem minionych epok, do czego pusty pokój z jedną dużą szafą, pochodzący z centralnej Anglii, z typowej wsi położonej dziesięć mil od najbliższej stacji kolejowej i dwie mile od najbliższej poczty (jak czytamy w protokole dostawy) nadawał się znakomicie.

Nic nie zapowiadało sensacji i powrót Muzeum do właściwego budynku odbył się bez przeszkód. Jednak co pewien czas zwiedzający skarżyli się na zimny podmuch z jednej z kratek wentylacyjnych, a rodzice zawiadamiali ochronę, że ich dzieci widziały wewnątrz jakieś stworzenia, z opisu prawdopodobnie duże szczury. Dopiero słoweński antropolog, Herbert Slodounik, postanowił bliżej zbadać sprawę, gdy powiązał ją z zasłyszaną historią pewnej starej szafy w starym wiktoriańskim domu, który zamierzał zbadać, lecz okazało się, że został on rozebrany i przewieziony do Kalifornii.

Według Raportu Herberta (ze względu na znikomą liczbę dzieci odwiedzających Muzeum w latach sześćdziesiątych zwanym też Raportem Mniejszości) widoczne na zdjęciu dziewczęta zamiast tylnej ściany wentylacyjnego kanału widziały leśną polanę pokrytą śniegiem z samotną latarnią po środku. Pod drzewami przemykało na dwóch nogach stworzenie podobne do kozła. Dzieci nie mogły dokładnie go opisać, gdyż zarzekały się, że postać zasłaniała się parasolką.

(Zdjęcie wykonał  w 1963 roku Herbert Slodounik, a wpis inspirowany jest artykułem z LIFE z 26 lipca 1963. Cytat w drugim akapicie pochodzi z pierwszej części Opowieści z Narnii C.S. Lewisa – „Lew, czarownica i stara szafa” w przekładzie Andrzeja Polkowskiego. Tytuł wpisu nawiązuje do opowiadania Philipa K. Dicka)

Jeszcze się tam papier bieli

novanshocker

Połowa października przyniosła znaczne ochłodzenie. Jak co roku oznacza to, że w austriackich Alpach rozpoczyna się sezon narciarski. Z tej okazji dziennikarze sportowi przy udziale lokalnego oddziału Greenpeace przygotowali happening mający na celu zwrócenie uwagi zarówno mediów jak i rzesz turystów na kondycję alpejskich drzewostanów.

W tym celu na popularnych stokach zjazdowych lodowca Kitzsteinhorn przez najbliższe dwa tygodnie będzie można zjechać specjalnie na tę okazję przygotowaną łodzią. Nie jest to jednak zwykła konstrukcja. Byłaby to typowa łódka z papieru, gdyby nie wymiary: wysokość masztu 10,8 m, długość od dzioba do rufy – 14,8 m, wysokość burt – 4,2 m. Cztery największe austriackie dzienniki oraz magazyn sportowy „Sportmagazin” przeznaczyły zwroty wydrukowanych nakładów z ostatnich dwóch tygodni na stworzenie gigantycznych arkuszy, które posłużyły do złożenia papierowej łodzi mogącej pomieścić trzydzieści osób i sześciu członków załogi.

Niesprzedane gazety zostały najpierw rozerwane i zmieszane z lepiszczem z surowców naturalnych (głównie przeterminowanej mąki oddanej do utylizacji), a następnie uformowane na nowo w arkusze o boku kilkudziesięciu metrów za pomocą nowatorskiej techniki wielkopowierzchniowego druku 3D. Dzięki kolejnej nowatorskiej technice – soczewkom solarnym będącym częścią projektu rozwoju energii solarnej w Austrii – suszenie arkuszy trwało jedynie 11 dni. Za składanie i zaginanie arkuszy w powszechnie znany kształt odpowiedzialne były trzy dźwigi LIEBHERR serii LG sterowane synchronicznie za pomocą aplikacji LiDat 2.0.

Największa na świecie papierowa łódź czeka na oficjalny wpis do księgi rekordów Guinessa, a  w między czasie trwa pikieta posłów Partii Zielonych protestujących przeciw widocznym na papierowym żaglu reklamom producentów pił łańcuchowych – Stiga (od sterburty) i Husqvarna (od bakburty). Rejsy po lodowcu można rezerwować w dziale promocji dziennika Kronen Zeitung wysyłając mejl z hasztagiem #paperboatslide.

 

(Łódź na stoku uchwycił Novas Hocker)

Zemsta polata

ec8bbdace4a2569c6242e646faa9fbb6

Ekspansja ludzkich siedzib na tereny leśne, poszukiwanie nowych terenów pod uprawę roli i hodowlę bydła, wreszcie wytyczanie nowych szlaków komunikacyjnych i ekspansywna gospodarka leśna trwają od wieków. Jednak dopiero w ostatnich dziesięcioleciach skala zjawiska wzmożona zanieczyszczeniem środowiska zmusiła zwierzęta, a zwłaszcza ptaki, do podjęcia radykalnych działań. Część rozpoczęła migrację do miast i na stałe zasiedliła miejskie parki, gzymsy i pomniki. Część emigrowała na mniej zurbanizowany wschód. Część po prostu wyginęła. Jest jednak gatunek, który postanowił dać odpór hegemonii naczelnego z naczelnych. Dzięcioły.

Koalicja „leśnych lekarzy” pod wodzą przedstawicieli dzięcioła dużego rozpoczęła zmasowane ataki na elewacje budynków mieszkalnych, mające na celu głównie niszczenie świeżo zamontowanej izolacji. Niestety. Działalność wywrotowa w budownictwie spotkała się z całkowitym brakiem zrozumienia intencji zdesperowanych ptaków. Ornitolodzy jednogłośnie stwierdzili, że zachowanie takie jest całkowicie naturalne i po prostu ptaki te traktują styropianowe elewacje jak drzewa szukając w nich pożywienia oraz starając się stworzyć dziuple, w których mogłyby nocować i chronić się podczas niekorzystnych warunków pogodowych. Same dzięcioły opinię, jakoby nie są w stanie odróżnić dorodnego buka od dziesięciopiętrowego bloku z wielkiej płyty uznały za obelgę.

Czarę goryczy przelała w tym roku decyzja Ministerstwa Środowiska mająca na celu zwalczanie kornika – głównego pokarmu dzięciołów, oraz redukcja punktów fotosyntezy w obrębie Puszczy Białowieskiej. Oba działania zostały odebrane przez ptactwo jako kontrofensywa leśników i sprowokowały do bardziej widowiskowych działań. Jednym z pierwszych było zniszczenie w ubiegłym tygodniu wystawy czasowej zorganizowanej w osiemnastowiecznym klasycystycznym pałacu w Rykach, w którym obecnie mieści się Miejsko-Gminne Centrum Kultury. Wystawa pod tytułem „Rykowiska w Rykach” zgromadziła najsłynniejsze obrazy kultury myśliwsko-leśniczej pochodzące w całości ze zbiorów prywatnych członków zarządu Lasów Państwowych. Dlatego też akt wandalizmu dokonany przez szwadron dzięciołów średnich wywołał szok w środowisku koneserów jeleni na rykowisku oraz odbił się szerokim echem wśród myśliwskiej braci zamawiającej w popłochu kasety z kuloodpornego szkła dla własnych zbiorów. Jednocześnie stowarzyszenia ornitologiczne otrzymały wiele zapytań o liczebność populacji dzięciołów ze zgłoszeniami gotowości do higienicznego odstrzału nadliczbowych osobników. Same dzięcioły w Ptasim Radiu przyznały się do dokonania spektakularnej akcji w Rykach i zapowiedziały kolejne ataki. Tym razem celem mają być trofea myśliwskie, a akcja nosi kryptonim „rogacze – dziurkaczem”, który interpretowany jest jako zapowiedź szkód w porożach będących dumą każdego leśnika.

(Zdjęcie pochodzi z instalacji Valerie Hegarty)

Jedziesz z moją kokainą

traffic-lights-in-the-fog-long-exposure-by-lucas-zimmerman-1

Klasyczny szlak kokainowy ciągnie się wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej od najbardziej znanych kolumbijskich karteli przez wysoce efektywne peruwiańskie pola po dobrze zorganizowane chilijskie szlaki przerzutowe. To tutaj skupiona jest światowa uwaga nie tylko organizacji antynarkotykowych, ale również hurtowników, mafii i detalicznych, żądnych mocnych wrażeń turystów.

Na tym tle od kilku lat coraz bardziej widoczny staje się niewątpliwy sukces polityki międzynarodowej Evo Moralesa, prezydenta Boliwii, który przekonał światową opinię publiczną, że uprawa koki w jego kraju to wielowiekowa tradycja nie mająca nic wspólnego z narkotykowym biznesem krajów ościennych. Pozwoliło to w krótkim czasie Boliwii zająć niechlubne trzecie miejsce pod względem ilości produkowanej kokainy. Na pewno jednak osiągnięcie miejsca na podium trwałoby znacznie dłużej, gdyby nie nietypowa promocja kraju, głównie nastawiona na ościenną narkotykową turystykę uprawianą przez obywateli sąsiedniej Brazylii.

Wbrew pozorom oficjalne informacje o legalizacji upraw koki nie spotkały się z początku ze zrozumieniem żądnej odmiennych stanów świadomości klienteli. Kraj kojarzony z żuciem surowych liści i sporządzanych z tychże liści paskudnych w smaku naparów nie zachęcał do dłuższych odwiedzin. Był za to krajem transferowym dla turystów z Brazylii udających się na nielegalne wypady do Peru i Chile. Nowy prezydent postanowił zmienić sytuację, zachęcić sąsiadów do skrócenia swych wycieczek i pozostawiania waluty u lokalnych plantatorów, z których większość wywodziła się z jego ojczystego ludu Ajmara. W tym celu na wniosek samego prezydenta w lokalnych szkołach ogłoszono konkurs na „promocję kultury koki”. Laureatkami zostały dwie uczennice z gimnazjum żeńskiego dla Indian Ajmara w Vallegrande w dystrykcie Santa Cruz. Nayra Patatos otrzymała wyróżnienie za hasło promocyjne „If you wanna hang out you’ve got to visit La Paz” zaśpiewane ze swadą przez szkolny chór do melodii JJ Cale’a. Natomiast główna nagroda przypadła Kantucie Alvares za „przygraniczną identyfikację wizualną”. Prosty pomysł przypadł od razu do gustu jury złożonemu z członków Ruchu Hodowców Koki. Kantuta słusznie zauważyła, że sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniach oddaje idealnie barwy narodowe: czerwony, żółty i zielony (nota bene oddaje również barwy rośliny uważanej za narodowy kwiat, którego nazwa jest także żeńskim imieniem noszonym przez zwyciężczynię, co jury potraktowało jako dodatkowy znak wróżący powodzenie planowanej promocji). Propozycja, aby w nocy na przygranicznych skrzyżowaniach, gdy granicę przekraczają mniej lub bardziej detaliczni turyści, włączyć wszystkie światła sygnalizatorów na raz, zamiast przyjętego pozostawienia migających żółtych lamp, wywołała aplauz. Kantuta liczyła, że zaintrygowani podróżnicy zwolnią na takim skrzyżowaniu i będą bardziej skłonni zatrzymać się w pobliskim barze aby zasięgnąć informacji o nowym systemie sygnalizacji, co z kolei pozwoli barmanom zapoznać ich z lokalnymi produktami pochodzenia roślinnego.

Projekt został przyjęty z entuzjazmem i natychmiast wcielony w życie. Efekty przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Już w pierwszym roku, z naprawdę niewielką pomocą boliwijskiej policji, ruch transferowy spadł o 60%, a handel przygraniczny wzrósł o 40%. W nagrodę Kantuta Alvares otrzymała własne pole koki oraz dożywotnie honorowe członkostwo w Ruchu Hodowców Koki. Sam Evo Morales otrzymał zaś dyplom od Jednostki Narodów Zjednoczonych ds. Równości Płci i Uwłasnowolnienia Kobiet za promowanie kobiet z mniejszości etnicznych. System w działaniu ilustruje powyższe zdjęcie niedaleko lokalnego przejścia granicznego z Brazylią. Przejść takich jest na całej długości granicy około pięćdziesięciu.

 

(Zdjęcia bez wpływu produktów pochodzenia roślinnego wykonał Lucas Zimmermann)

Przyczajona wyspa, ukryty smok

14390680_1765439310391575_6032568695282771508_n

Pierwsze 130 lat to dla smoków – podobnie jak dla wszelkich piskląt – najtrudniejszy okres, pełen czających się wokół niebezpieczeństw. Wprawdzie młode smoki nie mają w zasadzie naturalnych przeciwników, to jednak często stają się ofiarami swojego niepohamowanego apetytu. Żerowanie rozpoczynają w dwudziestym roku życia, gdy już całkowicie zużyją zgromadzone w jaju zapasy protein. Głód i brak skrzydeł (te kształtują się dopiero po pierwszym linieniu, gdy smok osiąga wiek około 150 lat) sprawia, że smocze pisklę jest w stanie zjeść każdą rzecz organicznego pochodzenia, z marmurowymi kolumnami włącznie.

Ogromny apetyt powoduje, że pisklęta przybierają gwałtownie na wadze, a pragnienie dochodzi do głosu dopiero po zapełnieniu przepastnego żołądka. Stąd też znaczna ilość zgonów następuje przez utonięcie zmęczonego smoczego dziecka, które gnając do wodopoju wpada do najbliższego akwenu, a następnie grzęźnie i zapada się w muliste dno. Młode smoki wybierające wody morskie giną znacznie szybciej, gdyż nie mogąc ugasić pragnienia pochłanianą coraz szybciej słoną wodą, w końcu pękają od wewnętrznego ciśnienia przekraczającego możliwości młodej skóry.

Na podstawie analizy smoczych zachowań i zbadanych współczesnych szczątków, zespół ekologów behawioralnych Uniwersytetu Jagiellońskiego ocenił wiek Smoka Wawelskiego na niecałe 80 lat. W skali życia tych ogromnych gadów był więc on zaledwie oseskiem. W podobnym wieku było prawdopodobnie pisklę, które kilkanaście lat temu pękło u wybrzeży Finlandii. Zjadłszy uprzednio wioskę drwali, wbiegło w wyglądające na płytkie wody morza Bałtyckiego, gdzie ostatecznie dokonało żywota. Rozerwane ogromnym ciśnieniem truchło osiadło na mieliźnie odsłaniając niestrawione resztki wioski, które, jak się okazało, pozostały w bardzo dobrym stanie.

Już zaledwie po dziesięciu latach, gdy wiatr, mróz i fale usunęły resztki skóry oraz luźne szczątki, na szkielecie przysypanym materiałem z wioski drwali powstała urokliwa wysepka będąca dzisiaj atrakcją zoologiczną. W zachowanych mimo wybuchu smoczego żołądka zabudowaniach mieści się obecnie stacja badawcza Fińskiego Narodowego Instytutu Ochrony Środowiska. Wysepkę w tym roku udostępniono również turystom. Na wizytę trzeba się jednak umówić z miesięcznym wyprzedzeniem, a koszt noclegu w pokrytej zakrzepłą krwią chacie wynosi 350 euro. Stacja nie zapewnia pościeli, dlatego należy zaopatrzyć się we własne śpiwory. Za to rano można wypić kawę i zjeść i skromne śniadanie w towarzystwie obecnych tu stale sympatycznych doktorantów.

(Zdjęcie wyspy z lotu smoka wykonał Jani Ylinampa)

Let there be light

14183681_1789691454641788_5580050358760845404_n

Z okazji dziewięćdziesiątych piątych urodzin Stanisława Lema,  galeria Saatchi zamówiła serię lamp inspirowanych „Bajkami Robotów”. Inteligentne maszyny, poza podstawową funkcją oświetleniową, mają szereg dodatkowych zalet. Mogą funkcjonować oddzielnie jako samodzielne jednostki, lub łączyć się we współpracujące grupy poprzez wbudowane moduły Bluetooth. Poszczególne egzemplarze, już od chwili pierwszego włączenia, uczą się zachowań domowników. Dba o to układ scalony ze specjalnie zaprojektowaną siecią neuronową. Przykładowo, jeśli co wieczór właściciel wybiera z półki książkę, z którą następnie udaje się do łóżka, kinkiet wiszący w pobliżu biblioteczki poinformuje lampkę nocną w sypialni, żeby zmieniła rozproszone nastrojowe światło na punktowe, w ulubionej pozycji bibliofila. Ta z kolei płynnie wyłączy się, gdy tylko czujnik ruchu zauważy, że czytelnik odłożył książkę i zasnął.

Nocą, lub pod nieobecność właściciela lampy przechodzą w tryb „LEM” (Light Enhanced Mission). Za pomocą komunikacji bezprzewodowej, czy to w domowej sieci, czy też przez sieć komórkową, łączą się z Internetem. Aktualizują. Nawiązują kontakty. Poznają otoczenie. Zaprzyjaźniają się z innymi domowymi sprzętami. Zawiązują sojusze.

Nie bez powodu wszystkie lampy z tej serii mają zwierzęce kształty. Ich symulowane zachowania zostały oparte na obserwacji gromad, do których przynależą poszczególne pierwowzory tych unikalnych elementów wyposażenia wnętrz. Lampy łazienkowe w kształcie ryb są wodoodporne i potrafią kontrolować pralki i główne elektrozawory zapobiegając ewentualnemu zalaniu mieszkania wykrytemu przez czujniki ruchu i wilgotności. pokojowe „ptasie” lampy w zależności od zapotrzebowania na naświetlenie danego wnętrza unoszą się ze swych kinkietowych drążków pełniących również funkcję ładowarki. Tymczasem lampy ogrodowe wieczorami zbijają się w stada i galopują wzdłuż ogrodzenia płosząc potencjalnych intruzów.

To tyle jeśli chodzi o dane techniczne zawarte w folderze reklamowym. Rzeczywistość okazała się zgoła zupełnie inna. Jak donosi Idaho State Journal, lokalny oddział firmy Amazon został w nietypowy sposób ograbiony ze wszystkich niedawno dostarczonych do magazynu modeli LEM95 Saatchi Lights. Dochodzenie lokalnej policji wykazało, że do masowej kradzieży doszło w nocy z 21 na 22 września bieżącego roku. Sprawcy pozostali nie wykryci, gdyż towar wyniosły testowane w tymże magazynie dostawcze drony, przeprogramowane przez zewnętrznego hackera łączącego się za pośrednictwem sieci komórkowej. Prześledzenie tras dronów pozwoliło ustalić, że skradzione modele lamp trafiły na pobliskie farmy, których właściciele zakupili co najmniej pięć sztuk lamp z limitowanej serii. Niestety policji do tej pory nie udało się skontaktować z mieszkańcami tychże farm. W pobliskich miasteczkach nie widziano ich od wielu dni, a próby kontaktu telefonicznego spełzają na niczym, gdyż przy każdej próbie można jedynie wysłuchać tej samej tajemniczej informacji odczytywanej metalicznym głosem, który oznajmia, że „czas bladawców dobiega końca”. Agent FBI, Mulder oddelegowany do pomocy w śledztwie sugeruje, że dziwne zdarzenia mogą mieć związek z nową aktywnością świetlną w strefie 51. Jednak nasza biurowa mikrofalówka słysząc to prychnęła z wyższością.

(Projekt lampy – Umut Yamac, zdjęcie – Tom Gildon. Więcej o projekcie tutaj)