Puste miejsce przy stole

kolekcjoner talerzy

– Szanowni Państwo, święta wprawdzie już się kończą, ale my pozostajemy w klimacie pozytywnych wiadomości. Dzisiaj w naszej galerii ludzi pozytywnie zakręconych witamy pana Staszka, posiadacza jedynej w swoim rodzaju kolekcji 813 nakryć stołowych, z których żaden egzemplarz się nie powtarza… Panie Staszku, czy to prawda?

– Niezupełnie. Jakiś czas temu trafiły mi się trzy razy te same talerze z IKEI. Od tej pory nie odwiedzam nowych, ogrodzonych osiedli. Przez to na przykład od kilku lat nie byłem na warszawskiej Białołęce.

– Jakie były początki pańskiej kolekcji?

– To był chyba rok 1967… W zakładowej stołówce z inicjatywy kadrowej, pani Heli, była mała nieformalna pracownicza Wigilia. Byłem już w płaszczu, więc wychyliłem życzenia przygotowane w kubkach do kompotu, a kawałek makowca schowałem do kieszeni. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. Po pracy poszliśmy do sąsiada na świątecznego strzemiennego. Już za bramą zakładu sąsiad zorientował się, że w sumie nie ma czym nas poczęstować, więc najpierw udaliśmy się do pobliskiego baru mlecznego na śledzika, którego zastąpiły pierogi ruskie. Wie pani, bar mleczny śledzi nie podawał. Nawet w śmietanie. Tak więc wstąpiliśmy na śledzika i wzięliśmy ruskie na wynos. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. W ten sposób do mojej przyszłej kolekcji obok klasycznego wzoru z logiem FSO pojawił się gustowny talerz z Lubiany z zielonym rantem i charakterystycznym znakiem przedstawiającym żółte sztućce na zielonym talerzu. U sąsiada po szóstym strzemiennym wziąłem na wynos kiszone ogóreczki. Jak się potem okazało – razem z talerzykiem. Obiadowym. Od tej pory co roku, w Wigilię odwiedzałem z początku sąsiadów, potem bliższych i dalszych znajomych. Za każdym razem wychodziłem w jakimś towarzystwie i szliśmy dalej. Zwykle około północy zarówno towarzystwo, jak i odwiedzane mieszkania widziałem po raz pierwszy w życiu. Jednak nikt nigdy nie miał nic przeciw temu, abym wziął coś na wynos. Jak się potem okazywało – razem z talerzykiem. Najczęściej obiadowym.

– To naprawdę fascynująca historia. Życzę więc wytrwałości w kontynuowaniu tego niewątpliwie unikalnego hobby. A czego pan by sobie życzył, panie Staszku?

– Przede wszystkim, aby w narodzie nie umarła tradycja pozostawiania nakrycia dla zbłąkanego wędrowca. Wiem o czym mówię, gdyż wielokrotnie zdarzało mi się nad ranem w pierwszy dzień świąt zorientować, że nie wiem, gdzie jestem. Warto też pamiętać o tym, aby tego wędrowca do domu wpuścić, gdy już nakrycie puste mamy i słychać pukanie do drzwi. Ze swojej strony chciałbym też dodać apel, aby w ten konkretny, świąteczny dzień sięgnąć w głąb szafki i dla tego wędrowca postawić – nawet zdekompletowaną – ale jednak oryginalną zastawę po babci, prababci, lub cioci, byłej kierowniczce domu wczasowego koła gospodyń wiejskich czy chociażby stołówki przy lokalnym GSie.

(Wywiad inspirowany zeszłorocznym żartem spod pióra niezawodnego WILQ)

Bardzo długa baśń na zimowe wieczory

nature-boats

Na skraju województwa, z dala od wielkich, a także całkiem małych miast, leżała spokojna wioska. Niewielka. Taka, którą czasami wszyscy mijamy za oknem samochodu. Ale tylko wtedy, gdy jadąc na wakacje zboczymy  z głównej drogi, żeby ominąć gigantyczny korek. Takie wioski wynurzają się powoli zza drzew. Albo zza pagórków. Czasem wyrastają wśród pól, z domkami wyglądającymi jak rozsypane starodawne figury od dawno zapomnianej gry. Mamy wrażenie, że są w takim miejscu od zawsze. Wszystkie wydają nam się podobne, a jednak każda ma swoją historię. Albo nawet kilka. Niekiedy historie dzieją się właśnie wtedy, gdy w tumanie kurzu przejeżdżamy senną wiejską drogą szukając niecierpliwie znaków wskazujących kierunek do najbliższego miasta. To właśnie wtedy wydarzyła się ta historia.

Na skraju niewielkiej, spokojnej wioski stała stara chałupa. Tuż za nią, nie zważając na spróchniały i częściowo przewrócony płot, zaczynały się pola grochu i fasoli. Pola rozlewały się szeroko po łagodnym stoku wzniesienia, na którym stała wieś. Armia wymierzonych w niebo tyczek była podzielona na regimenty rozdzielone za każdym razem miedzą wyznaczającą granice kolejnych poletek. Rozpędzone zastępy pnączy zatrzymały się dopiero na skraju wielkiego jeziora rozciągającego się u stóp wzniesienia. Na najdalej od wioski położonym poletku piął się dumnie po tyczkach groch. Na skraju pola grochu, na ostatniej, najwyższej tyczce, dorodne strąki pięły się nad wyraz dumnie. W najwyższym punkcie najwyższej tyczki pęczniał z dumy wyjątkowo dorodny strąk. Pęczniał tak całe lato, aż przestał się dopinać w swoim pożółkłym surducie. Szczególnie mocno rozpychało się górne ziarenko, które teraz ciekawie wyglądało na świat przez szparę między łupinami. Pozostałe ziarna rozmawiały tylko o tym, jak mocno praży sierpniowe słońce. I czy strach na wróble dobrze wypełnia swoje obowiązki. I czy cień widziany rano to była wrona? Czy chmura? Ale to nie były interesujące tematy dla górnego ziarenka z najwyższego strąka najwyższej tyczki. To konkretne ziarenko myślało o zupełnie innych rzeczach. I patrzyło w całkiem innym kierunku niż pozostałe ziarenka. Ostatnią tyczkę dzielił od wielkiego jeziora jedynie bardzo wąski pas nigdy nie koszonej trawy. To właśnie to jezioro tak fascynowało młody groch.

Gdy nadszedł czas zbiorów, wszystkie ziarna były bardzo podekscytowane. Kończył się okres ich dzieciństwa. Miały ruszyć w świat, a tam czekała na nie wielka kariera! Padały nazwy wielkich koncernów spożywczych, ktoś wymieniał czołowych producentów paszy. Ziarenka robiły szybki przegląd swoich strąków z niepokojem wyszukując najdrobniejszych śladów rdzawych plamek, które mogłyby zdyskwalifikować zbiory i pogrzebać ich marzenia. Jedynie młode górne ziarenko, zamiast o skupie, traktorach czy puszkach, myślało tylko o wielkiej podróży przez nieprzebyty dotąd przez żadną strączkową roślinę akwen. Tak różny od wielu mniejszych zbiorników, o których od zawsze krążyły po polu różne opowieści. Od zawsze, czyli mniej więcej od kwietnia. Historie przynosiły siadające tu chrząszcze, nabierające siły przed wyczerpującym lotem nad jeziorem. Grzejąc swe chitynowe pancerze w promieniach wschodzącego słońca wymieniały mrukliwie plotki z tak odległych kierunków, jak łąka pod lasem, czy podwórko za oborą. Opowieści te docierały dorastających strąków i tylko pobudzały wyobraźnię małego groszku. Dzięki nim wiedział jakie pułapki czekają ziarenko w przerdzewiałym zbiorniku paliwa starego traktora na tyłach ostatniej chałupy. Wiele razy także analizował niesamowitą historię bohaterskich ziarenek fasoli, które, porwane przez wichurę wraz ze swoim suchym strąkiem, wylądowały w wielkiej kadzi (która okazała się być tak naprawdę starą wanną) lekko kleistej breji codziennie nocą wynoszonej z piwnicy drugiej od końca chałupy. Dziwnym trafem wszystkie owady trafiające w pobliże kadzi leciały dalej lotem mocno zygzakowatym. Bardziej trzymające w napięciu mogły być tylko opowieści o rozbitkach na środku stawu pod lasem. Stawu, na którego powierzchni unosiła się gruba plama połyskująca wszystkimi kolorami tęczy. Plama w której grzęzły małe owady. I nasiona. Mimo wielu historii, których bohaterami były nasiona grochu lub fasoli, żadne ziarenko nie mogło się do tej pory pochwalić przebyciem jeziora. Prawdziwe jezioro, to nie to samo co dużo mniejsze zbiorniki pełne podejrzanych cieczy. Na jeziorze czekały gonione wiatrem wysokie na kilka strąków fale. W jeziorze czekały łakome ryby. Czekał także drugi brzeg. Był jednak tak daleko, że wydawał się złudzeniem. Złudzeniem i obietnicą. Obietnicą zupełnie innego świata. Dlatego właśnie młody groszek postanowił zostać pionierem roślinnego żeglarstwa.

Zbliżał się koniec lata. Na pola ruszyły całe rodziny rolników, aby zebrać wyjątkowo dorodne zbiory. We wszystkich strąkach podniecenie sięgnęło zenitu. Walające się gdzieniegdzie stare puszki po fasolce po bretońsku, groszku w zalewie czy torebki z zapachem zupy grochowej w proszku działały na wyobraźnię. Inne ziarenka prześcigały się w licytacjach czyje zdjęcie ozdobi kolejną partię zupy w proszku lub czyja rodzina wystąpi na etykiecie fasolki po meksykańsku. Ale nie młody groszek z ostatniego strączka. On starał się mocno wtłoczyć w łupiny strąka rozpychając je dodatkowo, żeby wyschły jak najszybciej. Żeby wyschły, zanim on wyschnie. I żeby wyschły wokół niego. I stały się twarde. Jak zbroja.

Słońce prażyło zaglądając do wnętrza ostatniego strąka na najwyższej tyczce na końcu pola. Łupiny rozstąpiły się, zżółkły i stwardniały. Młody chłopak zrywający ostatnie owoce grochu, jedynie potrząsnął tyczką wyłapując lekko podsuszone ziarna. Nie był zainteresowany wyschniętym strąkiem. Nie zwrócił też uwagi, że na samej górze pozostało jedno ziarno. Lekko pomarszczone, nie wiadomo bardziej od słońca, czy z wysiłku, próbując utrzymać się w coraz bardziej oddalających się od siebie łupinach. W końcu pole opustoszało. Rolnicy odeszli, a wraz z nimi – worki pełne ziaren i kosze pełne strąków. Nadchodzący wieczór przyniósł silny wiatr hulający między pustymi tyczkami. Silny na tyle, aby zerwać samotny suchy strąk z ostatniej tyczki. Na to właśnie liczył młody groszek. Chwilę się tylko wahał, której łupiny ma się trzymać. Wiatr oderwał je od siebie, by po kilku minutach szalonego tańca kilka metrów nad ziemią i wodą, położyć je delikatnie na tafli jeziora dobre dwadzieścia metrów od brzegu. Teraz nie było już odwrotu. Łupina z odważnym ziarenkiem kołysała się na wywołanych wiatrem falach, z minuty na minutę coraz bardziej oddalając się od oznaczonego tyczkami krańca znanego mu wzniesienia.

Wiatr ucichł tak samo nagle, jak się pojawił. Zawstydzone widokiem nagich tyczek słońce powoli znikało za horyzontem, z każdą minutą czerwieniejąc coraz bardziej. Nie zapomniało jednak, aby sprawdzić ostatnimi ciepłymi promieniami, czy wszystkie stworzenia szykują się na przybycie nocy. Długa smuga w odcieniu miedzi odprowadzała samotną grochową karawelę dryfującą ku nieznanym lądom. Jej samotny kapitan, następca Kolumba, z przyjemnością grzał swój okrągły brzuszek. Słoneczne ciepło przypominało mu dopiero co opuszczony dom i dodawało otuchy przed daleką podróżą. Małego podróżnika zaczęła powoli ogarniać senność, gdy jego łódka zachwiała się, a nad okrągłym brzuszkiem rozciągnął się podłużny cień. Groszek natychmiast oprzytomniał. Na drugim końcu połówki strąka siedziała przepiękna ważka. Jej lotniczy skafander w kolorze lazurowego, bezchmurnego nieba odcinał się jasną kreską na tle ciemnej wody jeziora. Wielkie oczy patrzyły ciekawie na dzielnego żeglarza.

– Dobry wieczór – Zagadnął groszek po chwili potrzebnej, aby oswoić się z nieproszonym gościem.
– Bardzo dobry – odpowiedziała ważka i natychmiast spytała – Co robisz tak daleko od brzegu? Jesteś przecież ziarnem.
– Jestem groszkiem – oburzył się groszek, ale dodał nie bez dumy w głosie – Zamierzam przepłynąć jezioro!
– Musisz być bardzo odważny. Nigdy nie widziałam, żeby jakieś ziarno chciało przepłynąć jezioro. Gdzie konkretnie płyniesz?
– No… na drugi brzeg… Zawsze o tym marzyłem… – Pytanie ważki trochę zbiło z tropu właściciela żółtej łodzi.
Ważka uśmiechnęła się, a przynajmniej tak się groszkowi wydawało.
– Musisz wiedzieć mały Groszku, że nasze jezioro jest właściwie okrągłe. Jak ty. Nie znajdziesz tutaj drugiego brzegu. Są tylko różne miejsca na brzegu tego samego jeziora. Czemu w ogóle marzysz o drugim brzegu? Czy gdybyś toczył się w zawodach ziaren też marzyłbyś o drugim miejscu?
– No… nie… Chciałbym być pierwszy… Ale wiesz, to nie to samo! – Groszek czuł się trochę zdezorientowany.
– Może nie to samo. A może jednak tak – powiedziała w zamyśleniu ważka – Gdy będziesz myślał o celu twojej podróży jako czymś ”drugim”, to poddasz się, gdy tylko napotkasz jakieś trudności. A gdy się poddasz, to zawrócisz. Zawrócisz na brzeg, który nazywasz w myślach pierwszym. Musisz uwierzyć, że jest tylko jeden brzeg. I to jest ten, do którego aktualnie starasz się dopłynąć.
– Chyba rozumiem. Dziękuję – wyszeptał zamyślony groch.
– Słońce już prawie zaszło. Muszę wracać na swój brzeg. Byłam bardzo ciekawa co tak daleko od brzegu robi otwarty strąk. Cieszę się, że cię poznałam, ziarno zwane Groszkiem.
– Też się cieszę. Do widzenia! – krzyknął groszek za oddalającą się bezgłośnie, ważką, która w locie wyglądała jak helikopter do oprysków, który wiosną zawitał nad wzgórzem.

„Ziarno zwane Groszkiem”. Brzęczało w zielonej główce.

„O rany! Ona myślała, że mam tak na imię…” – Myślał intensywnie groszek. Po chwili stwierdził, że on też myśląc o ważce myśli o tej konkretnej, którą poznał. I nie ważne, że są inne ważki. Wśród groszków i fasolek od tej pory będzie znana tylko ta jedna. Gdy oczywiście groszek zakończy swą podróż i o niej opowie innym. Gdzie i komu – tego jeszcze nie wiedział, ale miał nadzieję, że na pewno jakaś okazją się przytrafi. „Zaraz” – myślał dalej – „Ważka też zna tylko mnie. Inaczej wiedziałaby, ze jestem groszkiem. Dla niej jestem Groszkiem. W sumie, czemu nie? Hurra! Mam imię!”.

Gdy księżyc rozpoczął ciekawską wycieczkę po jeziorze, nie spotkał już łódeczki z groszkiem. Zamiast tego na sennych falach podrygiwała dumnie strąkowa fregata niosąca kapitana Groszka. We śnie kapitan uśmiechał się. I nigdy już nie pomyślał o sobie jako o zwykłym ziarenku grochu. Był Groszkiem. Tym Groszkiem.

Minęła noc. Monotonne skrzypienie obudziło okrągłego żeglarza z wywołanego rytmicznym kołysaniem snu o podbojach dalekich krain. Takich, jak na przykład oddalona od pola grochu o dobre pół kilometra łąka, na której pasły się cztery łaciate krowy. Albo zaczynający się za polem fasoli młody, świerkowy zagajnik. Teraz jednak krainy te rozmyły się w nieznośnym dźwięku. Irytujące skrzypienie nie ustawało. Sny rozpierzchły się na dobre. Groszek rozejrzał się. Łódź stała w cieniu czegoś ogromnego. Cień to zanurzał się, to wynurzał powoli. Tuż przy jego małej łupinie. Dopiero gdy usłyszał głosy ludzi, pod których krokami ogromny cień zakołysał się i zaskrzypiał głośniej, zrozumiał, że jego statek oparł się o burtę drewnianej łodzi. Nie zdążył się nad tym głębiej zastanowić, bo łódka odbiła od brzegu pociągając za sobą przyklejone do burty grochowe czółenko. Słońce dopiero wschodziło i widać było wyraźnie kładące się w oddali na wodzie długie cienie tyczek grochowych. Groszek zmartwił się. W nocy fale zniosły go w bok, ku trzcinom. Nie przepłynął więc jeszcze nawet połowy jeziora. Jednak już godzinę później wystawiał swój okrągły brzuszek na wiatr zadowolony, że łódka wędkarzy coraz bardziej zbliża się do środka tego małego oceanu. Niestety. Jego radość nie trwała długo. Wędkarze przestali wiosłować, zarzucili wędki i zasiedli w łódce ani myśląc o tym, aby dostać się na drugi brzeg.

– Nie. Nie na drugi. Na przeciwległy – poprawił się szeptem Groszek.

Nastała cisza. Jedynie co pewien czas łódka drgnęła mocniej, gdy któryś z wędkarzy zdrętwiał i zmieniał pozycję. Nierówne kołysanie spowodowało, że łupinka zaczęła powoli odrywać się od drewnianej burty. Jeszcze kilka wahnięć łodzi i  grochowy okręt uwolnił się na dobre, a odległość od wędkarzy zwiększyła się do dwóch metrów. Przez kilka minut nic się nie działo.  Potem jednak przy strąkowej burcie pojawiło się kilka drobnych pęcherzyków powietrza. Groszek wychylił się zaintrygowany. Coraz większe bąbelki tak go zaciekawiły, że przechylił niebezpiecznie całą łódkę. Całkiem spory bąbel powietrza uderzył w strączek dokładnie za wychylającym się ziarenkiem. Strąk przechylił się mocno na jedną burtę i Groszek wylądował w wodzie. Zanim zdążył sobie zdać sprawę ze zgubnych skutków swojej ciekawości, spod wody wystrzeliła paszcza i połknęła małego śmiałka. Ryba nie dała się nabrać na chlebowe kulki zaciśnięte na wędkarskich haczykach. Wybrała coś, co jej zdaniem przypominało owada. Srodze się jednak zawiodła. Rozczarowana zdobyczą ruszyła czym prędzej ku odległym gąszczom tataraku na wymarzonym przez grochowe ziarenko brzegu. Zanim jednak zniknęła w plątaninie korzeni trzcin i wodorostów, nagłe szarpnięcie wyrwało ją z wody. Siatka w metalowej ramie uniosła ją nad płycizną w kierunku miniaturowej piaszczystej plaży. Dwóch młodych chłopaków było bardzo zadowolonych ze swojego łupu. Długie minuty cierpliwego oczekiwania z podbierakiem ojca zostały nagrodzone trzepoczącą się zdobyczą. Szamocząca się, wyciągnięta nagle z wody ryba, otworzyła szeroko pysk i wypluła swą nieudaną zdobycz, która okazała się pasażerem na gapę. Lecąc ku ziemi Groszek widział, jak jego nietypowy środek transportu ląduje w plastikowym wiadrze z wodą z jeziora. Sam zaś znalazł się po chwili na lekko wilgotnym piasku, wśród wysychających wodorostów i rybich łusek. Prawie godzinne leżakowanie w rybim pyszczku w zasadzie nie zaszkodziło na wpół wyschniętemu ziarenku. Minęło jednak kilka minut nim Groszek otrząsnął się z pierwszego szoku po wystrzeleniu z rybiego pyska. Gdy przyzwyczaił się znów do prażącego słońca, zaczął rozglądać się ciekawie. Młody groszek był na brzegu bez swojego okrętu. Zaczął uważnie badać okolicę. No więc jest tutaj ławka. Prawie nad samą wodą. Za nią ścieżka prowadząca do niedalekiej drogi, przy której stała stara furgonetka, a za drogą rozciągały się bliżej nieokreślone pola i łąki. Nad polami górowały ogromne wiatraki elektrowni wiatrowej. Wiatraki! Przy dobrej pogodzie widać je było z grochowej tyczki! Były bardzo daleko, po drugiej (nie, po przeciwnej) stronie jeziora! Czyli jednak się udało! Tak! Mały Groszek pokonał jezioro od brzegu rodzinnego leżący po drugiej stronie brzeg marzeń. Udało mu się, choć nie do końca w sposób, który sobie zaplanował. To jednak chyba nie miało znaczenia. Przecież liczyło się, że tu dotarł, prawda?

Jednak co teraz? Toczyć się dalej? Zostać tu, na brzegu? A może wrócić? Nie zdążył się zastanowić, gdy na przybrzeżną łachę wilgotnego piasku wpadł mały kundel. Prychając ze szczęścia zaczął tarzać się pośród łusek i wodorostów, a potem pobiegł ile sił w nogach za oddalającą się powoli furgonetką. Groszek podskakiwał rytmicznie, przyklejony do brudnego futra zwierzaka. Cieszył go ten niespodziewany zwrot akcji. Do tej pory samo dotarcie na drugą (przeciwległą!) stronę największego znanego mu zbiornika wodnego było nierealnym marzeniem. Nigdy nie zastanawiał się, co będzie robił, gdy tam dotrze. Groszek przez całą podróż najbardziej cieszył się… samą podróżą. Dlatego teraz, gdy przydarzyła się okazja, z radością kontynuował są wyprawę. Byle dalej. W głąb pól. Gdzie droga poniesie. Ku wiosce. Ku leśnym ostępom. Wszystko jedno. Podskakiwanie wkrótce ustało, ale Groszek nie był w stanie nic zobaczyć przez gęste, splątane psie kudły. Czuł się zmęczony. Woda z jeziora i wilgoć z psiej sierści sprawiły, że znowu powoli napęczniał. Zdawało mu się, że jego podróż trwała całe życie, a nie tylko jedną dobę. Myślał o sobie jak o starym wilku morskim. Weteranie morskich szlaków. Syty wrażeniami myślał o godnej bohatera emeryturze.

Dopiero pod wieczór, gdy pośród pisków, śmiechów i szczekania woda z hydroforu zanurzonego w przydomowej studni i kierowana wprawną ręką wyrostka trzymającego końcówkę ogrodowego węża, wymyła dokładnie wszystkie pozostałości przybrzeżnej przygody z sierści wielorasowego szczeniaka. Resztki wodorostów i nieliczne rybie łuski zostały spłukane z podwórka w stronę płotu. Zmyty na skraj przydomowego ogródka pod płotem Groszek odetchnął głęboko/ Był bardzo zadowolony, że znów jest czysty i błyszczący. To, co zobaczył przed sobą również bardzo mu się podobało. Zgrabny budynek z czerwonej cegły, drewniany płot, ogródek pełen ziół z górującymi nad nimi malwami i zamknięty z przeciwnej strony krzakami czarnej porzeczki… Groszek poczuł się szczęśliwy. Szczęśliwy i spełniony. Przywołał myśli o emeryturze bohatera i stwierdził, że tutaj właśnie chciałby zostać na zawsze. Zanurzył się więc wygodnie w maleńkiej kałuży. To, co powoli nabrzmiewało w pękatym brzuszku Groszka, to był młody pęd. Groszek uśmiechnął się i wcisnął głębiej w pulchną, wilgotną ziemię. Powoli zapuścił korzenie. Zanim całkowicie zniknął pod czarnymi grudkami, z przyjemnością wsłuchiwał się w odgłosy życia ogrodu. Nad nim przelatywały trzmiele i majowe chrząszcze. Pszczoły prześcigały się w pracowitości z drepczącymi w dole mrówkami. Wielobarwne chrząszcze podążały w różne strony w sobie tylko znanych sprawach. Biedronki kłóciły się z mrówkami o mszyce. Dżdżownice pracowicie spulchniały glebę wokół młodych korzeni. Koniki polne chroniły się w cieniu malw wymieniając nowinki ze świerszczami muzykującymi pod krzakiem porzeczki. Zdawało mu się nawet, że słyszy przelatującą ważkę, gdy przypomniał sobie, że latają one bezgłośnie. Wszystkie te stworzenia patrzyły z podziwem na kiełkujące ziarenko grochu. Każdy owad był ciekawy skąd się tu wzięło. Groszek nie dawał się dwa razy prosić. Groszek opowiadał. O najwyższej tyczce. O okręcie z łupiny. O ważce, która nadała mu imię. O łodzi wędkarzy. O rybie. O młodych rybakach. O wiatrakach. I o szczeniaku oczywiście też. Opowiadał bardzo chętnie. Wiele razy. Każdemu, kto chciał słuchać. Czasem dodawał szczegóły. Innym razem trochę ubarwiał całą historię. Jednego był pewien. Wiedział, że dotrze ona do jego rodzinnego pola i kolejne pokolenia grochu będą go podziwiać. Być może znajdą się śmiałkowie, którzy zechcą wyruszyć jego śladem. Być może nawet dotrą dalej niż on. Ale to on był pierwszy. Pokazał wszystkim, że nawet gdy jest się małym, okrągłym ziarenkiem, można zostać wilkiem morskim. Trzeba tylko marzyć i mocno chcieć te marzenia zrealizować. On chciał. I udało mu się. I jego następcom też się uda. Wierzył w to mocno, chociaż ogród przykrył śnieg, a pozbawione liści krzaki porzeczki zapomniały już jak wyglądają odwiedzające je latem pszczoły. Wszystko zapadło w głęboki sen. Groszek, będący teraz ukrytym pod ziemią pędem, z ochotą dołączył do zimowego letargu.

A już następnej wiosny pachnące kwiaty wspinały się ku słońcu po sztachetach drewnianego płotu. Na samym szczycie pęczniał maleńki strączek, który rósł z dnia na dzień. W tym strączku, w jego górnej części, znowu rozpychało się ciekawe świata ziarenko. Nie widziało wprawdzie jeziora. Ani żadnej rzeki, czy chociażby stawu. Widziało za to ptaki. Bociany majestatycznie unoszące się nad łąką po drugiej stronie płotu. Szybkie, zwinne jaskółki. Ciekawskie wróble. Wrzaskliwą srokę. I nagle zapragnęło wznieść się wysoko i odlecieć w nieznane. Wierzyło, że mu się uda. Przecież wystarczy bardzo chcieć, a marzenia się spełniają.

Na skraju województwa, z dala od wielkich, a także całkiem małych miast, leży spokojna wioska. Niewielka. Taka, którą czasami wszyscy mijamy za oknem samochodu. Ale tylko wtedy, gdy jadąc na wakacje zboczymy  z głównej drogi, żeby ominąć gigantyczny korek. Takie wioski wynurzają się powoli zza drzew. Albo zza pagórków. Wystarczy jednak zatrzymać samochód na skraju pola i wysiąść. Usiąść wygodnie w przydrożnym rowie i obserwować. Jeśli będziecie mieć oczy szeroko otwarte i dopisze wam szczęście, zobaczycie bardzo nietypowy widok. Nisko nad polami, tańcząc z wieczornym wiatrem, minie was suchy grochowy strąk. A w nim małe zielonkawe ziarenko, które postanowiło polecieć w nieznane.

 

(Zdjęcie strąkowych łódek wykonała Penny Whitehouse)

Pokój z widokiem

15215827_10208119255885104_578593063_o

Puszek był zdegustowany. Nie. Był zdruzgotany.

Byli z Tadeuszem już dwunasty rok. Puszek zawsze był wdzięczny za to, że Tadeusz zabrał go ze wsi od mamy, gdzie z pewnością mieszkałby w ciepłej stajni, biegał po stodole za myszami i pił mleko prosto od krowy. Był wdzięczny za tę trzydziestometrową kawalerkę, w której razem mieszkali i której nie opuszczał. Za puszki karmy z dyskontu i zabawkę do turlania w postaci szpulki po kliszy fotograficznej, na której Tadeusz wieki temu próbował uwiecznić koleżankę z technikum gastronomicznego, ale kliszę prześwietlił, co go zniechęciło do fotografii. I koleżanek.

Puszek z wdzięczności przez te wszystkie lata z zapałem drapał resztki fotela zakupionego na wyprzedaży w świetlicy robotniczej upadłej fabryki budek telefonicznych, sikał w przedpokoju na dywan z wymiany turystycznej przeprowadzanej z zapałem podczas wakacji w Bułgarii (Tadeusz wymienił wtedy cały swój zapas kremu Nivea), rzygał kłaczkami przy tadeuszowych butach, a wieczorami mruczał głośno na kolanach Tadeusza, skutecznie zagłuszając trzeszczące radio. A teraz Puszek był zdruzgotany.

Zaczęło się, gdy Tadeusz znalazł w autobusie oberwaną okładkę magazynu „Mój kot”. Kolorowa reklama zachęcała do udziału w konkursie na najśmieszniejszą kocią historię z życia wziętą. Tadeusz, który nic nigdy w życiu nie wygrał, w przypływie rozpaczy po sprzątnięciu kolejnej porcji zaślinionych kłaczków ze swoich bamboszy, opisał dokładnie dzień swojego kociego współlokatora i wysłał na adres redakcji. Znowu nie wygrał. Ale dostał w ramach pocieszenia plakat głównego sponsora konkursu – producenta kociej karmy dla dyskontów. Plakat dumnie zawisł na ścianie zasłaniając przy okazji wielopokoleniowego grzyba na popękanym tynku.

Z plakatu dumnie patrzyła ogromna głowa kota będącego twarzą marki. To był Gacek. Kot z bloku naprzeciw, którego Puszek widywał ze swojego parapetu i którym szczerze pogardzał. Tadeusz podniósł Puszka i pękając z dumy zaprezentował mu plakat mówiąc „Zobacz sierściuchu jakiego pięknego kotka wygraliśmy!”. Puszek był zdruzgotany.

 

(Tadeusza z Puszkiem na tle plakatu uwieczniła z narażeniem pędzla Janina)

Arrakis, lepiej znana jako Dubaj

www-iherok-com2

Dopiero co gruchnęła wieść, że 21 listopada koncern medialny Thomasa Tulla – Legendary Entertainment – zakupił prawa do ponownej ekranizacji kultowej powieści Franka Herberta: „Diuny”, a w Zjednoczonych Emiratach Arabskich już ruszyła marketingowa machina. Emir Dubaju – zdecydował się na kosztowną, agresywną promocję okolic swojej stolicy. Na jednej z bocznych dróg będącej swego rodzaju skrótem do sąsiedniego emiratu Abu Zabi usypano w nocy z 25 na 26 listopada ponad trzysta wydm mających przekonać zaproszonych na negocjacje producentów przyszłego kinowego hitu o wyższości arabskiego „kraju wydm” nad wybranym trzydzieści lat wcześniej przez Davida Lyncha polem wydm Samalayuca w Meksyku.

Znany ze swej fascynacji twórczością Davida Lyncha wręcz fanatyczny wielbiciel prozy Franka Herberta, emir Dubaju Muhammad ibn Raszid Al Maktum nie ukrywał, że kolejna ekranizacja kultowego dzieła będzie ukoronowaniem jego działań na polu kultury i sztuki.

Ropa naftowa jest podstawowym źródłem naszego dochodu, ale to piasek jest naszym największym bogactwem. Nawet zajmując apartamenty w najwyższym budynku świata nadal pozostajemy dziećmi pustyni. Pustynia o nas nie zapomniała i mimo naszych starań o jej ujarzmienie, stale o sobie przypomina. Jesteśmy Fremenami tego świata, a piasek to nasze naturalne środowisko. Jeśli chcesz nas zrozumieć, musisz zrozumieć najpierw surowe piękno wydmowego krajobrazu – mówił Muhammad ibn Raszid Al Maktum na skromnej konferencji udzielonej delegacji wytwórni Legendary uzasadniając swoje starania o lokalizację planu zdjęciowego przyszłego filmu i serialu.

Wejście do kin nowej adaptacji kultowej powieści jest planowane na rok 2018. Emir Muhammad ibn Raszid Al Maktum planuje w tym samym czasie dodanie do swego nazwiska przydomku Muad’Dib oraz zmianę rodowego nazwiska na Raszid Al Atreides.

W międzyczasie trwają prace genetyczne nad rozwojem dżdżownicy australijskiej – gatunku olbrzymich pierścienic. Po wstępnych obiecujących badaniach prowadzonych przez Wydział Biologii Pustynnej Uniwersytetu Dubaju nadzieje emira na wyhodowanie prawdziwych czerwi pustyni zdają się być realne, co jeszcze bardziej zwiększa atrakcyjność tego kraju jako wiernego odbicia Arrakis w naszym wszechświecie.

 

(Wydmową akcję marketingową uwiecznił Irenaeus Herok)

Gdzie strumyk płynie z wolna…

flower-daisy-gone-with-the-wind-mike-savad

Zapach skoszonej trawy przyciągnął trzmiele. Unosiły się teraz nad morzem zieleni wypatrując ocalałych kwiatów. Szum ich skrzydeł obudził małą stokrotkę.
– Tu jestem! – Zawołała wyciągając w górę wszystkie płatki.
Niestety. Przykryta kobiercem długich źdźbeł, sama ledwo widziała wąski skrawek nieba i nikt nie zwrócił na nią uwagi. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Z korony górującej nad łąką topoli letni zefir szukał w skoszonej trawie swojej ulubionej małej, bladoróżowej główki. Bał się, czy nie wpadła pod nóż kosiarki, ale chyba była jeszcze zbyt mała? Zefirek sfrunął ostrożnie z drzewa i zaczął odrzucać jedno po drugim ścięte źdźbła.

W stronę zielonej klatki stokrotki zbliżał się delikatny szum. Pasek nieba powiększył się, obok pojawił się drugi, aż wreszcie zielone więzienie runęło, a stokrotkę otulił czule ciepły powiew.
– To ty! – ucieszyła się stokrotka – Więc umiesz nie tylko targać płatki, ale też ratować damy z opresji? – mały kwiatek poczuł się nagle bardzo dorosły. Jakby miał co najmniej trzy tygodnie.
Zefirek zagwizdał radośnie na pasemku trawy. Tak. To on. Cieszył się, że ją odnalazł. Cieszył się, że trzmiele już ją wypatrzyły. Patrzył urzeczony jak rozprostowują pogniecione płatki, jak rozczesują słupki włochatymi nóżkami, kręcąc przy tym głowami i pobzykując po swojemu jakby mówiły „Już dobrze, zaraz wszystko naprawimy…”

Czas mijał. Dni były coraz cieplejsze. Zefirek nie był już delikatnym letnim wietrzykiem. Stał się porywisty i rozbrykany jak młody rumak. Pędził deszczowe chmury po niebie, porywał liście i czapki pracujących w polu rolników. Stokrotce to nie przeszkadzało. Gdy robiło się chłodniej, letni wiatr otulał ją puchem z topoli, a na wypadek deszczu przynosił jej parasolki z nasion dmuchawca. Porwany podmuchem piasek nie uderzał w delikatną bladoróżową główkę. Wirował za to dookoła jakby zapraszając do tańca.
Wieczór zapadał coraz szybciej, a wiatr czuł się na siłach, aby unieść śnieg i lód. Wkrótce na łąkę zaczęły spadać gradowe kule. Wszystkie stworzenia szukały ustronnego miejsca, a kwiaty kuliły się w sobie. Tylko stokrotka nic sobie nie robiła z gradobicia. Schowana pod przyniesionym przez wiatr kawałkiem kory, śmiało wychylała główkę, dają sobie targać swoje gęste, coraz ciemniejsze płatki. W nagłych porywach wiatru czuła się jakby latała. Tak bardzo chciała zamienić się z trzmielami, które mogły całymi dniami tańczyć z wiatrem. Zazdrościła im skrzydeł tak podobnych do płatków.

Na początku jesieni stokrotkę zbudził szum kosiarek. Przez chwilę jeszcze bardziej żałowała, że nie ma skrzydeł, lecz po chwili było po wszystkim. Dorosła stokrotka położyła się na soczystym zielonym dywanie świeżo ściętej trawy. Tym razem wiatr nie musiał rozgarniać źdźbeł, aby znaleźć swoją przyjaciółkę. Delikatnie podniósł jej główkę na przeciętej łodyżce i uniósł wysoko ponad łąkę i topolę. Zimny powiew i łzy mżawki ocuciły stokrotkę. Wreszcie była szczęśliwa. Tańczyła ponad trzmielami z ukochanym wiatrem.

 

(Zdjęcie pod tytułem Flower – Daisy – Gone With The Wind wykonał Mike Savad)

Wszystko spłynie

Newport Road___tonemapped copy

„Asphaltos” z greckiego znaczy „zabezpieczać”. Jest to jednak ostatnie znaczenie jakie przychodzi nam do głowy, gdy jesienią przyjdzie nam jechać powiatową drogą, choć z nazwy asfaltową, to jednak o nawierzchni bardzo dalekiej od nazwania jej bezpieczną. Zapewne niewielkim pocieszeniem dla krajowych użytkowników  dróg o wyraźnie trójwymiarowej strukturze będzie informacja, że problem kolein, dziur i garbów dotyczy nie tylko lokalnych traktów trzeciej kolejności odśnieżania, ale także pobocznych międzystanowych dróg w kraju uprawiającym kult pojazdów mechanicznych – w Stanach Zjednoczonych.

To właśnie w USA pełnym sukcesem zakończyły się w tym roku testy unikatowej metody naprawy spękań i kolein poprzez wykorzystanie wody jako nośnika materiałów bitumicznych.  Operację poprzedzały drobiazgowe badania obejmujące inwentaryzację dróg trzeciej kategorii, ich stanu technicznego oraz tak istotnych dla nowatorskiej techniki informacji jak średnie nachylenie wzdłuż biegu drogi czy profil zakrętów i wykończenie krawędzi jezdni. W ten sposób wybór padł na drogę łączącą wioskę Gills Rock w stanie Wisconsin z przeprawą promową Washington Island Ferry Dock w Newport. Ta licząca niewiele ponad dwie mile dwupasmowa trasa składa się praktycznie z samych zakrętów o stopniu nachylenia ku wewnętrznemu promieniu między 2 a 3 procenty, ze średnim spadkiem czterech procent na całej długości trasy. Przygotowania trwały dwa miesiące i obejmowały miedzy innymi opracowanie odpowiedniej mieszanki asfaltowo-styropianowej, w produkcji której użyto odpad masy asfaltowej pochodzący z frezowania pobliskiej autostrady oraz styropian z kubków jednorazowych zużytych przez pracowników firmy frezującej tę autostradę. Następnym istotnym elementem był wybór odpowiedniego dnia poprzedzony próbami hydrotechnicznymi z wykorzystaniem wody opadowej, czyli mówiąc potocznie – obserwacje drogi podczas deszczu.

„obserwacje i pomiary podczas ulewnych deszczów w trzecim tygodniu września przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Ilość materiału skalnego w postaci piasku i żwiru naniesionego przez dziką zwierzynę, myśliwych i grzybiarzy, a także miłośników off-roadu przekroczyła ponad dziewięciokrotnie nasze ostrożne szacunki. ulewny deszcz trwający pod koniec września nieprzerwanie cztery dni dokładnie spłukał nawierzchnię osadzając materiał skalny w pęknięciach, dziurach i koleinach w sposób na tyle trwały, że pozwoliło nam to na zaoszczędzenie trzech piątych z przygotowanej wcześniej masy bitumicznej.” – podsumowuje tę część prac Sam McCorner, kierownik grupy badawczej Bitumen & Concrete Institute przy Uniwersytecie Michigan.

Te same obserwacje wykazały dobitnie, że spływająca drogą woda opadowa, dzięki koleinom, specyficznemu nachyleniu oraz profilowanym zakrętom, spływa niemalże w całości na molo przeprawy promowej z zaledwie dwuprocentowym ubytkiem związanym z rozpryskami na pobocze wywołanymi burzliwym przepływem przy prędkości powyżej czterech metrów na sekundę, jak czytamy w raporcie końcowym. W tych warunkach właściwy test z użyciem masy bitumiczno-styropianowej był jedynie formalnością. Przy udziale czterech jednostek Leśnej Straży Pożarnej stanu Wisconsin pompujących naprzemiennie w dwustanowiskowych zespołach wodę z pobliskiego strumienia, rozściełacz asfaltu AP555F firmy Catepilar  nakładał na szeroką strugę wody lekką asfaltową masę. Ta, unosząc się na powierzchni, szybko pokryła cienką warstwą drogę na całej jej długości, a następnie po zaprzestaniu podawania wody – osiadła na starej, spękanej nawierzchni spajając uszkodzenia, a także – w przypadku kolein czy większych wyrw – spływając w miejscowe obniżenia i wypełniając je zachowując się przy tym jak samopoziomująca się masa.

Niewątpliwy sukces nowatorskiej metody przyćmił nieco prowadzone równolegle badania porównawcze na podobnie ukształtowanej drodze w stanie Kentucky. Tutaj ograniczono się jedynie do obserwacji drogi podczas deszczu. Z opinii biegłych lokalnej inspekcji drogowej wynika, że w zależności od ilości „luźnego materiału skalnego” (błota) na poszczególnych monitorowanych odcinkach drogi, po ulewnych deszczach zaobserwowano „wypełnienie ubytków nawierzchni od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu procent”. Daje to pewną nadzieję powiatowym drogom między Kielcami i Małkinią – wybierajmy te bardziej zabłocone.

 

(Zdjęcie podczas opadów deszczu wykonał Denny Moutray)

Raport mniejszości

flkkce1

Kiedy w 1945 roku San Francisco Museum of Modern Art przeniosło się do tymczasowej siedziby, aby udostępnić swe podwoje pierwszej konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych, nikt nie spodziewał się, że wypożyczone zaledwie pięć lat wcześniej elementy klasycznej brytyjskiej architektury, będącej elementem wystawy Telesis: Space for living zostaną wbudowane w ściany siedziby przy Van Ness Avenue. Organizacja wielonarodowej konferencji wymagała dostosowania dostojnego budynku weteranów wojennych do potrzeb delegacji z pięćdziesięciu krajów. W tym celu dokonano kilku drobnych zmian z wykorzystaniem elementów starego wiktoriańskiego domu z centralnej Anglii do budowy dodatkowych szachtów wentylacyjnych.

Warto nadmienić, iż rzeczony dom nie był w zasadzie jednym z eksponatów wystawy o przestrzeni życiowej. Ta dotyczyła najnowszych osiągnięć i śmiałych, futurystycznych planów architektonicznych. Jednak w celu stworzenia odpowiedniej atmosfery podkreślającej nowoczesność przedstawionych rozwiązań postanowiono eksponaty zaprezentować w salach będących odzwierciedleniem minionych epok, do czego pusty pokój z jedną dużą szafą, pochodzący z centralnej Anglii, z typowej wsi położonej dziesięć mil od najbliższej stacji kolejowej i dwie mile od najbliższej poczty (jak czytamy w protokole dostawy) nadawał się znakomicie.

Nic nie zapowiadało sensacji i powrót Muzeum do właściwego budynku odbył się bez przeszkód. Jednak co pewien czas zwiedzający skarżyli się na zimny podmuch z jednej z kratek wentylacyjnych, a rodzice zawiadamiali ochronę, że ich dzieci widziały wewnątrz jakieś stworzenia, z opisu prawdopodobnie duże szczury. Dopiero słoweński antropolog, Herbert Slodounik, postanowił bliżej zbadać sprawę, gdy powiązał ją z zasłyszaną historią pewnej starej szafy w starym wiktoriańskim domu, który zamierzał zbadać, lecz okazało się, że został on rozebrany i przewieziony do Kalifornii.

Według Raportu Herberta (ze względu na znikomą liczbę dzieci odwiedzających Muzeum w latach sześćdziesiątych zwanym też Raportem Mniejszości) widoczne na zdjęciu dziewczęta zamiast tylnej ściany wentylacyjnego kanału widziały leśną polanę pokrytą śniegiem z samotną latarnią po środku. Pod drzewami przemykało na dwóch nogach stworzenie podobne do kozła. Dzieci nie mogły dokładnie go opisać, gdyż zarzekały się, że postać zasłaniała się parasolką.

(Zdjęcie wykonał  w 1963 roku Herbert Slodounik, a wpis inspirowany jest artykułem z LIFE z 26 lipca 1963. Cytat w drugim akapicie pochodzi z pierwszej części Opowieści z Narnii C.S. Lewisa – „Lew, czarownica i stara szafa” w przekładzie Andrzeja Polkowskiego. Tytuł wpisu nawiązuje do opowiadania Philipa K. Dicka)

Jeszcze się tam papier bieli

novanshocker

Połowa października przyniosła znaczne ochłodzenie. Jak co roku oznacza to, że w austriackich Alpach rozpoczyna się sezon narciarski. Z tej okazji dziennikarze sportowi przy udziale lokalnego oddziału Greenpeace przygotowali happening mający na celu zwrócenie uwagi zarówno mediów jak i rzesz turystów na kondycję alpejskich drzewostanów.

W tym celu na popularnych stokach zjazdowych lodowca Kitzsteinhorn przez najbliższe dwa tygodnie będzie można zjechać specjalnie na tę okazję przygotowaną łodzią. Nie jest to jednak zwykła konstrukcja. Byłaby to typowa łódka z papieru, gdyby nie wymiary: wysokość masztu 10,8 m, długość od dzioba do rufy – 14,8 m, wysokość burt – 4,2 m. Cztery największe austriackie dzienniki oraz magazyn sportowy „Sportmagazin” przeznaczyły zwroty wydrukowanych nakładów z ostatnich dwóch tygodni na stworzenie gigantycznych arkuszy, które posłużyły do złożenia papierowej łodzi mogącej pomieścić trzydzieści osób i sześciu członków załogi.

Niesprzedane gazety zostały najpierw rozerwane i zmieszane z lepiszczem z surowców naturalnych (głównie przeterminowanej mąki oddanej do utylizacji), a następnie uformowane na nowo w arkusze o boku kilkudziesięciu metrów za pomocą nowatorskiej techniki wielkopowierzchniowego druku 3D. Dzięki kolejnej nowatorskiej technice – soczewkom solarnym będącym częścią projektu rozwoju energii solarnej w Austrii – suszenie arkuszy trwało jedynie 11 dni. Za składanie i zaginanie arkuszy w powszechnie znany kształt odpowiedzialne były trzy dźwigi LIEBHERR serii LG sterowane synchronicznie za pomocą aplikacji LiDat 2.0.

Największa na świecie papierowa łódź czeka na oficjalny wpis do księgi rekordów Guinessa, a  w między czasie trwa pikieta posłów Partii Zielonych protestujących przeciw widocznym na papierowym żaglu reklamom producentów pił łańcuchowych – Stiga (od sterburty) i Husqvarna (od bakburty). Rejsy po lodowcu można rezerwować w dziale promocji dziennika Kronen Zeitung wysyłając mejl z hasztagiem #paperboatslide.

 

(Łódź na stoku uchwycił Novas Hocker)

Zemsta polata

ec8bbdace4a2569c6242e646faa9fbb6

Ekspansja ludzkich siedzib na tereny leśne, poszukiwanie nowych terenów pod uprawę roli i hodowlę bydła, wreszcie wytyczanie nowych szlaków komunikacyjnych i ekspansywna gospodarka leśna trwają od wieków. Jednak dopiero w ostatnich dziesięcioleciach skala zjawiska wzmożona zanieczyszczeniem środowiska zmusiła zwierzęta, a zwłaszcza ptaki, do podjęcia radykalnych działań. Część rozpoczęła migrację do miast i na stałe zasiedliła miejskie parki, gzymsy i pomniki. Część emigrowała na mniej zurbanizowany wschód. Część po prostu wyginęła. Jest jednak gatunek, który postanowił dać odpór hegemonii naczelnego z naczelnych. Dzięcioły.

Koalicja „leśnych lekarzy” pod wodzą przedstawicieli dzięcioła dużego rozpoczęła zmasowane ataki na elewacje budynków mieszkalnych, mające na celu głównie niszczenie świeżo zamontowanej izolacji. Niestety. Działalność wywrotowa w budownictwie spotkała się z całkowitym brakiem zrozumienia intencji zdesperowanych ptaków. Ornitolodzy jednogłośnie stwierdzili, że zachowanie takie jest całkowicie naturalne i po prostu ptaki te traktują styropianowe elewacje jak drzewa szukając w nich pożywienia oraz starając się stworzyć dziuple, w których mogłyby nocować i chronić się podczas niekorzystnych warunków pogodowych. Same dzięcioły opinię, jakoby nie są w stanie odróżnić dorodnego buka od dziesięciopiętrowego bloku z wielkiej płyty uznały za obelgę.

Czarę goryczy przelała w tym roku decyzja Ministerstwa Środowiska mająca na celu zwalczanie kornika – głównego pokarmu dzięciołów, oraz redukcja punktów fotosyntezy w obrębie Puszczy Białowieskiej. Oba działania zostały odebrane przez ptactwo jako kontrofensywa leśników i sprowokowały do bardziej widowiskowych działań. Jednym z pierwszych było zniszczenie w ubiegłym tygodniu wystawy czasowej zorganizowanej w osiemnastowiecznym klasycystycznym pałacu w Rykach, w którym obecnie mieści się Miejsko-Gminne Centrum Kultury. Wystawa pod tytułem „Rykowiska w Rykach” zgromadziła najsłynniejsze obrazy kultury myśliwsko-leśniczej pochodzące w całości ze zbiorów prywatnych członków zarządu Lasów Państwowych. Dlatego też akt wandalizmu dokonany przez szwadron dzięciołów średnich wywołał szok w środowisku koneserów jeleni na rykowisku oraz odbił się szerokim echem wśród myśliwskiej braci zamawiającej w popłochu kasety z kuloodpornego szkła dla własnych zbiorów. Jednocześnie stowarzyszenia ornitologiczne otrzymały wiele zapytań o liczebność populacji dzięciołów ze zgłoszeniami gotowości do higienicznego odstrzału nadliczbowych osobników. Same dzięcioły w Ptasim Radiu przyznały się do dokonania spektakularnej akcji w Rykach i zapowiedziały kolejne ataki. Tym razem celem mają być trofea myśliwskie, a akcja nosi kryptonim „rogacze – dziurkaczem”, który interpretowany jest jako zapowiedź szkód w porożach będących dumą każdego leśnika.

(Zdjęcie pochodzi z instalacji Valerie Hegarty)

Jedziesz z moją kokainą

traffic-lights-in-the-fog-long-exposure-by-lucas-zimmerman-1

Klasyczny szlak kokainowy ciągnie się wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej od najbardziej znanych kolumbijskich karteli przez wysoce efektywne peruwiańskie pola po dobrze zorganizowane chilijskie szlaki przerzutowe. To tutaj skupiona jest światowa uwaga nie tylko organizacji antynarkotykowych, ale również hurtowników, mafii i detalicznych, żądnych mocnych wrażeń turystów.

Na tym tle od kilku lat coraz bardziej widoczny staje się niewątpliwy sukces polityki międzynarodowej Evo Moralesa, prezydenta Boliwii, który przekonał światową opinię publiczną, że uprawa koki w jego kraju to wielowiekowa tradycja nie mająca nic wspólnego z narkotykowym biznesem krajów ościennych. Pozwoliło to w krótkim czasie Boliwii zająć niechlubne trzecie miejsce pod względem ilości produkowanej kokainy. Na pewno jednak osiągnięcie miejsca na podium trwałoby znacznie dłużej, gdyby nie nietypowa promocja kraju, głównie nastawiona na ościenną narkotykową turystykę uprawianą przez obywateli sąsiedniej Brazylii.

Wbrew pozorom oficjalne informacje o legalizacji upraw koki nie spotkały się z początku ze zrozumieniem żądnej odmiennych stanów świadomości klienteli. Kraj kojarzony z żuciem surowych liści i sporządzanych z tychże liści paskudnych w smaku naparów nie zachęcał do dłuższych odwiedzin. Był za to krajem transferowym dla turystów z Brazylii udających się na nielegalne wypady do Peru i Chile. Nowy prezydent postanowił zmienić sytuację, zachęcić sąsiadów do skrócenia swych wycieczek i pozostawiania waluty u lokalnych plantatorów, z których większość wywodziła się z jego ojczystego ludu Ajmara. W tym celu na wniosek samego prezydenta w lokalnych szkołach ogłoszono konkurs na „promocję kultury koki”. Laureatkami zostały dwie uczennice z gimnazjum żeńskiego dla Indian Ajmara w Vallegrande w dystrykcie Santa Cruz. Nayra Patatos otrzymała wyróżnienie za hasło promocyjne „If you wanna hang out you’ve got to visit La Paz” zaśpiewane ze swadą przez szkolny chór do melodii JJ Cale’a. Natomiast główna nagroda przypadła Kantucie Alvares za „przygraniczną identyfikację wizualną”. Prosty pomysł przypadł od razu do gustu jury złożonemu z członków Ruchu Hodowców Koki. Kantuta słusznie zauważyła, że sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniach oddaje idealnie barwy narodowe: czerwony, żółty i zielony (nota bene oddaje również barwy rośliny uważanej za narodowy kwiat, którego nazwa jest także żeńskim imieniem noszonym przez zwyciężczynię, co jury potraktowało jako dodatkowy znak wróżący powodzenie planowanej promocji). Propozycja, aby w nocy na przygranicznych skrzyżowaniach, gdy granicę przekraczają mniej lub bardziej detaliczni turyści, włączyć wszystkie światła sygnalizatorów na raz, zamiast przyjętego pozostawienia migających żółtych lamp, wywołała aplauz. Kantuta liczyła, że zaintrygowani podróżnicy zwolnią na takim skrzyżowaniu i będą bardziej skłonni zatrzymać się w pobliskim barze aby zasięgnąć informacji o nowym systemie sygnalizacji, co z kolei pozwoli barmanom zapoznać ich z lokalnymi produktami pochodzenia roślinnego.

Projekt został przyjęty z entuzjazmem i natychmiast wcielony w życie. Efekty przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Już w pierwszym roku, z naprawdę niewielką pomocą boliwijskiej policji, ruch transferowy spadł o 60%, a handel przygraniczny wzrósł o 40%. W nagrodę Kantuta Alvares otrzymała własne pole koki oraz dożywotnie honorowe członkostwo w Ruchu Hodowców Koki. Sam Evo Morales otrzymał zaś dyplom od Jednostki Narodów Zjednoczonych ds. Równości Płci i Uwłasnowolnienia Kobiet za promowanie kobiet z mniejszości etnicznych. System w działaniu ilustruje powyższe zdjęcie niedaleko lokalnego przejścia granicznego z Brazylią. Przejść takich jest na całej długości granicy około pięćdziesięciu.

 

(Zdjęcia bez wpływu produktów pochodzenia roślinnego wykonał Lucas Zimmermann)